Dokąd zmierza Kościół (część III) – Refleksje po spotkaniu na Stadionie

Już minęło trochę  czasu od tzw. rekolekcji stadionowych, prowadzonych przez ugandyjskiego księdza J. Bashoborę. Powstrzymałam się od napisania artykułu natychmiast po stadionowych modlitwach, a to ze względu na to, że większość portali i prasa zamieszczali czy to sprawozdania, czy to refleksje na ten temat. Zdecydowałam nie śpieszyć się z opublikowaniem swoich refleksji, by nie zginęły w ogólnym zgiełku.

Powie ktoś, że jestem bardzo pyszna, będąc przekonana, że moje refleksje nie powinni zginąć. Może i tak, może ten zarzut nie byłby zupełnie bezpodstawny. Ale zależy mi na dotarciu do wielu ludzi, ponieważ te wszystkie dotychczasowe artykuły w większości są opisami pełnymi zachwytu. Czasami pojawia się  artykuł , który chce uchodzić za obojętny, ale jednak nie negujący ani „ewangelizacji stadionowej”, ani metod. ( na prz. http://www.bibula.com/?p=69361) .

Są też artykuły krytyczne, one zaś na ogół niestety nie posługują się krytyką merytoryczną.

No więc – piszę artykuł, który na pewno spowoduje kolejną falę inwektyw w stosunku do mnie.  

A propos inwektyw – ostatnio ktoś mnie zapytał dlaczego zatwierdzam komentarze wrogie i nieraz mało eleganckie. Więc odpowiadam – zatwierdzam wszystkie, które maja charakter komentarza, a nie osobnego kilkustronicowego artykułu i nie są użyte w nich słowa nieparlamentarne. Każdy na prawo na swoje zdanie na temat moich artykułów, a czytelnicy z kolei maja prawo wiedzieć jakie komentarze dostaję.

Powracam do tematu – „rekolekcje” na Stadionie. Sobotę spędziłam obok komputera –oglądając to co się działo na Stadionie i przysłuchując się mowom ks. Bashobory i innych duchownych. Moim zdaniem jest to jeden z lepszych sposobów przyjrzenia się temu, co się dzieje. Ci, którzy są na Stadionie, nawet przy bardzo dobrej chęci, mogą ulec nastrojom i poddać się atmosferze, tworzonej przez ks. Bashoborę. Będąc w domu, można spokojnie słyszeć, to co jest mówione, zrobić pewne notatki i zupełnie wyłączyć się od stadionowego nastroju.

Obecni czy to na Stadionie, czy w innym miejscu, gdzie odbywają się takie spotkania nie są w stanie usłyszeć wszystkiego, co jest tam mówione. Nie chodzi tu o nagłośnienie czy inne techniczne problemy. Na Stadionie nagłośnienie było bardzo dobre. Również  język obcy nie stanowił problemu. Tłumacz, doskonale zgrany z ks. Bashoborą , tłumaczył niemalże natychmiast, zresztą bardzo dobrze. Nie jest jasne dla mnie tylko jedno – dlaczego powtarzał prawie wszystkie gesty, które robił ks. Bashobora? Dziwne to – chyba, że miało na celu tworzenie tej specyficznej atmosfery.

O czym mówił ks. Bashobora? Tak jak zawsze – o Jezusie,  że cię kocha i że Jezus uzdrawia, a nie on – Bashobora. Że wieczorem będą uzdrowienia, ale już teraz uzdrawia i że Bóg jest wielki, że to nasz Pan. Nauka jest dość elementarna – być może taka jest potrzebna niektórym wiernym. Niestety nie zawsze jest zgodna z nauką Kościoła. I to jest bardzo niepokojące. Zresztą – mam głębokie przekonanie w to, że obecni na Stadionie nie byli w stanie wyłapać tych rzeczy, a szkoda. Nie są w stanie tego srobić nie z powodu własnych ograniczeń, a z powodu tej słynnej już atmosfery.

Kto mi nie wierzy niech kogoś, z tych co byli zapyta, o czym mówił ks. Bashobora. Dowie się, że o miłości, uzdrowieniach i Jezusie. I nic więcej.

Często się stykam z taka postawą – nie tylko w przypadku ks. Bashobory, a wielu innych „charyzmatycznych” kaznodziejów. Pytam o czym mówił i dostaje odpowiedź typu: Pięknie mówił nasz ojczulek. Żałuj, żeś nie była. Pytam więc powtórnie – o czym mówił. Pięknie mówił o Bogu i o miłości. Trzeci raz pytania nie zadaję – mija się to z celem.

Więc – pięknie mówił ks. Bashobora o miłości, uzdrowienia i o Bogu. A ja zanotowałam całe 6 stron formatu A4 jego budzących wątpliwości wypowiedzi i innych rzeczy, które działy się na Stadionie. Spróbuję więc to teraz przedstawić w sposób uporządkowany.

Pismo Święte:

Ks. Bashobora bardzo dużo posługuje się Pismem Świętym. Oczywiście jest to w porządku, choć może nasuwać pewne wątpliwości. Ma je chyba pewien publicysta (Marek Madej), który patrząc na wszystko co się dzieje i na postępowanie ks. Bashobory wyciągnął dość logiczny wniosek – jest to pastor protestancki! Oto, co Madej napisał: Czy protestancki duchowny o. Bashobora uzdrawia i wskrzesza? Jego przełożeni potwierdzają aż 27 przypadków cudownego przywrócenia do życia; mówi o nich także poseł Godson. Skąd takie zainteresowanie i popularność ugandyjskiego pastora, którego jeszcze niedawno Kościół katolicki nie chciał specjalnie promować? Biskup Życiński miał nawet mówić, że zadziwia go skuteczność duchownego, który ma na swoim koncie więcej uzdrowień niż Jezus.

O. Bashobora jest wykształconym teologiem (doktorat z teologii duchowości), magistrem psychologii. Nieustannie pozostaje w kontakcie z katolickim Ruchem Odnowy Charyzmatycznej, a jednocześnie mocno związany jest z tradycją i kulturą afrykańską, nastawioną na nieco inne przeżywanie duchowości niż w Europie. Być może jednak, paradoksalnie, to zjednało mu zwolenników wśród polskich katolików, często reprezentujących model wiary „ubogiej”, opartej na emocjach i taniej uczuciowości.

Por:http://www.wiadomosci24.pl/artykul/ksiadz_bashobora_na_stadionie_narodowym_tlumy_na_spotkaniu_z_uzdrowicielem_275433.html?sesja_gratka=1e6b56dd9fb958a4a6e6aababfa795ee

 Sprawdzałam wielokrotnie – nie mogę nigdzie się dopatrzeć tego, że ks. Bashobora nie jest katolikiem. Więc nie traktuję powyższej informacji jako pewnej.

Prawie każde swoje przemówienie ks. Bashobora rozpoczyna od przeczytania jakiegoś fragmentu Pisma Świętego. No i prawie każde komentuje.  Przytoczę tylko dwa komentarze  – wybrałam te, które są najbardziej reprezentatywne dla protestantyzacji, prowadzonej przez ks. Bashobory.

Spotkanie Jezusa z Samarytanką – wszystko jest wyjaśnione, kobieta, która miała wielu mężów, wyraża się nieprzychylnie o Żydach – jest to jednak rasizm (sic!). Rozumiem ks. Bashoborę, że chcę wszędzie dopatrzeć się rasizmu, ale niestety Kościół nigdy tak nie nauczał. Ale tu nie ma herezji, tylko jakaś dziwaczna interpretacja. Jawna herezja za to jest w kolejnym przykładzie.

Po zacytowaniu kolejnego fragmentu Biblii, ks. Bashobora się zwraca do Stadionu:

Macie Biblię? Stadion odpowiada, że tak.

Ale nie w domu, tu – czy tu macie Biblię? Stadion milczy (nasuwa się myśl, że jeszcze  nasi wierni maja jakieś katolickie wyczucie i nie chodzą  wzorem jechowitów z Biblią pod pachą!).  A ks. Bashobora dalej pyta:

Masz Biblię? Ilu z was ma Biblie przy sobie? Czy wy jesteście katolikami? Jak to możecie zostawić Słowo Boże w domu? Stadion milczy zawstydzony.

I dalej tłumaczy, że nie ma nic ważniejszego niż Pismo Święte. I że jak się idzie na mszę św. najważniejsze jest się nie spóźnić na czytania z Pisma Świętego. Bo one stanowią najważniejsza część mszy św. I że jak kto się spóźni, to nie ma ważnego uczestnictwa we mszy św. Do Komunii św. przystąpić nie może, a zasadniczo powinien pójść na kolejną mszę św. „by zaliczyć uczestnictwo”.

Czy taka jest nauka Kościoła? Czy najważniejszym momentem Mszy świętej jest czytania Pisma Świętego? A nie konsekracja? Czy nie można przyjąć Komunii świętej raz dziennie poza Mszą święta? Od kiedy Kościół tak naucza?

Takie i podobne pytania należy zadać ks. Bashoborze.  I dowiedzieć się w końcu czy on wierzy po katolicku czy jak. Bo to, co powyżej przytoczyłam jest czystą herezją. Ale ludzie mogą to przyjąć za dobrą monetę i wtedy narazić na niebezpieczeństwo swojej nieśmiertelnej duszy.  Nie dajmy się ogłupić – to jest protestantyzacja Kościoła.

 Brawa:

Brawa oczywiście są dla Jezusa. Dokładnie tak – nawet nie dla Pana Jezusa, a dla Jezusa. Zresztą ks. Bashobora się zwraca do Pana Jezusa per „bracie Jezu”(też dobrze, że nie „towarzyszu!”)

Brawa dla Jezusa za Słowo Boże!

Ciekawe prawda! Brawa Słowu Bożemu za Słowo Boże! Ciekawe!

Klaskajcie! Klaskajcie , bo teraz będzie uzdrawiany węch (to się dzieje jeszcze przed godziną 12tą , daleko przed godziną wyznaczona na uzdrawiania.)

Duchu Święty ja wiem, że jesteś we mnie, bo wyznałem grzechy, a Jezus oczyszcza mnie swoja krwią. Podnieście ręce, którzy jesteście w tej wierze! Brawa dla Jezusa!

I Stadion klaszcze.

I jeszcze jedna próbka – ks. Bashobora krzyczy natchnionym głosem: Co się dzieje teraz w Warszawie? Cos niesamowitego dzieje się w Warszawie – wiara jest tu! Amen (Eimin – wypowiedziane jak zachęta. I rzeczywiście – ludzie obeznani ze zwyczajami księdza zaczynają klaskać. Swoja droga kaznodzieja mógł by się nauczyć jak wymawia się Amen po polsku!)

Eimin – oklaski dla Jezusa!

Około godz. 12tej w południe sceneria trochę się zmienia. Dalej są brawa, ale tym razem dla Ducha Świętego. Ks. Bashobora wola: Wznosimy ręce, śmiało, wznosimy ręce. Modlę się w Imię Chrystusa by nam dawał Ducha Swojego. Przyjdź Duchu i napełnij radością, pokojem i uzdrowieniem. Ręce w górę! Wszyscy ręce w górę! Niech zstępują na nas radości Boże! Poruszaj się w  nas Duchu Święty!

Stadion krzyczy, klaszcze. Brawa dla Ducha Świętego i dla Jezusa.  

O 12tej w południe nie odmówiono Anioła Pańskiego. Za to ogłoszono przerwę, a po przerwie nowa naukę. Ale za nim przyszedł ks. Bashobora ksiądz prowadzący spotkanie na Stadionie powiedział, że należy nauczyć się nowego sposobu modlitwy, nowej modlitwy, modlitwy całym ciałem. No i zaczął pokazywać i tłumaczyć.

Jak wszyscy propagatorzy tzw. Tańców liturgicznych powoływał się na epizod ze Starego Testamentu, pokazujący Dawida, który tańczył przed Arką. Samo to tłumaczenie tych niby tańców jest już heretyckie. Ciągle wyjaśnianie nam, że należy wrócić „do korzeni” i robić wszystko tak jak w pierwszym wieku po Chr.  jest bałamutne i jako herezja potępione przez papieży XIX i XX wieku (przed Soborem Watykańskim II).

Powróćmy do księdza prowadzącego ( Z ramienia Kurii? Jakieś wspólnoty? Nie udało mi się ustalić). On właśnie naucza tego nowego sposobu modlitwy: całym ciałem – skakać, tańczyć. Mieć odwagę na to w Imię Jezusa, przełamywać opinie przeciwne i liczyć się najpierw ze Słowem Boga. A Bóg nakazuje  być radosnym, skakać, tańczyć. Słychać dźwięki bliżej nie określonej pieśni (na –na – na, ta- ta- ta) i choć na razie bęben nie jest uszyty to słychać ten rytmu bębnowy, ma się wrażenie, że jednak się jest w dalekiej Afryce.

No i skaczą dalej. Skacze już prawie cały Stadion. Na płycie skacze i tańczy ksiądz prowadzący, zachęcający innych do tańca. Wielu rzeczywiście poskakuje, ale jeszcze dość nieśmiało. Ksiądz się wysila, by rozruszać Stadion – udaje mu się to częściowo. O, gdyby był na jego miejscu bp. Długosz….  

No i ostatnie wołania prowadzącego:

Wyklaszczmy Imię Jezus! I Stadion klaszcze!

Wszystkie brawa dla Jezusa! I Stadion znowu klaszcze.

No i na koniec:

Fala dla Jezusa. Największa w Polsce fala dla Jezusa.

Ale się okazało, że obecni nie bardzo pot rafią robić falę, jakoś im przepuścił.

Jak to skomentować? Jako protestantyzacja czy murzynizacja Kościoła? I jedno i drugie ma miejsce. Taki sposób przeżywania kojarzy się z zielonoświątkowcami. A te murzyńskie rytmy – z kultura murzyńską. I niech mi nikt nie  mówi, że jestem rasistka lub coś w tym stylu.  Nie, nie jestem. Tylko mam głębokie przekonanie, że kultura europejska, która przez 20 wieków się kształtowała pod wpływem chrześcijaństwa jest na daleko wyższym poziomie niż bębny murzyńskie.

Śpiewy:

Śpiewy prowadzone są przez chórek, który jest na płycie. Zrobiono tam specjalną platformę w formie serca. I tam pojawia się solistka – prawdopodobnie ładna, ale w sukience z dekoltem o wiele przekraczający swymi rozmiarami tego, co Kościół uważa za dopuszczalne.

Piosenki są ogromnie elementarne. Słowa wyprane z sensu. Nie mówiąc w ogóle o aranżacji i melodii (raczej braku melodii).

Oto taka próbka:

Ja wiem, że jesteś Panie mój, ja wiem, że jesteś tu. /x2 Ja wiem, że w Tobie moja moc, ja wiem, że Ty masz moc. /x2 O namaść Panie wszystkich nas cudowną łaską Twą. /x2 To nasz Pan, prowadzi nas tu byśmy wielbili Go, służyli Mu…

Albo: Bóg to nasz Pan i tylko On – powtórzono niezliczona ilośc razy na wzór mantry.

Śpiew przypomina mantrę a jednocześnie jest bardzo podobny do nowoczesnych melodii. Oczywiście złamane są wszystkie wskazówki, które święta Matka Kościół  dała, co do muzyki liturgicznej. Instrukcja Episkopatu Polski wyraźnie zaznacza:

Podczas liturgii nie wolno wykonywać muzyki mającej charakter

wyraźnie świecki. Muzyka ta nie jest zgodna z duchem i powagą liturgii, nie sprzyja jej refleksyjnemu przeżywaniu, a ponadto często wyłącza całe zgromadzenie wiernych od udziału w śpiewie.

 Ludzie:

Ludzie bardzo różni. Przeważnie młodzi. Z rodzinami, z dziećmi. Stosunkowo mało ludzie wiekowych, czy to uważali, że to nie miejsce dla nich, czy bali się zmęczenia całodziennego – trudno stwierdzić. Zresztą najczęściej ludzie starsi nie uciekają od masowych spotkań religijnych, chodzą na dużo bardziej męczące pielgrzymki itp.

Tylko jedna grupa mnie zadziwiła i nie bardzo rozumiem o co chodzi. Mieli koszulki z napisem „Budujemy ludzi”. Oczywiście poszukałam w Internecie co można się dowiedzieć na temat „budowania ludzi”. Okazuje się, że istnieje Fundacja o takiej nazwie, że chodzi o nauczanie dzieci i młodzieży i oczywiście o „formację”

Czytam:

Projekt zakłada budowanie ludzi także poprzez prowadzenie ewangelizacyjnych kursów Alfa dla młodzieży, studentów oraz dorosłych. Centrum będzie miejscem spotkań, w którym młodzież będzie się uczyła, rozwijała swoje talenty i umiejętności, uprawiała sport i aktywnie wypoczywała. Powstanie tam klub młodzieżowy, kawiarenka internetowa, sala fitness, siłownia i ścianka wspinaczkowa.( http://www.budujemyludzi.pl/page.php?id_category=1)

Samo w sobie to jest tematem na osobny artykuł, tu nie ma miejsca na dłuższe rozważania. Zaznaczmy tylko, że w dawnych czasach nikt ludzi nie budował, ścianek wspinaczkowych im nie robił, a wyrastali na prawych i porządnych obywateli, dobrych patriotów, dobrych katolików.

 Apostolstwo:

Ks. Bashobora dość często przypomina, że należy głosić Jezusa, Dobrą Nowinę wszędzie. Jedna z jego wypowiedzi zasługuje na szczególna uwagę:

Otóż zaprosił młodych do głoszenia powtórnego przyjścia Chrystusa i zaznaczył z naciskiem, że on nie wie, kiedy to się odbędzie. Dotąd wszystko dobrze i po katolicku. A dalej: 

Zrozumcie dobrze –to przyjście nie jest sprawą wiary, tylko nadziei!

No i tu mamy do czynienia już nie z katolicyzmem, nawet nie z protestantyzmem. Nawet nie z jechowitami. Dziwna to herezja!

Otóż wyjaśniam, jeśli przypadkiem ktoś się dziwi, dlaczego mnie to tak uderzyło:

Sprawa powtórnego przyjścia Chrystusa Pana jest związana ściśle i nierozłącznie z wiarą! Proszę przypomnieć sobie Credo! … i powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych!

Swoją drogą – smutne jest, że ksiądz katolicki nie zna lub nie potrafi zrozumieć symbolu wiary.  

Uzdrowienia:

Uzdrowienia są ogłaszane cały czas. Ks. Bashobora nie czeka na oznaczoną godzinę wieczorną, tylko zachęca by się ludzie już czuli uzdrowieni.  W pewnym sensie można rzec, że podsyca ich nadzieję, że jak zostaną do wieczora, to zostaną uzdrowieni.

Towarzyszą temu czasami rytmy, a czasami murzyńska pieśń. Będąc osobą nie wprowadzoną w słuchanie murzyńskich rytmów natychmiast dostaje wrażenie, że widzę tych półnagich Murzynów i Murzynki, którzy się kiwają w rytm tej muzyki i się wprowadzają w trans.

No i przyjrzyjmy się jak mówił ks. Bashobora (na marginesie – tak samo mówił 5 lat temu na Służewie):

Bracie Jezu (sic!), zaprosiłeś nas tu w konkretnym celu – uwolnienie i uzdrowienie. Wznieście dłonie, wołaj do Jezusa: Synu Dawida, ulituj się. Amen

Jezus chce – bądź uzdrowiony! Wszyscy  wzniescie dłonie! Tak modlimy się jako kościół! Amen

Teraz przyjmujesz dar modlitwy, dar języków, nie lękaj się, nie lękaj się jak przyjdzie, teraz jest uzdrowienie z depresji, kości też.  Chwała Tobie, Panie! Amen.

I dodajmy,  że po każdym Amen są oklaski dla Jezusa.

Inny moment;

Wszystko, co nam przeszkadzało, związujemy w Jezusie Chrystusie, aby odeszło. Kości, które nie chodziły – niech znowu chodzą, i oczy, i uszy, niech widzą i słyszą. Duszenie w klatce piersiowej – otwórz swoje usta, niech to wyjdzie! Przeciwstawiamy się duchowi samobójstwa!

Teraz porusza się w  nas(sic!) Królestwo Boże! Przyjmijmy teraz Jezusa (zaznaczam, że nie jest to czas Komunii św. ). Jezus cię uzdrawia. Jezus to przemienia w radość. Przyjmij tę radość.!

Albo w innym czasie:

Ręce w górę! Teraz uzdrawiani są bezpłodni. Pójdą dziś do domu i już nie będą bezpłodni! Brawa dla Jezusa!

Teraz uzdrawiani są chorzy na raka i na wirusowe zapalenie wątroby. Brawa dla Jezusa!

Ktoś tu przyszedł na wózku, chce wstać. Jezus teraz uzdrawia osoby , co chodzą o kulach!

Uzdrawia teraz tych, co zgrzytają zębami podczas snu!

Brawa dla Jezusa!

I Stadion klaszcze!

 Czy ktoś został uzdrowiony? Nie wiem. A nawet jeśli ktoś to tak odczuwa, jest o wiele za wcześniej by stwierdzić uzdrowienie. Warto badać tych, co czuli się uzdrowieni 5 lat temu. Czy takie badania są robione – nie wiem, nie mogę nigdzie znaleźć takiej informacji. W tym przypadku należy bardziej liczyć na niewierzących niż na wierzących.  Może zechcą jako ludzie niezaangażowani w spór o Bashoborę  zbadać te przypadki prawdziwego lub rzekomego uzdrowienia.

 Uwolnienia:

Uwolnienia – to zupełnie osobny i bardzo poważny temat. Dopóki wszystko, co opisałam powyżej może mieć charakter zwykłej szarlatanerii, to z uwolnienia tak nie jest.

Ktoś powie, że przesadzam z tą szarlatanerią. Ależ nie! W tak ogromnym zgromadzeniu (około 60 000 osób) zawsze się znajdzie ktoś, kto jest chory na jedną z najpopularniejszych chorób. I ktoś, kto ma bardziej nietypowe dolegliwości. I zawsze wśród tych chorych się znajdzie ktoś, kto pod wpływem sugestii lub autosugestii poczuje się lepiej, ergo będzie się uważał za uzdrowionego. Jednak z uzdrowieniami jest trochę inaczej!

Pierwsze co obudziło moja czujność i moje obawy, była wiadomość, że na Stadionie jest kilkudziesięciu egzorcystów!! Dlaczego?

Odpowiedź (logiczna) może być tylko jedna:
Egzorcyści są potrzebni do wyganiania złych duchów, które z różnych powodów mogą się pojawić na Stadionie. Nie chodzi tu o moment uwolnienia. Jeśli ks. Bashobora rzeczywiście dokonuje (jako narzędzie Chrystusowe) uwolnienia z opętania lub innych form obecności złych duchów – to egzorcysta nie jest potrzebny, bo to uwolnienie będzie całkowite. Tak się dzieje, gdy mamy do czynienia z cudami, a nie ze zwyczajnym działaniem egzorcysty.

Dlaczego ci egzorcyści przyszli na Stadion w tak wielkiej liczbie? Czyż by się spodziewali ataku złych duchów? Obserwacje tego co się działo na Stadionie prowadza do tego smutnego wniosku.

Gdy następowało „uwolnienie” lub raczej gdy przyszedł czas ujawniania się złych duchów Stadion był cicho. Ludzie modlili się w milczeniu, nagle dawało się usłyszeć okropny krzyk, wycie, rozdzierający wrzask. Ciekawe, że nikt z publicystów nie zwrócił uwagi na to, że ten krzyk pojedynczego człowieka był słyszalny na całym Stadionie – wszak to dość duża przestrzeń i aż się napraszało po odejściu ludzi spróbować – jak daleko słychać różne krzyki.

Jakby nie było działały tam złe duchy. Obawiam się, że one nie odchodziły, tylko przychodziły do ludzi. I na to byli potrzebni egzorcyści – na szybka reakcję by tych ludzi o ile się da ratować. Nawet nawiązanie z nimi kontaktu w pierwszej chwili już rokuje dobrze.

Niestety nie znalazłam żadnych relacji egzorcystów w Interenecie. Ciekawe byłoby znać ich opinię. Miejmy nadzieję jednak, że siły demoniczne, przez obecność i działania tych egzorcystów, nie rozpętały się tak bardzo jakby one chciały.

 Święci:

O świętych nie było mowy.

 Trójca Przenajświętsza:

W swej katechezie ks. Bashobora bardzo dużo przywoływał Pana Jezusa, Boga Ojca i Ducha Świętego. Ale cały czas odnosiło się dziwne wrażenie  (oby mylne), ze chodzi o trzech równolegle działających osobach, każda po swojemu, nie mającymi ze sobą wiele wspólnego. Określeniem Trójca Przenajświętsza nie padło ani razu!

 Maryja:

Dominikańska zasada  De Maria numquam satis (O Maryi nigdy nie za wiele) należałoby przerobić na potrzeby ks. Bashobory i jego zespołu na De Maria multononne czyli O Maryi nie za dużo.

Owszem – spotkanie rozpoczęło się Różańcem św.  ale ze względu na godzinę i na to, że był to czas, kiedy ludzie jeszcze dochodzili do Stadionu i szukali swoich miejsc, odmawianie Różańca św. nie miało charakteru sakralnego i nie wciągnęło wszystkich obecnych.

O 12tej nie było Anioła Pańskiego – co ma dwa aspekty – nie ma jedności z papieżem i nie pamięta się O Matce Bożej.

O 21szej nie było Apelu Jasnogórskiego. Co jak co, ale Apel powinien być. Ale nie było…

O Maryi było jednak kilka słów – była pieśń jakaś na melodię dawnej „nie ma lepszego od Jana Pawła II”. Treść nie trudna do zanotowania, więc mogę zacytować:

Niepokonany nasz Pan Jezus kochany

Niepokonana nasza Maryja kochana

Zawsze i wszędzie Maryja królować będzie!

 Ordynariusz:

Na koniec wypada wspomnieć i zwrócić uwagę na rzecz bardzo ważną – stosunek biskupa Ordynariusza do całego wydarzenia.

Otóż ks. Bashobora przebywał na osobiste zaproszenie ks. Arcybiskupa H. Hozera. (co najmniej tak podawały media). Na kilka dni przed spotkaniem na Stadionie zaplanowana była Msza św. z głównym celebransem wikariuszem, ks. bp. M. Solarczykiem. Ale dwa dni potem pojawił się w Internecie list otwarty, podpisany przez ks. T.  Isakowicza – Zaleskiego  i skierowany do biskupa praskiego. Otóż ks. Isakowicz – Zaleski pytał czy te wszystkie uzdrowienia, a ponadto i wskrzeszenia są prawdziwe. Czy ks. Arcybiskup to badał – jako duszpasterz i jako lekarz. Odpowiedzi w mediach nie było. Odpowiedź była na Stadionie. Ks. Arcybiskup nie tylko że odprawił mszę św. jako główny celebrans, ale i podobno „cały dzień” był z wiernymi na Stadionie. Z tego wynikałoby, że uznaje wszystkie dokonania ks. Bashobory i go popiera.

Ja mam osobiste pytanie do ks. Arcybiskupa – na które od niego na pewno nie dostanę odpowiedzi, ale może odpowie mi ktoś z czytelników, który jest mocny w modernistycznym sposobie wyrażania się.

Otóż ks. Arcybiskup powiedział, że Chrystus przychodzi do nas jako Chrystus całkowity i w następnym zdaniu to podkreślił, mówiąc, że przychodzi jako Chrystus totalny! Nie mam pojęcia czym się różni Chrystus całkowity od Chrystusa Pana. Nie wiem co to oznacza! Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić?  

 

Tak wyglądało spotkanie z ks. Bashoborą – to co nie dawało się inaczej zobaczyć, ale dawało się wyłapać gdy beznamiętnie się słuchało i obserwowało to co się działo na Stadionie.

Brakowało bardzo Matki Bożej. Gdyby Ona, Pogromczyni wszelkich herezji była obecna ( a nie tylko wzmiankowana) być może sytuacja byłaby inna. A tak – coraz to nam bliżej do protestantyzacja  Kościoła.

Więc na sam koniec przypomnijmy sobie, co mówił ks. kard. J. Ratzinger jeszcze w roku 1985 – kiedy u nas nikt jeszcze  nie był świadom ogromnej ruiny Kościoła, nie zdawał sobie sprawę z rakowacizny, która rozrasta się i niszczy Kościół w innych krajach, szczególnie na Zachodzie i w Ameryce Łacińskiej.

Będąc młodym teologiem, jeszcze przed Soborem, zachowywałem lekki dystans do niektórych antycznych formuł. Na przykład do słynnej: De Maria numquam satis (O Maryi nigdy nie za wiele). Wydawała mi się ona przesadzona. Z  trudnością też pojmowałem sens innego znanego określenia (powtarzanego w Kościele od pierwszych wieków – po niezapomnianej debacie – od kiedy Sobór Efeski proklamował w 431 roku Maryję Theotókos, Matką Boga), a mianowicie określenie Dziewicy jako Pogromczyni wszystkich herezji.

Teraz jednak, w tym czasie zagubienia, kiedy na prawdziwą wiarę napierają z każdej strony różne heretyckie dewiacje, teraz rozumiem, że nie chodziło tu o przesadzone wyobrażenia pobożności maryjnej, ale o prawdy zawsze aktualne, dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek.

Kardynał J. Ratzinger, Raport o stanie wiary, rozdz. VII, Michalineum 1986.

Maria Kominek OPs

Dodaj komentarz

Filed under Polemiki

Dokąd zmierza Kościół (refleksje nad codziennością – część II)

Pięć lat temu pisałam na temat rekolekcji prowadzonych przez głośnego księdza z Ugandy – o. Bashobory. Czy coś od tego czasu się zmieniło? Wydaje się, że nic,  więc przypominam przy okazji, to co pisałam wtedy. (https://mariakominekops.wordpress.com/2013/06/27/rekolekcje-z-uzdrowieniami/)

 Teraz szykuje się wielkie spotkanie na Stadionie Narodowym – spotkanie z tymże ojcem, spotkanie po którym niewątpliwie spodziewają się ludzie najróżniejszych rzeczy, nade wszystko uzdrowień.

Nie jest łatwo mówić na temat ludzi pragnących odzyskać zdrowie. Sama ostatnio ciężko choruję i wiem jak to bardzo chce się być zdrowym i jak trudno jest powiedzieć coś w rodzaju:  dobrze, Panie Jezu, niech będę chora i ofiaruje to cierpienie. Ofiarować cierpienie można stosunkowo łatwo, ale dać zgodę na chorobę jest bardzo trudno.

Mało znana u nas bł. Chiara Badano była chora na raka kości. Umarła mając lat 18. Choroba ujawniła się gdy miała 17 lat. Przez rok unieruchomiona w łóżku mówi „tak” Jezusowi Ukrzyżowanemu i Opuszczonemu, łącząc swoje cierpienia z Jego bólem. Powtarza: Dla Ciebie Jezu, jeśli Ty tego chcesz, ja również tego pragnę. Kiedy nie ma już sił fizycznych, mówi: Niczego już nie posiadam, ale mam jeszcze serce, którym mogę kochać.  Swoim rówieśnikom Chiara zostawia przesłanie: Ja nie mogę już biec, ale chciałabym przekazać Wam pochodnię, jak na olimpiadzie. Macie jedno życie, warto przeżyć je dobrze.

Kto z nas potrafi tak teraz powiedzieć? Kto potrafi tak ofiarować się Panu Jezusowi? Nic dziwnego, że Chiara została wyniesiona na ołtarze.

Być może nie będziemy poddani takiej próbie jak Chiara.Być może  mniejsze cierpienia przez nas odczuwane są jako dużo poważniejsze. Jednak jedno jest pewne: każdego dnia Bóg oczekuje od nas powiedzenia Mu TAK..

Powróćmy  do sprawy ewangelizacji na Stadionie. Choć zasadniczo to nie jest ogłaszane jako ewangelizacja, a raczej jako uwielbienie Jezusa na Stadionie (sic!). Uwielbienie z uzdrowieniami. Choć te uzdrowienia są przewidziane na sam koniec spotkania, to one stanowią istotny czynnik całego przedsięwzięcia. Było by na pewno ciekawe zrobić eksperyment – urządzić takie same spotkanie bez zapowiedzi uzdrowień i zobaczyć jaka by była frekwencja.

Wszyscy w dzisiejszym świecie jesteśmy wyjątkowo wrażliwi na swoje zdrowie (przypominam, że wiem cos nie coś o tym, bo sama choruję i cierpię i tez pragnę  powrócić do zdrowia). Jest to zresztą zrozumiałe. Tylko co jakoś mało się staramy o inne rzeczy ( na przykład o zbawienie duszy) w porównaniu z tym jak staramy się (lub jak jesteśmy w stanie starać się ) o odzyskanie zdrowia. Bo o odzyskanie zdrowia jesteśmy w stanie iść wszędzie – do lekarza, do wróżki, do szarlatana, do bioenergoterapeuty, do cyganki… Sama wiele lat temu zaprowadziłam syna do Harrisa  Chorował, więc zaprowadziłam z pełnym zaufaniem – przecież przyjmowali go w swoich murach dominikanie i inni księża. W jego seansach uzdrowicielskich ponoć wzięło udział 9 mln. ludzi. Trwało to dobrych parę lat. Gdy jednak Harris poinformował, że uzdrawia za pomocą duchów – zabroniono mu wstępu do kościołów. Egzorcyści są całkowicie pewni tego, że dopuszczenie Harrisa do kościołów było wielkim błędem i lekkomyślnością, gdyż – według nich – korzystanie z zabiegów bioenergoterapeutów jest praktykowaniem okultyzmu,  co prowadzi do duchowych zniewoleń. Oczywiście nie koniecznie każdy kto się zbliżył do Harisa wpadł w sidła okultyzmu, ale według danych Roberta Tekieliego około 3 mln ludzi zostało zarażone lub bezpośrednio narażone na okultyzm. Mogą to być dane mocno zawyżone, ale nawet jeśli ta liczba jest mniejsza nie zmienia to istoty rzeczy.

Mamy więc do czynienia z psychomanipulacją, nie rozpoznana przez duchownych naszych kościołów. Nie rozpoznaną również przez hierarchię, mało tego – czy to przez zaniedbanie, czy to przez nadmierną pewność – nikt nie kwapił się w ogóle sprawdzić kim jest Harris i jak to się dzieje, że jedni są uzdrawiani, a drudzy nie (mój syn nie miał żadnej poprawy, zresztą wyzdrowiał jakiś czas potem w czasie pielgrzymki sierpniowej na Jasną Górę). 

Czy obecnie wszyscy duchowni maja pewność skąd i jak to się dzieje, że czasami  ludzie będący na modlitwach czy mszach świętych o. Bashobory są uzdrawiani? Jest to Afrykańczyk (nie mam nic do koloru jego skóry – proszę mnie nie zrozumieć opacznie), Haris zaś też dłuższy czas przybywał w Afryce. Może szamani nauczyli go swego rzemiosła. Może szamani uczyli i. o. Bashobory też.

Powie ktoś, że przesadzam. Może – nie mam stuprocentowych dowodów. Może to nie szamani, może po prostu osobiste kontakty. Bo jeśli o. Bashobora potrafi wskazać palcem kogoś chorego na konkretną chorobę i trafić w dziesiątkę – to zna ukryte rzeczy. A ukryte rzeczy zna i ujawnia tylko diabeł. Anioł ukryte rzeczy zna, lecz nigdy nie ujawnia. .

Zresztą uzdrowienia o. Bashobory bywają różne. Czytam umieszczonej w piśmie ChiT ( to się okazuje skrót od Chrystus u TY  – czego to ludzie nie wymyślą,!) pewne świadectwo o uzdrowieniu z raka za pośrednictwem o. Bashobory. Czytam z pełnym zaufaniem, myśląc, że może ja oceniam wszystko za surowo, jestem otwarta na zmianę opinii, jeśli się przekonam, że się myliłam. No i czytam:

Podczas tej niesamowitej mszy świętej o. John prowadził modlitwę na wzór ewangelicznych modlitw o uzdrowienie. Aż czuć było żar tej modlitwy, ludzie nie wstydzili się na głos błagać Pana Jezusa o wszystkie potrzebne łaski… O. John powiedział „Wśród nas jest osoba z rakiem mózgu. Ta osoba teraz zaczyna terapię – to leczenie jest bardzo, bardzo ważne. Ta osoba będzie całkowicie zdrowa.” Moi bliscy wiedzieli, że chodzi o mnie.

Jestem 19 miesięcy po operacji, radio i  chemioterapię przeżyłam bez problemów i skutków ubocznych. Ojciec John jest niesamowicie otwartym i radosnym człowiekiem. Często powtarza, że Pan Jezus jest wielki i On uzdrawia.

No i proszę – cudowne uzdrowienie odbyło się za pomocą operacji, radio i chemioterapii. Ale zaznaczam – każde uzdrowienie jest w jakiś sposób „cudowne” bo nic nie będzie beż woli Bożej. Tu mówimy jednak o takich cudownych uzdrowieniach, gdy zawieszone z woli Bożej zostają prawa natury.

Tak na marginesie – szczerze mówiąc nie bardzo wiem o co chodzi z tymi „ewangelicznymi modlitwami o uzdrowienie”. Czy to chodzi o cuda, które robił Pan Jezus? Czy o coś innego? Ale to akurat jest najmniejszy problem.

Innym problemem jest rozpowszechniony ostatnio w mediach (katolickich) slogan „uwielbiony stadion”. Nie wiem skąd im się to wzięło. Po prostu  dziennikarze chcą być oryginalni, no i wyszła taka zlepka słów absolutnie nie mająca sensu.

Przyjrzyjmy się teraz spotkaniu:

Spotkanie z o. Bashoborą organizuje Kuria Warszawsko- Praska. Obecny na spotkaniu ma być biskup Marek Solarczyk. O. Bashoborę zaprosił na to spotkanie sam Ordynariusz – bp. Henryk Hozer. Spotkanie przewidziane jest na cały dzień. Nie będzie możliwości, by wziąć w nim udziału tylko częściowo, kto raz wyjdzie nie będzie mógł powrócić, mimo, że opłacił cały dzień!  

Dalej następuje zupełnie zaskakująca informacja: Ze względu na dużą ilość osób nie będzie możliwości korzystania z sakramentu pokuty i pojednania. Prosimy skorzystać z tego sakramentu wcześniej, aby księża byli do dyspozycji tylko w szczególnych przypadkach.

Jak to jest możliwe – Dzień w ramach Roku Wiary (tak jest zapowiedziane) bez sakramentów? Bez spowiedzi? Czy to nic nie daje do myślenia?

Inna ciekawostka: W dwóch miejscach będzie trwała adoracja Najświętszego Sakramentu, zapraszamy, by oddać chwałę Jezusowi. Dokładnie tak jest napisane „Jezusowi” – nie ma „Pana Jezusa”. Ja rozumiem, że Stadion jest duży – ale dlaczego w dwóch miejscach?

No i na koniec czytamy: Ofiary składane na tacę przeznaczone będą na potrzeby diecezji warszawsko-praskiej oraz na działalność o. Johna w Ugandzie. pytam wtedy dla kogo są pieniądze zebrane za bilety? Nie dla Kurii Warszawski-Praskiej? Chyba ona powinna opłacić wynajem Stadionu i chyba z biletów (i ewentualnej dokładki)

A ceny są takie:

Koszt udziału

ZWYKŁY – 40 PLN, dla osób od 17 roku życia wg rocznika (urodzonych do 1996)

ULGOWY – 20 PLN, dla osób do 16 roku życia wg rocznika (urodzonych od 1997)

Bonusy
Za każde 20 zwykłych biletów otrzymujesz dodatkowo 1 zwykły bilet GRATIS 

Strona organizatorów podaje liczbę uczestników już po zamknięciu zapisów – 57.128 .

Nie da to wiele pieniędzy – policzmy dla ułatwienia 57.000 x 37 zł = 2.109.000. (37 zł dlatego, że biorę pod uwagę nieletnich uczestników) Nie wiem ile sobie życzy była charyzmatyczka, obecnie prezydent Warszawy, ale na pewno 2.000.000 na odnajęcie Stadionu jest za mało.(Pamiętamy dołożenie do „Madonny” 5 mln…) Więc gdzie jest  kalkulacja? Dlaczego się zaprasza Bashobarę?

Znajdujemy „odpowiedź” na łamach Metra. Ponoć taka odpowiedź uzyskali dziennikarze od bliżej nieokreślonych (nie podano nazwisk) duchownych Kurii Warszawski-Praskiej:

My w Polsce przyzwyczailiśmy się do cichej modlitwy, raczej indywidualnej. Mamy opory, by modlić się w grupie. Rzucamy temu przyzwyczajeniu rękawicę. Dlatego wybraliśmy obiekt, który pomieści najwięcej osób, Atmosfera na stadionie spowoduje, że po dwóch godzinach cały stadion wstanie i będzie wielbił Pana, wznosząc ręce – zachwalają organizatorzy. – Atmosferę ma rozkręcić ugandyjski duchowny o. John Bashobora. Ma wybitny dar do prowadzenia tak dużych modlitw.

            Cały Stadion wstanie i będzie wielbił Pana – proszę się wczytać dobrze w to zdanie. Najpierw zauważmy – jak wszyscy protestanci lub prostantyzujący nie ma ty dokładnego określenia jakiego Pana. Im starczy „Pan”

            Po drugie – atmosfera na Stadionie spowoduje, że cały Stadion wzniesie ręce. Atmosfera! Nie miłość, nie „uwielbienie”, nie wiara, a atmosfera.. Protestanckie? Chyba nikt w to nie wątpi!

            O. Bashobora ma dar do prowadzenia dużych modlitw . Ale chyba ma i dar do mówienia, podobny do tego, którym był obdarzony Fidel Castro, bo jeśli każda z jego trzech konferencji ma trwać półtora godziny, a potem jeszcze ma prowadzić modlitwy ewangelizujące – to musi być wytrzymały. Zresztą nie  tylko jego wytrzymałość nasuwa skojarzenia z Fidelem. Również i sposób potraktowania wiernych: nie będzie możliwości, by wziąć w nim udziału tylko częściowo przypomina wiece z udziałem Fidela. Ludzie tam szli z jedzeniem na cały dzień siedzieli na trawie i słuchali (lub nie) co mówi ich  przywódca. Tu będą siedzieć na ławeczkach (jeśli będzie gorąco to się usmażą na słońcu) ale wyjść im nie wolno i wrócić na inna godzinę, bo liczba mogłaby się zmniejszyć a jakiś nierozgarnięty dziennikarz opublikować zdjęcia, gdzie połowa krzesełek była by pusta.

            No więc jaki jest cel ciągnięcia od lat do Polski o. Bashoborę? I czy on naprawdę uzdrawia?

            Na pierwsze pytanie można odpowiedzieć raczej w trybie przypuszczającym – po to by rozwalać Kościół i go protestantyzować. A jeśli ktoś ma wątpliwości, co do intencji protestatyzacji, niech przyjrzy się programowi modlitw stadionowych i mi powie, gdzie jest mowa o Matce Bożej, gdzie jest Różaniec święty, gdzie inne modlitwy Maryjne, choćby jakaś Litania czy coś innego. Tego w planie nie ma. Podejrzewam, że po kilku oburzonych artykułach mogą zaśpiewać kilka pieśni maryjnych, ważne jest jednak to, że niema tego w planach. Więc wychodzi tak, że nie ma Matki Bożej i sakramentu spowiedzi. Ktoś powie – ale będzie „Eucharystia”. Owszem przewidziana jest msza św. i na pewno Rodanie Eucharystii, ale w jakich warunkach i czy to będzie godne? Nie umiem tego powiedzieć.

            Na drugie pytanie powinna nam odpowiedzieć Kuria Warszawsko-Praska, o. dominikanie, księża z Rychwału, Wałbrzychu, Pionek, Kazimierzu Biskupim, Górce Klasztornej i wiele innych miejscowości, gdzie był lub się wybiera w tym roku. o. Bashobora. Niech sprawdza dokładnie wszystko, by nie powtórzyła się historia z Harrisem.

 

12 komentarzy

Filed under Publicystyka

Rekolekcje z uzdrowieniami

(Ten tekst z roku 2008 umieszczam ponownie, jestem przekonana, że ułatwi on odbioru tekstu napisanego obecnie. )

Jakiś czas temu rozmawiałam z pewnym dominikaninem na temat tego, co się dzieje w Medjugorie. Mówiliśmy o zjawieniach, ich przebiegu i o tym, co ludzie opowiadają po powrocie, a szczególnie o tym, co mówią ci, którzy wracają przekonani co do cudowności zjawisk. Kapłan ów powiedział wtedy, że właśnie to, o czym mówią „żyjący orędziami” najbardziej go utwierdza w przekonaniu, że tam nie ma działania Matki Bożej, a wręcz przeciwnie – widać oznaki działania złego ducha. Otóż ci ludzie więcej mówią o mocy szatana i potrzebie wystrzegania się go, niż o Matce Bożej czy o Panu Jezusie. „Proszę przysłuchać się ich opowiadaniom”, mówił ten kapłan, „zawsze tam będzie coś o szatanie, zawsze będzie o jego działaniu, owszem, bardzo dużo się mówi o nawoływaniu Maryi do postów, do modlitwy itd., ale nie ma relacji, gdzie by nie było mowy o szatanie. Czasami”, mówił dalej, „odnoszę wrażenie, że szatan robi sobie taką cichą reklamę w Medjugoriu”.
Te słowa przypomniałam sobie bardzo wyraźnie w ostatnich dniach, kiedy słuchałam przez radio internetowe pewnych „rekolekcji”. Odbyły się one w dniach 21- 23 listopada w kościele oo. dominikanów na warszawskim Służewie. O mających się odbyć rekolekcjach dowiedziałam się przypadkowo dokładnie dwa dni przed ich rozpoczęciem. Byłam na podwórku kościelnym, gdy pewna dziewczyna zapytała mnie, gdzie można odebrać zaproszenia. Nie wiedząc o jakie zaproszenia chodzi nie umiałam jej pomóc, ale ona mi wyjaśniła, że chodzi o zaproszenia na specjalne rekolekcje, które mają się odbyć w kościele. W swojej naiwności powiedziałam jej, że na pewno się myli, bo gdyby miały być jakieś rekolekcje, to na kościele byłby jakiś plakat, jakieś ogłoszenie, a poza tym rekolekcji nie robi się na zaproszenia. Okazało się jednak, że to ja jestem w błędzie, ponieważ zaproszenia były i to na dodatek płatne. Nie wiem dokładnie ile ta suma wynosiła, chyba jednak nie była wygórowana.
Nie mieszkam w parafii dominikańskiej, jednak z racji swej przynależności do Trzeciego Zakonu Dominikańskiego i dlatego, że moja macierzysta fraternia ma siedzibę przy klasztorze oo. dominikanów na Służewie bywam tam bardzo często, nie na tyle jednak by wiedzieć, że parafianie zostali zawiadomieni o tym, że w czasie „rekolekcji zamkniętych” niektóre msze św. będą się odbywać w tzw. sali parafialnej, bo kościół będzie zamknięty dla niezaproszonych. Nawet w niedziele tylko ranne msze św. były planowane w kościele, popołudniowe miały być w sali. Od znajomych dowiedziałam się wreszcie, że zaproszenia nie były rozprowadzane wśród parafian, co jest powodem wielkiego rozgoryczenia, ponieważ „będzie wiele uzdrowień, ale tylko dla swoich, a nie dla zwykłych parafian”. Wszystko to mnie zainteresowało na tyle, że postanowiłam dowiedzieć się jak najwięcej o rekolekcjoniście i o rekolekcjach. Okazało się to niezwykle łatwe.
Od dłuższego czasu unikam wszelkich nabożeństw w ten czy inny sposób związanych z charyzmatykami. Widziałam parę razy zachowanie się wiernych ogarniętych euforią – zawsze budziło to we mnie pewien niepokój. Słyszę jednak regularnie relacje z takich spotkań, obserwuję co się dzieje po jakimś czasie z tymi, którzy regularnie w takich nabożeństwach uczestniczą. Często więc spotykam się z pewnym rodzajem uzależnienia od spotkań charyzmatycznych, często z różnymi rodzajami zachwiania w wierze, ale najczęściej – z infantylizacją wiary i duchowości. Czasami nawet obawiam się o los ludzi, którzy uczestniczyli w takich nabożeństwach – skutki bywają różne – od zachwiania nerwowego do zatracenia poczucia własnej odpowiedzialności za swoje czyny i zrzucania wszystkiego na „powiązania międzypokoleniowe”, działania „przekleństw”, ingerencję szatańską. Nie chcę być źle zrozumianą. Nie neguję w żadnym wypadku możliwości ingerencji złego ducha, rzucenia czarów czy przekleństw. Jednakże Kościół uczy, że do tego potrzebna jest zgoda człowieka. Nadmierne dopatrywanie się ciągłej ingerencji duchowej grozi zatraceniem poczucia grzechu.
Podobnie jest z nadmiernym dopatrywaniem się wszędzie działania Ducha Świętego. Temat jest niezmiernie trudny – zaznaczę go tylko skrótowo. Oczywiście Duch Święty działa i jak naucza Kościół – nie ma takiego dobrego dzieła, które nie było wykonane dzięki łasce Bożej. Oczywiście – nasze dobre myśli, decyzje, czyny – wykonywane są pod natchnieniem Ducha Świętego. Jednakże nie wolno uważać, że Duch Święty jest na posługach u człowieka i przyjdzie na każde zawołanie, albowiem On tchnie kiedy chce i gdzie chce.
Chyba najbardziej pod tym względem niebezpieczne są dwa rodzaje nabożeństw, w jednym dochodzi do „zasypiania w Duchu Świętym” i do wybuchów „świętego śmiechu”, a w drugim – do tzw. „uzdrowień międzypokoleniowych”. (pisałam na ten temat w zeszłym roku – artykuł „Uzdrowienie czy…”) Stają się one coraz bardziej powszechne, wystarczy wspomnieć, że odbywają się nawet u oo. dominikanów – strażników wiary. Zapewniam, że nie ma nic budującego w oglądaniu padania wieli ludzi na ziemi „pod wpływem Ducha Świętego”, słuchaniu niekontrolowanych wybuchów śmiechu i wycia (tak dosłownie wycia!). Nie ma też nic budującego w wykrzykiwaniu przez wiernych (za wskazówką kapłanów – gości oo. dominikanów z dalekiej Brazylii) „Duchu Święty przyjdź, tu jestem” i podawanie swego imienia Duchowi Świętemu! Wręcz przeciwnie – jest przerażające, że to się dzieje pod okiem właśnie dominikanów. Dlatego tak bardzo zainteresowało mnie jakie będą wspomniane na początku rekolekcje.
Najpierw – pierwszy raz w życiu spotkałam się z faktem zamknięcia dostępu do kościoła parafialnego dla parafian. Po drugie – nie spotykałam dotychczas określenia „konferencje, które są powiązane z rekolekcjami”, a takie określenie tam funkcjonowało (ogłoszenie internetowe oo. dominikanów mówiło o „zamkniętej konferencji”). Po trzecie – moje zainteresowanie wzbudziła osoba głównego rekolekcjonisty – ks. Johna Baptysty Bashobora z Diecezji Mbarara w Ugandzie, współorganizatora konferencji New Dawn (Nowy Świt), która odbywa się w Ugandzie od 2002 r.; członka Narodowego Stowarzyszenia Modlitwy Wstawienniczej. Jak podają strony charyzmatyków: „Był w wielu krajach świata. I jest tam bardzo pożądany z powodu odznaczającej się i rozwiniętej posługi uzdrawiania. Jest również bardzo zaangażowany w posługę uwalniania, która idzie w parze z posługą uzdrawiania.
Jego własny biskup potwierdza 27 przypadków wskrzeszeń, a lokalna społeczność twierdzi, że było tych przypadków znacznie więcej niż 40.” Nic dziwnego, że taka osoba potrafi wzbudzić zainteresowanie. Dodając do tego wpisy o uzdrowieniach liczonych w setki, ba nawet tysiące…
Jednak jeszcze jeden fakt – i ten właśnie był dla mnie najbardziej istotny – to zaangażowanie w przyjazdy ks. Bashobory i w prowadzone przez niego nabożeństwach dwóch osób o wielkim autorytecie. Jedna z nich – to sam abp. S. Dziwisz, pod patronatem którego odbywało się w zeszłym roku spotkanie z ks. Bashoborą w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach. Druga – to jezuita o. Aleksander Posacki, niekwestionowany autorytet w zakresie demonologii, sekt i problematyki okultyzmu i ezoteryzmu. Dlaczego o. Posacki miał włączyć się w coś tak wątpliwego? Dlaczego Pasterz diecezji krakowskiej popiera tego typu nabożeństwa? Te pytania, które zadałam sobie wtedy, dotychczas pozostają dla mnie bez odpowiedzi.
Jak już wspomniałam śledzenie przebiegu konferencji okazało się nadzwyczaj łatwe. W internetowym radiu należącym do „Odnowy w Duchu Świętym” miała miejsce transmisja „na żywo”, a wieczorem były powtórki. Tak więc przy dobrej chęci można było słuchać tego co się działo w kościele służewieckim. A więc słuchałam i nie tylko słuchałam, cały czas na gorąco zapisywałam prawie słowo w słowo, to co tam mówiono. Mam te zapiski. Zacytuję tylko niektóre wyjątki, lecz jeśli ktoś chce – mogę je udostępnić w całości. Chętnie to zrobię, ponieważ same słowa, odarte z nastroju podniecenia i oczekiwania na cud (cudy), mają zupełnie inny charakter i być może pomogą niejednemu zobaczyć jak bardzo są one trywialne i jak mało niosą treści katolickich.
Katolickich… Nigdy w życiu nie słyszałam tak często powtarzanego słowa „katolicki”, odmienianego przez różne przypadki. Katolikami jesteśmy, potrzebni są katoliccy charyzmatycy, katolikos – to znaczy powszechny, katolicka Odnowa w Duchu Świętym… Najczęściej jednak używane słowo, to demon! Nigdy nie słyszałam na raz tyle o demonach! Przez trzy dni nieustannie mówiono o demonach! Inne słowo, które się powtarzało – to „przebaczam”. Należy też podkreślić, że nieustannie nawoływano z ambony do spowiedzi i że konfesjonały były „czynne” – ludzie się spowiadali, ojców spowiedników nie brakło. Wiele też mówiono o Panu Jezusie, nie zapomniano o Matce Bożej, o Eucharystii, różańcu i bierzmowaniu. Jeśli tak, jeśli była mowa o katolickości, przebaczaniu, spowiedzi, innych sakramentach, o Najświętszej Maryi Pannie – to skąd moje obawy? Dlaczego te rekolekcje (śmiem to powiedzieć) wpisują się w całą panoramę zagrożeń dla Kościoła i co za tym idzie – dla wiernych. Żeby to wyjaśnić najpierw zrelacjonuje pokrótce przebieg konferencji (rekolekcji).
Pierwszy dzień był poświęcony zagrożeniom duchowym. Głoszono tzw. „świadectwa” ludzi, którzy mieli do czynienie z okultyzmem w różnej postaci i wykłady specjalistów. Wystąpili m. in. Leszek Dokowicz, Robert Tekieli, o. Aleksander Posacki SJ. Każdy z nich na różny sposób mówił o zagrożeniach demonicznych. Oczywiście z niecierpliwością czekałam na wystąpienie o. Posackiego. Słuchałam go bardzo uważnie (i notowałam). Wszystko co mówił było bardzo dobrze wyważone, poparte argumentami, przekonujące. Jednak cos w jego wypowiedzi mnie zaskoczyło. Bowiem na koniec swego wystąpienia o. Posacki podkreślił, że jego i inne wykłady i świadectwa mają przygotować obecnych „do tego, co się będzie działo tutaj jutro”! Nie do treści, które maja zostać przekazane, nie do lepszego zrozumienia nauki rekolekcjonisty, ale do tego co się będzie działo! A że wszyscy wiedzieli, że maja się dziać cuda uzdrowienia – no to cóż – przygotowanie do cudu!
Następnego dnia o demonach było mniej, choć ciągle z nimi się żegnano! Wystąpił ks. Bashobara i zapowiedział, że „Idziemy i wszędzie zabieramy radość – la, la, la, yes Lord, yes Lord… amen.” I pożegnał demony – „by, by daimon, by, by”. Oto małą próbkę wielokrotnie powtarzanej mowy:
„Uwielbimy Boga teraz. Widzicie ci wszyscy księża co tu są, to tak naprawdę egzorcyści, to coś ten demon może uczynić – by by daimon. Spowiadamy się, ogłaszamy chwałę Boga, ogłaszamy, że jesteśmy córkami i synami Boga i demon ma problem, ale może się ukrywać ten demon. Ilu z was otrzymało bierzmowanie, podnieście ręce, cha – cha; więc staliście się żołnierzami Jezusa. I dlatego tego jest katolicka Odnowa. Powrót do korzeni, stać się żołnierzami Chrystusa, katolikami charyzmatykami, chodząc w świętości Bożej, a wiec głosić świętość gdziekolwiek idziemy!”
Jak się widzi ten tekst to wygląda tak skromnie – ale w rzeczywistości jest to wypowiadane z wielka emfazą, przerywane śpiewem, nuceniem i częstymi okrzykami: „Brawa dla Jezusa!” po których następują frenetyczne oklaski!
Zanim przejdę do opisu zapowiedzianych „cudów uzdrowień”, które miały miejsce trzeciego dnia wspomnę o dwóch wypowiedziach, które upewniły mnie w przekonaniu, że tam, w kościele służewieckim, dzieje się coś bardzo niedobrego i niebezpiecznego.
Pierwsza miała miejsce w czasie „nauczania” Johna Ricka Millera (nie jestem pewna pisowni nazwiska), który przedstawił się jako osoba świecka, posługująca w kościele. O jego posłudze jeszcze będzie mowa.
Otóż pan Miller rozpoczął swoje wystąpienie od słów „Niech wam Bóg błogosławi”, co natychmiast zbudziło moja czujność, bowiem tak może mówić tylko kapłan. Świecki może użyć formuły „niech nam Bóg błogosławi”. Mimo pozorów, nie jest to drobiazg. Po czym odmówił coś na kształt modlitwy i zaklęcia jednocześnie. Zaczęło się całkiem niewinnie: „Św. Michale Archaniele, przyjdź przez przestrzeń czasu i odległości. Pozwól jednemu aniołowi ze wszystkich dziewięciu chórów – by każdy był tu obecny, po jednym z każdego chóru.”
Dalej jednak było już całkiem niepokojące: „wzywam po jednym z każdego z dziewięciu chórów anielskich by tu przybył.” I tak pan Miller wzywał po kolei po jednym z chórów cherubinów, tronów, panowania, mocy, zasług (cnot?), zwierzchności, wreszcie z chóru archaniołów! Potem wezwał anioła stróża Warszawy i Polski, aniołów obecnych w kościele, stróżów tabernakulum i wejścia do tego kościoła i wszystkich aniołów stróżów obecnych w kościele. Wreszcie zakończył najbardziej dziwacznym wezwaniem: „Wzywam Jana Pawła II, aby łaskawie usłyszał mój głos, św. Maksymilianie Kolbe, św. ojcze Pio, św. Charbelu, wzywam was, byście w tej chwili otoczyli kołem to święte zgromadzenie wraz z Maryją, Jezusem i św. Józefem.” Swoje wezwania zakończył po katolicku – odmówiono wspólnie: Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu.
Świecki, który wzywa aniołów (zamiast się do nich modlić!) albo jest zwykłym oszustem, albo nawiedzonym, który nie wie czym może mu to grozić i czym to grozi tym, którzy go słuchają. Pamiętajmy, że nawet wyświęcony kapłan nie może bezkarnie wzywać aniołów i duchów, tym bardziej zwykły świecki. A dodatkowe wezwanie – prawie nakaz – by Pan Jezus wraz z Matką Boża i św. Józefem otoczyli kołem jest tylko zwykła konsekwencją roszczenia sobie praw do wzywania i rozkazywania. Zagrożenia, wynikające z takiej postawy chyba są znane każdemu, kto choć trochę interesuje się nauką Kościoła w tym przedmiocie. A jak się weźmie pod uwagę, że poprzedniego dnia mówcy ostrzegali przed wywoływaniem duchów – to wszystko staje się zupełnie niezrozumiale. Czyżby taki autorytet jak o. Posacki nie wiedział co się mówi i dzieje po pierwszym dniu „przygotowania”?
Do pana Millera i jego „nauczania” powrócę niżej, teraz wracam do ks. Bashobary. Otóż ks. Bashobara też odwoływał się do duchów. Być może dlatego, że sam miał smutne doświadczenia rodzinne (matka go obumarła, chowała go ciotka, która go nie znosiła tak bardzo, że szkodziła mu na każdym kroku aż do próby otrucia), być może dlatego, że spotkał się z wieloma przypadkami ludzi, którzy nie są w stanie zapomnieć krzywd, wyrządzonych im przez przodków, nawoływał do całkowitego przebaczenia wszystkiego swoim przodkom. Bardzo chrześcijańskie i katolickie chciałoby się powiedzieć. Ale… Ale to co on mówił i robił nastręcza wiele wątpliwości.
Najpierw – powiązał mające się odbywać uzdrowienia z przebaczeniem bliskim zmarłym. Po drugie – kazał ich wzywać! Zacytujmy:
„Stań przed tą osobą, o której myślisz, przypomnij sobie tę osobę, stań i przebacz tej osobie. To jest trudne, ale z łaską Boga można to uczynić… Teraz możecie czuć w klatce piersiowej takiej ukrytej złości, która niech teraz odejdzie. Duchu Święty, dotykaj teraz te ukryta złość, oczyszczaj nas z niej. Teraz niech odejdzie, niech odejdzie od nas. Wszystko to co powodowało bóle niech odejdzie w Imię Jezusa, to co powodowało ból pleców niech odejdzie teraz. Odejdź w Imię Jezusa. Widzimy już tę osobę, jest to osoba bliska, która umarła, kiedy umarła czułem się bardzo zły, czułem się smutny, mam w sobie złość i smutek, muszę przebaczyć. Kiedy umarłeś brakowało mi tej miłości.” I tak długo, wymieniając wszelkich bliskich i powinowatych: matko, bracie, dziadku, babciu, ciotko, siostro, sąsiedzi… i zawsze z dodaniem: „Przebaczam ci w Imię Jezusa. Kiedy umarliście brakowało mi waszej miłości – przebaczam wam.”
Przebaczenie – takie katolickie! A dalej:
„Wszyscy którzy umarli byli instrumentami Bożej miłości i brakuje nam ich miłości i to jest powód bólów głowy, nóg, to jest powód. Teraz otwórzcie dłonie, prosimy Jezusa który dal wam waszych bliskich, prosimy Jezu – przybliż mi teraz mego ojca, matkę córkę, brata… by mógł mnie objąć. Pozwól by mnie teraz objęli z miłością, którą przez nich przekazałeś. Więc teraz wasi bliscy są w wyjątkowy sposób z wami, przyjmijcie teraz Bożą miłość przez tych którzy umarli… I Ty Panie, usuń teraz cały smutek od sierot, od matek i ojców itd.. Oczywiście nie możecie pozostawać ze zmarłymi – jeden po drugim oddajcie z powrotem Jezusowi. Matko, oddaje cię Jezusowi, Babciu itd… Pozwólcie niech to odejdzie, oddychajcie, spokojnie oddychajcie. Ta choroba opuszcza was. Niektórzy czuja trzęsienie serca, widziałem, że chorujecie na anemię – to wszystko teraz odchodzi. Oddajcie wszystkich tych, którzy umarli z powrotem Jezusowi.”
Czy to nie jest żonglerka duchami? Czy to jest katolickie? Co to jest za wywoływanie zmarłych i oddawanie ich z powrotem Jezusowi? Czy wołanie duchów staje się normalnym, jeśli się to dzieje w świątyni i bez specjalnego stolika? Czy pod pozorem przebaczenia swoim bliskim wolno wołać zmarłych i to – o ironio! – wołać za pośrednictwem samego Boga, który te procedery zakazał?
Wspomniałam o swoich wątpliwościach w rozmowie z pewnym kapłanem. Skwitował wszystko pobłażliwie słowami: „Och, to Afrykańczyk!” A co to ma za znaczenie, że Afrykańczyk! Jest to kapłan Kościoła i dzieje się to w obecności innych kapłanów i za ich aprobatą!
Wreszcie dochodzimy do uzdrowień. Oto jak ks. Bashobara ogłaszał kolejne uzdrowienia: „Niektórzy cierpieli na migrenę – z waszego czoła to wszystko odchodzi. Niektórzy w całym ciele – ból odchodzi teraz, niektórzy stałe bóle głowy – odchodzi – niektórzy nie mogli słyszeć – jesteście teraz uzdrawiani. Będą ci, co otrzymają duża niespodziankę, noszą okulary i spojrzą normalnie. Niektóre osoby mają wrażenie, jakby chciały wymiotować – Bóg was uzdrawia…. Odrzuć swój grzech i wtedy ta moc będzie przez ciebie przepływać. Dotknij tej części ciała gdzie cierpisz, Jezus mówi – chorobo odejść teraz, bądź uzdrowiony, Jezus mówi – dotykam cię teraz, twoja wiara cię zbawiła, zacznij otrzymywać swoje uzdrowienie…. Ilu z was zostało uzdrowionych – podnieście dłonie, jeszcze wyżej, uwielbimy Boga teraz!” I oczywiście długie oklaski i okrzyk „Brawa dla Jezusa!”
Nie ma sensu cytować więcej. Starczy wspomnieć, że ks. Bashobara oznajmił wiernym, że „w czasie komunii św. Pan mówił do mojego serca o wielu uzdrowieniach, które mają teraz miejsce” i doliczył się 18 uzdrowień z epilepsji (skąd tylu epileptyków na takim spotkaniu i skąd oni, podnosząc ręce do góry wiedzieli, ze są uzdrowieni?), wiedział też o 70 osobach uzdrowionych z nowotworów, którym polecił zrobić badania około 17 stycznia, wiedział, że 25 małżeństw, skłóconych ze sobą połączy się znowu, 17 kobiet, które ma problemy z poczęciem dziecka pocznie około 25 stycznia, osoby zaginione dadzą znać o sobie swoim rodzinom, a na koniec (i to już zacytuję!) – „Tu z przodu siedzą studenci, głównie w naukach ścisłych – Pan w tym kierunku was umacnia, Pan daje wam nową łaskę, bo bardzo źle szła wam matematyka. Chwalmy Pana za to!” Oczywiście każde takie ogłoszenie następujących uzdrowień kończyło się radosnym okrzykiem: „Brawa dla Jezusa!”
Przerywnikiem w radości z uzdrowień była tez piosenka o treści mniej więcej takiej:
Czuję Jezusa w moich stopach, na swoich oczach i moich uszach, Jezus jest w całym moim stworzeniu! Jezus jest w całym mym jestestwie. Przyjdź Jezu i nieś mnie na swoich plecach – je je, je je…. Czuje Cię w moich stopach, w moim żołądku, nawet w moim nosie, jesteś w moich uszach i w całym moim stworzeniu. Idziemy z Jezusem. Amen. Brawa dla Jezusa!
Gwarantuję, że nie dodałam nic od siebie do wymienionych poszczególnych części ciała. Podejrzewam, że nikt nie powiedział ks. Bashobarze co oznacza po polsku „ mieć kogoś w nosie”. Nie dopatruje się tu złej woli. Co nie zmienia faktu, że słowa piosenki, śpiewanej zresztą z emfazą przez zgromadzonych, są głupie i co gorzej teologicznie błędne. A to wszystko działo się w kościele strażników wiary!
Cuda, uzdrowienia, pomoc od Boga nawet w matematyce! To wszystko jest takie chwytliwe, tak bardzo się podoba ludziom, że idą urzeczeni i jakby mieli „oczy na uwięzi”. Mam cichą nadzieję, że ten artykuł może pomóc niektórym, by ujrzeli jakie to wszystko jest płaskie i dalekie od wiary. Coś innego jest przeczytać słowa ks. Bashobary i na spokojnie przyjrzeć się treści, coś innego jest być w pełnym kościele i poddawać się sterowanym nastrojom, uczuciom, rozbudzać w sobie nadzieję, że może to ja jestem jednym z tych uzdrowionych. Ale czy to jest etyczne? Chory człowiek często jest gotów chwycić się wszystkiego, nawet iść do czarodziejów, wróżek, szamanów i wszelkich innych szarlatanów, byleby odzyskać nadzieję na uzdrowienie. Chorego można zrozumieć, lecz nie wolno go prowadzić na manowce.
W roku 2000 Kongregacja Nauki Wiary wydała specjalną Instrukcję nt. modlitwy o uzdrowienie. Miała ona zapobiec wszelkim i licznym nadużyciom. Wydaje się jednak, że ci którzy organizują konferencje, rekolekcje czy inne spotkania „z uzdrowieniami” nie do końca zapoznali się z przedstawionymi tam normami dyscyplinarnymi. Zacytuje tylko dwie z krótkim komentarzem:
Art. 5. § 2. Powinno się troskliwie unikać pomieszania tych wolnych modlitw nieliturgicznych z celebracjami liturgicznymi w ścisłym tego słowa znaczeniu.
Mowa tu o modlitwach o uzdrowienie. Niestety, ks. Bashobara natychmiast po Komunii świętej, jeszcze przed błogosławieństwem nie tylko miał „przekaz od Pana”, ale i modlił się, wzywał takimi słowami: „Duchu święty. przyjdź teraz, wypełnij wszystkich tutaj obecnych, poruszaj się w nas, Ty umacniasz nasze życie, poruszaj się w nas Panie, Ty przynosisz radość tam gdzie nie ma. Poruszaj się wśród tych co chorują na astmę, poruszaj się w naszych głowach, wśród tych co nie widza, przyjdź, poruszaj się…” Mamy do czynienia z poważnym nadużyciem liturgicznym, bowiem następny § 3 brzmi:
Jest poza tym rzeczą konieczną, aby w ich realizacji nie dochodziło, przede wszystkim ze strony tych, którzy je prowadzą, do form podobnych do histerii, sztuczności, teatralności lub sensacji.
Tu chyba komentarz nie jest konieczny – sensacji i teatralności było co nie miara.
Wspomniałam powyżej, że pod koniec artykułu powrócę do „nauczania” pana Ricka Millera. Otóż oznajmił on zgromadzonym, że dostał specjalną misję od samej Najświętszej Maryi Panny. Misja ta polega na głoszeniu „głowom państw i głowom kościoła (?) w poszczególnych państwach” konieczności poświęcenia danego państwa Najświętszemu Sercu Jezusowemu i Niepokalanemu Sercu Maryi. Przy okazji opowiedział jak był w Kolumbii, „która kiedyś była konsekrowana NSJ, a potem rozkonsekrowana” i rozmawiał z prezydentem, który jednak mu powiedział, że teraz nie jest dobry moment polityczny, ale jednak odmówił z nim w TV różaniec, co pan Miller potraktował jako cud. Nasuwa się kilka pytań: pierwsze – ściśle teologiczne – co to oznacza rozkonsekrować państwo? Drugie – jakie „chody” musi mieć zwykły świecki, by został przyjęty przez prezydenta i odmawiać z nim różaniec w TV (prawdopodobnie prezydent wykorzystał to w jakimś swoim celu). Ludzie jednak w swej naiwności się zachwycali „cudem odmówienia różańca w TV”.
Na koniec pan Miller ogłosił (według własnego określenia) „radosną nowinę”. Przyjechał do Polski, by rozmawiać z „głową państwa i głową kościoła” i namówić ich na konsekrację Polski NSJ i NSM. Przyjęto to długimi oklaskami. Pan Miller zaznaczył, że teraz wiele zależy od wiernych, muszą oni zacząć tworzyć grupy modlitewne, inaczej nie uda się nic. Te grupy będą jego zapleczem modlitewnym i wtedy dojdzie do konsekracji Polski i Najświętszemu Sercu Jezusowemu i Niepokalanemu Sercu Maryi. Szkoda tylko, że nikt nie powiedział Millerowi, by nie wywalał otwartych drzwi. Otóż Naród Polski był poświęcony trzykrotnie NSJ – w roku 1920 w Częstochowie, w czerwcu 1921 r. w Krakowie i w 1951 r. w Warszawie. Poświęcenie Niepokalanemu Sercu Maryi dokonał zaś Prymas Polski, kardynał August Hlond, 8 września 1946 roku.
Nie bez kozery rozpoczęłam swój artykuł od przypomnienia Medjugoria. Właśnie w słowach pana Millera ukazuje się bezpośredni, choć zawoalowany związek z tym, co tam się dzieje. Tam słyszy się ciągłe nawoływanie o ogłoszenie Maryi Królową Pokoju i jakoś nikt z wiernych się nie zastanawia, że tytuł ten Maryi został już dawno nadany (zrobił to Benedykt XV w 1917 r.). Tam ciągle mówi się o demonach i o szatanie, czego efektem jest to, że wierni przestają rozumować logicznie i wszędzie (tam gdzie jest i tam gdzie go nie ma) dopatrują się szatana. Ostatecznie wszystkie niepowodzenia są przypisywane działaniu złego ducha, co prowadzi do zatracenia poczucia własnej odpowiedzialności, w konsekwencji – do zatracenia poczucia grzechu. Podobnie w Warszawie, w kościele służewieckim, mówiono bardzo dużo o demonach. Nadmiernie dużo, o wiele więcej niż potrzeba, by ostrzec wiernych przed działaniem złego ducha. Podobnie jak i w Medjugoriu mówiono o wielu domniemanych uzdrowieniach. Nie wspomniano ani razu o zamiarze zbadania prawdziwości uzdrowień.
Art. 9 wspomnianej już Instrukcji nakłada obowiązek by ci, którzy przewodniczą celebracji zebrali obiektywnie i sumiennie ewentualne świadectwa i przedłożyli fakt kompetentnej władzy kościelnej. Podobnie od lat dzieje się w Medjugoriu – ludzie mówią o uzdrowieniach, nikt jednak nie bada ich prawdziwości.
I jeszcze jedno – zwolennicy Medjugoria łączą się w grupy modlitewne, najczęściej zwane „Wspólnotami Królowej Pokoju”. Jeśli apel Millera okaże się skuteczny doczekamy się i grup modlitewnych zebranych wokół idei konsekracji Polski NSJ. Będą nowe „wieczerniki”, powoli oddzielające się od normalnego życia Kościoła, jak to ma miejsce z grupami medjugoryjskimi. Szatanowi to na razie wystarczy – powolne rozbijanie Kościoła, powolne podkopywanie tradycyjnych nabożeństw, wreszcie powolny rozkład formacji wiernych i sprowadzenie nabożeństw do swoistych happeningów.
Więc bądźmy czujni, unikajmy sensacji w wierze i pozostańmy przy zdrowej nauce Kościoła.
5 grudnia 2008

2 komentarzy

Filed under Publicystyka

Dokąd zmierza Kościół (refleksje nad codziennością – I część)

Kilka dni temu (22 czerwca 2013) Episkopat podał do wiadomości, że w piątki już nie obowiązuje zakaz organizowania „hucznych zabaw” ani uczestnictwa w nich. Na pewno ucieszy to tych wszystkich, którzy „z braku odpowiedniego lokalu” urządzali wesela w piątki – być może ktoś z nich miewał jednak wyrzuty sumienia.

Pierwszy raz  spotkałam się z tym „zwyczajem” jakieś 5-6 lat temu. Wychodząc z wieczornej mszy św. właśnie w piątek, zobaczyłam jak szykują się do ślubu nowożeńcy i ich goście. Nie wiele myśląc podeszłam do panny młodej i się zapytałam czy dzieje się coś strasznego, że ślub jest w piątek. Ona była zdziwiona moim pytaniem – bo co się może dziać. Wyjaśniłam – może być tak, że któreś z nich jest bardo chore i grozi mu ciężka operacja lub jutro wchodzi do szpitala, albo do wojska – daleko może od Polski, gdzieś gdzie są nasi żołnierze lub jeszcze coś. Nić takiego – odpowiedział  mi młoda pani – po prostu nie było wolnego miejsca w żadnym lokalu na sobotę. A kto dał zgodę – ona nie wiedziała, wiedziała, że proboszcz jakoś to załatwił. Proboszcz z kolei mi powiedział, że był u ordynariusza i dostał prawo decydować w takich przypadkach. Zostało mi tylko powiedzieć co sobie myślę o takim potraktowaniu świętego dnia piątkowego.

No a teraz czytam w komunikacie, że w miejsce dotychczasowego zapisu czwartego przykazania kościelnego przyjęto nową formułę, obejmującą jedynie Wielki Post: Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w czasie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.   

Jak zaznaczył biskup Marek Mendyk decyzja jest podyktowana faktem, że wielu wiernych coraz częściej organizowało zabawy w piątek. Dotychczasowy zapis zagubił swoje znaczenie – powiedział  biskup.

Więc ja już nic nie rozumiem – to kto jest prawodawcą? Tłum, który poniewiera Panem Jezusem? Tłuszcza, która myśli o swojej zabawy i o tym jak napełnić brzuch? Zgraja żądnych rozrywki? Czy Kościół święty, Matka nasza, który nie jest z tego świata i do tego świata nie powinien się dostosowywać?

A może to kolejne aggiornamento? Tym razem Kościoła w Polsce, po to by szybciej dogonić kościół na Zachodzie. Ale tam praktycznie (oprócz grup wiernych Tradycji) nie ma kościoła.

No i na koniec – czy możemy się spodziewać innego aggiornamento – prawa do kradzieży, aborcji, eutanazji, prawo by nie chodzić w niedziele i w święta do kościoła? Przecież wielu wiernych tak robi…

Maria Kominek OPs

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Refleksje na temat duszpasterstwa szpitalnego

Od kilku miesięcy poważnie choruję. Nie bardzo mam sił o ochoty na prowadzenie blogu. Ale spróbuję, spróbuje odezwać się raz na  jakiś czas.

Tak się złożyło, że w czasie tej choroby kilka razy musiałam być hospitalizowana, trafiłam do kilka szpitali. Mam więc pewne spostrzeżenia, którymi chce się wkrótce podzielić.

Sprawa dotyczy opieki duszpasterskiej nad chorymi.

Jest oczywiście, że nie mam pełnego rozeznawania i jest bardzo prawdopodobnie, że jest wiele miejsc, gdzie ta opieka jest bardzo dobra, ale tam gdzie ja byłam, było po prostu smutno.

W jednym ze szpitali (nie będę wymieniać konkretnych szpitali) ksiądz przychodził codziennie, przeszedł szybciutko pytając się: czy ktoś sobie życzy? (Komunii świętej) i jeśli ktoś sobie życzył – dawał szybciutko i mówiąc: „wszystkiego dobrego” odchodził. Nie było czasu się pomodlić przed przyjęciem Komunii, nie mówiąc już o tym, by się skupić. Ksiądz odchodził dalej, pytając „czy ktoś sobie życzy”. Tak jakby chodziło o dobrą bułeczkę na śniadanie lub coś w tym stylu. Mało kto przyjmował Komunii św., bo ludzie się nie orientowali, czy mogą przyjąć – ksiądz przychodził w różnych godzinach i nie wiedzieli czy po jedzeniu mogą przyjąć Komunii św. czy nie, niektórzy chcieli się wyspowiadać, ale ksiądz tak szybko przechodził pytając czy „ktoś sobie życzy”, że nie było jak się z nim rozmówić.

W innym szpitalu była kaplica, ale czynna tylko w soboty! o 11tej. W niedzieli mszy św. nie było. Ksiądz podobno chodził z Komunią raz na kilka dni, ale póki ja byłam nie dotarł do mego pokoju.

W jeszcze innym nie było krzyży w pokojach – podobno dlatego, że nie wszyscy są wierzący. oczywiście ludzie wyjmują swoje obrazki  i w ten sposób w pokojach są wizerunki i  Matki Bożej i Pana Jezusa, ale oficjalnie jest „ekumenicznie”.

Będąc  w szpitalach – co jest normalne – spotrkałam się z ogromna ilością cierpieniem i ogromnymi problemami. Czasami jest tak, że ludzie pomiędzy sobie rozmawiają i pomagają sobie duchowo, ale ogromnie brakuje pomocy duchowej. Brakuje normalnej kapelanii szpitalnej. Brakuje księdza, który pomógłby uporać się z pewnymi problemami, brakuje zachęty do skorzystania z sakramentów. Brakuje w szpitalach jakiejś lektury religijnej, coś, co można by było zaproponować chorym, brakuje nabożeństw,  brakuje po prostu dobrej opieki duszpasterskiej. Jestem przekonana, że nie byłoby wielkich problemów z urządzeniem jakiegoś kącika w szpitalnych korytarzach, gdzie ludzie mogliby się spotkać na różańcu. I że ludzie by chętnie się wspólnie pomodlili. Tylko potrzeba by było trochę więcej inicjatywy ze strony duszpasterzy.

A taka szkoda! Właśnie człowiek chory, postawiony w sytuacji pełnej zależności od woli Bożej, właśnie wtedy może zbliżyć się do Boga, może wiele przemyśleć, może po prostu się nawrócić.

Kiedyś była w Internecie taka strona „adalbertus.net”. Nie wiem co się z nią z stało i co się stało z kapłanem, który ja prowadził. O ile się nie mylę, kapłan ten został kapelanem szpitalnym i nagle uświadomił sobie jaka to ważna funkcja. I jak istotne jest być z chorymi. Szkoda, że nie ma już tej strony, była bardzo pouczająca.

Zostaje mi na koniec życzyć sobie i  innym chorym, by kapelania szpitalna stanęła na innym poziomie. By księża w szpitalach zaopiekowali się duchowo chorymi i nie traktowali pracy szpitalnej jako gorszej.

I by Komunia święta była podawana z odpowiednim szacunkiem, by chory mógł się pomodlić i uwielbić Pana Jezusa.  I gdzieś w kącie by był wizerunek Matki najświętszej, przy którym można by było odmówić wspólnie z innymi chorymi roznieć.Tyle można by było zrobić w szpitalach.

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Droga krzyżowa o krzyżach i kapliczkach przydrożnych (tekst z roku 2002)

 Krzyże na rozstajach i wśród pól, krzyże zapomniane w lasach przy dróżkach zarośniętych – jesteście świadkami, świadkami miłości niepojętej, która tak bardzo się uniżyła, że przyjęła na siebie wszystkie cierpienia i wszystkie grzechy człowieka. Jesteście świadkami dziejów Boga – Człowieka i świadkami historii ludzkiej. Wzniesione do nieba, jesteście świadectwem odkupienia winy Adama, świadectwem Zbawienia. 

 

I. Pan Jezus na śmierć skazany

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Staję przed krzyżem, który kiedyś chłop postawił na swym polu, by Chrystus z góry widział, że gospodarz o Nim pamięta i słucham wiatru, jak opowiada o niesprawiedliwym wyroku i widzę przez zawieję śnieżną biały pałac Piłata i słyszę krzyk tłumu – „ukrzyżuj Go, ukrzyżuj”. Naokoło białe pole i tylko gdzieś tam daleko jakieś czarne ptaki próbują znaleźć coś w zamarzniętej ziemi. A z wiatrem dochodzą słowa z lat dawnych, modlitwy wieśniaków – o zdrowie, za dom i za dzieci, o plony, o miłość i przebaczenie. I słowa z lat nowych i nowszych – nie daj Panie, by nas też skazano niesprawiedliwie na zapomnienie i na tułaczkę, daj ziemią ojców zachować i uprawiać, nie pozwól by nam ją odebrano i obcym sprzedano. Od niesprawiedliwych wyroków strzeż nas, Panie.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

II. Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Ten krzyż stoi na skraju lasu. Jest tak stary, że już sczerniał. Jest bardzo wysoki, a na samej górze widać małą pasyjkę. Jak to, Panie Jezu! Tak duży krzyż, a Twoja figurka jest tak mała! Wydaję się, że ktoś się pomylił kiedy robił ten krzyż. Ale nie! Ta mała figurka w porównaniu z tym potężnym krzyżem dokładnie obrazuje jak ciężko było wziąć krzyż na swe ramiona – krzyż całego świata, krzyż naszych grzechów. Sczerniały ze starości krzyż przy drodze przypomina o miłości. Daj nam, Panie tak miłować innych, jak Ty nas nauczyłeś. I wybacz nam, gdy za mało miłujemy. Prosimy Cię, Panie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

III. Pan Jezus pierwszy raz upada pod ciężarem Krzyża

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

„Krzyż ten postawiła

            Wioska uboga

· O zlitowanie woła

            Codziennie do Boga”

Taki jest napis na kapliczce niedaleko mego domu. Często przechodzę obok i powtarzam sobie te słowa. Krzyż jest kamienny, takich krzyży teraz już się nie stawia. Dawniej wioska była uboga, ale kapliczka była okazała. Dawniej ludziom nie szkoda było grosza na okazanie czci Temu, który dla nich niósł krzyż i pod jego ciężarem upadał na drodze. Chcieli swemu Panu coś ładnego dać i pokazać Mu, że choć nieudolnie, ale jednak Go kochają. Rzadko teraz ktoś się zatrzymuje przed kapliczką. Wszyscy zajęci, pędzą samochodami, biegną, śpieszą się. Czasami z trudem przykuśtyka staruszka. Zmówi różaniec i wraca do domu. Do kościółka ma za daleko. A wnuki się śpieszą, mają ważne sprawy, nie podwiozą, nie podprowadzą. A staruszka błaga Pana za nich i za nas wszystkich.

 Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

IV. Pan Jezus spotyka Matkę Bolesną

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Wiosną w lesie przechodzę obok małej kapliczki z obrazkiem Matki Bożej. Kapliczka jest bardzo skromna – drewniana, przybita wysoko do pnia sosny, trochę przypomina budkę dla ptaków, oszklona z przodu, a w środku niewielki papierowy obrazek Matki Bożej Częstochowskiej, trochę spłowiały i słowa: „Matko, módl się za nami”. Co by z nami było, gdyby nie Matka Boża! Jej Chrystus Pan powierzył nas i Ją dał nam za Matkę. Do niej wznosimy wszystkie nasze prośby i modlitwy.

Spotykam Matkę na swej drodze, Matkę czuwającą i czekającą na mnie w małej kapliczce przydrożnej. To moje spotkanie z Nią jest podobne do tego, które miała z Synem na Drodze Krzyżowej. Bo Ona zawsze czeka na swe dziecko na drodze, – jaka by nie była ta droga. Gdy jest to droga dobra – Matka się cieszy, gdy jest zła – cierpi.

Za wybór złych dróg – przepraszam Cię Jezu!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

I Ty, Któraś współcierpiała, Matko Bolesna, przyczyń się za nami!

V. Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Chrystusowi

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

W roku jubileuszowym proboszcz parafii postawił na drodze do wioski nową kapliczkę – na wysokim postumencie, w małej szklanej skrzyneczce siedzi Chrystus Frasobliwy i patrzy na nas. Patrzy jak codziennie wyjeżdżamy zabiegani do swoich spraw i jak wracamy do domów po południu, zmęczeni, zniechęceni, marzący tylko o jednym – o nic nie robieniu i nie myśleniu, o totalnym zapomnieniu o kłopotach. A w domu czeka tyle zajęć i tyle spraw. Jak chętnie się je odstawi, odłoży na jutro, na pojutrze, na kiedy indziej. Ale wśród tych spraw są także sprawy ludzi, ludzi czekających na słowo, uśmiech, pomoc. Czasami na zwykłą rozmowę, by powiedzieć, że też są zmęczeni, że też mają kłopoty.

Chryste, uczyń, żebyśmy byli czuli na sprawy ludzkie. A jeśli jesteśmy oporni – przymuś nas, tak jak Szymona z Cyreny do wzięcia krzyża drugiego człowieka. Naucz nas pamiętać, że każdy krzyż, który bierzemy jest Twoim krzyżem, a Twoje jarzmo jest słodkie i brzemię lekkie. Naucz nas miłości! Prosimy Cię, Panie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

VI. Pan spotyka Matkę Bolesną

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

To była bardzo piękna kapliczka, mały postument i wysoko wzniesiona na nim oszklona z czterech stron kapliczka. W środku duża figura Chrystusa, obok niego klęczące dzieci i kobiety. Stała niedaleko głównej drogi, na dróżce polnej. Obok troskliwe ręce zawsze sadziły kwiaty i pielęgnowały je aż do późnej jesieni. Potem obok przeprowadzono drogą dla samochodów i wybudowano olbrzymi super market. Kapliczka została, chyba nikt nie miał odwagi jej ruszyć. Ale kobietom zakazano sadzenia kwiatów, powiedziano im, że teraz właściciel super marketu zadba o kapliczkę. I zadbał. Posadził w czterech stron duże tuje i kapliczki już nie widać.

Codziennie przyjeżdża do marketu wielu ludzi – parkują, kupują, wchodzą, wychodzą. Nie widzą kapliczki, bo schowana jest w tujach.

Kto ukaże Twoje Oblicze ludziom, Panie? Powołaj nowe Weroniki, które obetrą Twoją Twarz i ukażą Ją ludziom. Niech Twoje Oblicze stanie się nam sztandarem, niech nigdy nie zapominamy o Tobie. Prosimy Cię Panie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

VII. Pan Jezus upada po raz drugi

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Ten krzyż stoi na rozstaju dróg. Jest wysoki na dwa metry, metalowy, z pasyjki na środku patrzy Chrystus. Opowiadają, że dawniej tam stał inny krzyż, zwany rozstajnym. Gdy ktoś wyruszał z wioski za chlebem, zawsze tam długo stał i się modlił. Prosił o dobrą drogę, o prowadzenie na drogach życia. A potem bywało różnie – szedł człowiek do miasta i tam się zagubił.

Teraz też jest podobnie, tylko mało kto staje na drodze rozstajnej. Idzie taki do miasta za chlebem, a w mieście wszystko na niego czyha i nie wie kiedy zagubił i siebie i Boga. A Chrystus czeka na rozstaju. Czeka, kiedy wróci syn marnotrawny i przeprosi, i znowu się odnajdzie. Jakby mówił z krzyża do przechodniów: Dla ciebie, człowiecze upadałem na Drodze Krzyżowej, by twoje upadki zgładzić. Popatrz na Mnie, odzyskasz siły i nie odchodź. Tak jak Ja cię nie opuszczam, tak i ty bądź zawsze przy Mnie!

Panie Jezu, nie pozwól nam zagubić się na drogach życia i wspomagaj nas, byśmy umieli podnieść się z upadków.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

 

VIII. Pan Jezus spotyka płaczące niewiasty

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Jeszcze w naszym Kraju wszędzie na drogach są krzyże i kapliczki. Jesteś w nich Jezu i z nich spoglądasz na ludzi. W tych przydrożnych kapliczkach spotykasz kobiety i mężczyzn. Dzieci i starców. I zawsze mówisz im to samo – „nie płaczcie nade Mną, lecz nad synami swoimi”. Nad tymi, co już zapomnieli gdy przechodzą obok krzyża, że należy się przeżegnać; nad tymi, którzy już nie wiedzą, że w Kościele należy uklęknąć przed tabernakulum; nad tymi, którzy nie pozwalają przyjąć Komunii na klęczkach, i nad tymi, co pozwalają dzieciom przepychać się i rozmawiać w „kolejce” po Komunię. A zwłaszcza nad tymi, co świadomie chcą odzwyczaić ludzi od szacunku do Ciebie i wprowadzić Komunię „na rękę”. Nad tymi co robią z Twego domu już nie targowisko, ale miejsce do przyjemnego spędzania czasu, bo zapomnieli o modlitwie i pokucie.

Daj nam, Panie, pamiętać o Twoje Męce i Twoim Krzyżu. Daj nam niczym innym się nie chlubić, jak Twoim Krzyżem! Naucz nas jak zachować wiarę świętą i jak nauczyć dzieci szacunku do Ciebie! Prosimy Cię, Panie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

IX. Pan Jezus upada po raz trzeci

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

W podwórku jednej z niewielu zachowanych starych warszawskich kamienic jest kapliczka. Takie podwórka nazywano kiedyś „studniami”. Kapliczka jest okazała, z okienka spogląda Matka Boska, bryła kapliczki uwieńczona jest krzyżem. Ozdobiona kwiatami – trochę kwiatów sztucznych i trochę prawdziwych. Ta kapliczka zna całe dzieje kamienicy. Postawiono ją ponad sto lat temu, gdy wybudowano dom. Widziała Matka Boża różnych lokatorów – i tych bogatych z paradnej klatki i tych biedniejszych – z oficyny. Widziała wchodzących butnie Niemców i słyszała płacz wyrzuconych ludzi. Widziała młodych, wychodzących, by walczyć w Powstaniu i słyszała wybuchy bomb i walących się niedaleko domów.

Ta kamienica się ostała. Ostała się i kapliczka. Pod tą kapliczką kobiety chowały powstańców, których ciała leżały na pobliskiej ulicy. By po wojnie ekshumować je i przenieść na cmentarz.

Rzadko kiedy ktoś teraz pamięta o dziejach kamienicy. Tylko stare już wnuczki tamtych kobiet kładą kwiaty pod kapliczką i w maju odmawiają Litanię.

Spójrz, Panie w swym trzecim upadku na nasze dzieje I wybacz nam wszystkie odejścia od Ciebie, a katom daj nawrócenie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

X. Pan Jezus z szat rozebrany

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Bloki wybudowano na dawnym polu, gdzie kiedyś siano pszenicę i żyto. Na skraju pola stał od dawna krzyż. Kiedy wybudowano bloki, krzyż znalazł się na skraju osiedla. Od lat jest zaniedbany, ale drewno jest mocne i krzyż stoi do dziś.

Narzekali mieszkańcy osiedla, że nie ma rozrywek dla młodzieży. Że młodzież się nudzi i się włóczy bez celu, więc zrobiono coś i dla młodzieży. Naprzeciwko krzyża postawiono barak i otwarto w nim dyskotekę.

Z miłości dla nas przyjąłeś wszystko na siebie, Chryste! Zgodziłeś się nawet, by Cię z szat rozebrano i uniżono. A teraz poniżają Cię dalej. Ci, co wiodą tę młodzież na pokuszenie, co dają jej jako rozrywkę dyskoteki, co grają w orkiestrach „pomocy”, ci, co oszukują młodych i ukazują im życie lekkie i przyjemne, życie w zabawie, którzy niszczą duszę młode, ci poniżają Cię i ogałacają dalej. Oni odbierają wstyd i czystość młodym, oni prowadzą ich na bezdroża. Daj, Panie, by nasza młodzież nie ulegała pokusom świata, a fałszywym dobroczyńcom daj nawrócenie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

XI. Pan Jezus przybity do krzyża

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

W lecie w lesie mazurskim był obóz oazowy i uczestnicy Oazy zamierzali odprawić Drogę Krzyżową. Ksiądz prowadzący oazę zamówił u chłopów duży krzyż i chłopi zbili krzyż trzymetrowy. Chcieli zamówić i figurkę Jezusa, ale ksiądz się nie zgodził. Na Drogę Krzyżową, mówił, nie potrzeba.

Cała wioska przyszła na oazowe nabożeństwo. Krzyż nosili wszyscy po kolei. Na koniec poszli w głąb lasu i krzyż postawili na małej polance. Wieczorem pod krzyżem rozpalili ognisko, długo śpiewali i cieszyli się. Chłopom się to wszystko nie podobało, ale ich proboszcz tylko pokiwał głową i uspokoił: „ Nie ma o czym mówić, będziemy mieli w lesie nowy krzyż” Jak oaza odjechała, stolarz wykonał figurkę Chrystusa i cała wioska poszła do lasu. Zamontowali pasyjkę i tabliczkę ze słowami: „Tobie się polecamy”, proboszcz krzyż poświęcił i teraz w lesie jest nowy krzyż. By wszyscy pamiętali, że bez Chrystusa krzyż jest bez sensu.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

XII. Pan Jezus na krzyżu umiera

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Na rogu, gdzie jedna z większych warszawskich ulic krzyżuje się z małą uliczką stoi zawsze pięknie zadbana kapliczka. W niej jest obraz Serca Jezusowego. Patrzy Chrystus z miłością i ukazuje swoje Serce, przebite za nas na krzyżu. Promienie miłości otaczają Serce Jezusowe, miłość chce spłynąć na otaczający świat.

W narożnym budynku jest teraz Pizza Hut. Przed budynkiem stoją motocykle roznosicieli pizzy do domów, do pizzerii nieustannie wchodzą ludzie, przeważnie młodzi. Zajęci sobą, nie zauważają kapliczki.

Ktoś jednak o nią dba, bo nigdy tam, ani zimą, ani latem nie brakuje świeżych kwiatów i zawsze są pięknie ułożone.Może to kobieta, starsza albo młodsza, a może mężczyzna,

Który potrafi tak pięknie ułożyć kwiaty. Kto by to nie był, na pewno kocha Chrystusa i stara się nie zmarnować Jego zbawczej Krwi i śmierci. Ta kapliczka, która ma nam przypominać o twojej miłości jest też świadkiem i naszych wierności i niewierności.

Jak często, Panie, przechodzimy obok Ciebie i zapominamy o Twojej miłości! O tym, że Twoje Serce dla nas boleje i dla nas zostało otwarte na Krzyżu! Nie pozwól nam, Panie, lekceważyć symboli Twojej miłości. Bo jeśli będziemy lekceważyć te symbole, zapomnimy i o Tobie. Naucz nas miłości! Prosimy Cię Panie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

XIII. Pan Jezus z krzyża zdjęty i na rękach Matki Bolesnej położony

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Ciało Chrystusa zostało złożone na ręce Matki. Ręce Matki! Ręce zwrócone ku ziemi, a z dłoni spływają strumienie łaski. Te ręce, które trzymały martwe Ciało Syna, są dla nas źródłem łaski!

Na drodze do Niepokalanowa, niedaleko słynnego młyna w Szymanowie stoi kapliczka z Matką Boską Niepokalaną. Kapliczka jest nietypowa, Matka Boska nie stoi na kuli ziemskiej, a na starannie ułożonych workach z mąką. Strumienie łaski, spływające z Jej rąk jakby były skierowane ku workom. Matka Boża błogosławi pracy ludzkiej i wspomaga w codziennych kłopotach. Jak piękny to symbol nieustannej opieki Matki Najświętszej i jednocześnie jak bardzo wymowny. Mąka, owoc pracy rąk ludzkich, błogosławiona przez Matkę przemieni się w żywe Ciało Chrystusa. Ona trzymała na swoich rękach Ciało martwe, my otrzymujemy Ciało prawdziwe i żywe. Taka jest miłość Boga, niezgłębiona i nieogarniona.  

Za Matkę, daną nam na Opiekunkę, dziękujemy Ci, Panie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

I Ty, Któraś współcierpiała, Matko Bolesna, przyczyń się za nami!

XIV. Pan Jezus do groby złożony

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Wiele jest bezimiennych krzyży przy drogach. Znaczą one miejsca, gdzie ktoś zginął tragicznie. Czasami ktoś z bliskich kładzie tam kwiaty, czasami są one już zapomniane i zaniedbane. Różnie ludzie na nie reagują, najczęściej odbierają je jako przestrogę – zmniejsz prędkość, może stać się nieszczęście! Czasami pomodlą się za tych, którzy tak głupio zginęli.

Na każdym cmentarzu stoi samotny duży krzyż. Gdy przychodzi dzień zaduszny, pod nim pali się wiele lampek, palą je ci, którzy mają daleko groby swoich bliskich i nie mogą do nich dotrzeć. Przychodzą więc i zapalają lampkę pod krzyżem. Na znak tego, że śmierć swoją i swoich bliskich chcemy połączyć ze śmiercią Chrystusa. Na znak wiary, że złożenie w grobie jest tylko czasowe, że czekamy na zmartwychwstanie.

Daj nam, Panie, gdy przyjdzie nasz czas, być przygotowanymi na spotkanie z Tobą. Daj nam tak żyć, by nie odkładać do chwili ostatniej powrotu do Ciebie. Od nagłej i niespodziewanej śmierci – zachowaj nas, Panie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

I Ty, Któraś współcierpiała, Matko Bolesna, przyczyń się za nami!

1 komentarz

Filed under Rozważania

Podziękowanie

Wszystkim, którzy wspomagali mnie modlitwą w chorobie, dziękuję z całego serca i obiecuję różaniec św. w ich intencji. W ich intencji również zamówiłam trzy Msze święte – u dominikanów na Służewie, w Gidlach u Matki Boskiej Gidelskiej Uzdrowienie Chorych i w moim kościele parafialnym w Michałowicach.

1 komentarz

Filed under Rozważania

Jak rozmawiać z księżmi o sposobie przyjmowania Komunii świętej

Nie długo zacznie się okres wizyty duszpasterskiej, zwanej powszechnie Kolędą. W niektórych większych miejskich parafiach zaczyna się ona w grudniu, a nawet czasami trwa cały rok. Jest to niewątpliwie dobra okazja na rozmowy z kapłanem na temat sposobu przyjmowania Komunii św. Taką rozmowę musimy rozpocząć sami (mało prawdopodobnie, że ksiądz wybierze taki temat). Nie możemy dać się zbić z pantałyku, powinniśmy starać się do końca wyczerpać temat, pamiętając, że od nas też zależy i dobro dusz, i oddanie Bogu należnej My chwały.

Zaczynamy rozmowę na temat sposobu przyjmowania Komunii św., nawet jeśli my osobiście nie mamy z tym problemu, bo księża parafialni nas znają jako zwolenników postawy klęczącej i nie odmawiają nam udzielenia na kolanach. Dopominamy się o przywrócenie balasek lub (jeśli nowa architektura kościoła uniemożliwia wbudowanie balasek) prosimy o postawienie kilku klęczników przed stopniami do prezbiterium, co umożliwi nawet starszym lub schorowanym ludziom klęknięcie. Możemy się spodziewać różnych reakcji. Ksiądz może po prostu odmówić rozmowy na ten temat i odejść. Jeśli jednak mamy do czynienia z księdzem kulturalnym do rozmowy dojdzie. Nawet może się okazać, że wikary myśli tak jak my, ale się boi proboszcza lub że proboszcz myśli jak my, ale się boi biskupa. Jak postąpić w takim przypadku będzie jednak tematem osobnych artykułów.

Teraz bierzemy pod uwagę sytuację, kiedy ksiądz jest przeciwny klękaniu i będzie miał dla nas różne argumenty. I na te argumenty postaram się dać odpowiedź w kilku krótkich rozważaniach.

1. Predyspozycje wewnętrzne

Jeśli zależy nam na to, by Komunia św. była przyjmowana przez coraz to większą liczbę wiernych na klęcząco, musimy przygotować się na rozmowy z kapłanami. Należy wiedzieć o tym, że bardzo dużo kapłanów jest przeciwnych temu. Szczególnie kapłani średniego wieku. Mają oni wpojone, że postawa stojąca jest lepsza, bo wyraża pielgrzymowanie Ludu Bożego do nieba. Uważają, że postawa stojąca, połączona z procesją jest z jednej strony znakiem dążenia ku pełni świętości w Chrystusie, z drugiej zaś ukazuje świętość, w której już jako Lud Boży uczestniczymy.

Nie będę rozwijać tej myśli, bowiem wydaje się, że nawet dla człowieka mało zorientowanego w teologii jest jasne, że tu chodzi o pewną wizję Kościoła, o pewien sposób rozumienia roli Komunii św., sposób, który niestety daleko odbiega od tego, w co Kościół od początku wierzy.

A Kościół wierzy, że Komunia św. jest rzeczywistym, żywym, prawdziwym Ciałem Pana Jezusa. Więc gdy będziemy rozmawiać z kapłanami – nie dajmy się wciągnąć w dywagacje teologiczne, a od razu zacznijmy od faktu, że wiara nas poucza o rzeczywistej i prawdziwej Obecności Chrystusa Pana w Komunii św.

Oczywiście nie jest to argument wystarczający dla kapłana, który jest zwolennikiem przyjmowania Komunii św. procesyjnie i na stojąco. Taki kapłan prawie na pewno powie nam, że nie jest ważna postawa, ale ważna jest czystość serca. I że Pan Jezus widzi serce i zważa na serce człowieka. I że może być, że ktoś wygląda pobożnie, ale pobożnym nie jest i przyjmuje niegodnie Komunię św.

Takie argumenty najczęściej „stawiają nas pod ścianę”, bo i jak tu się temu sprzeciwić. Więc większość wiernych uznaje racje księdzu, który tak argumentuje i w sumie jest na pozycji przegranej. Dalej dyskusji nie prowadzi.

Ale te argumenty, choćby i słuszne, nie do końca są używane w sposób uprawniony.  A to dlatego, że podstawowy warunek przystąpienia do Komunii św. jest stan łaski uświęcającej. I niezależnie od tego jak wierny zamierza przystąpić do Komunii św. – na kolana, na stojąco czy nawet na rękę – nie może przystąpić, jeśli nie jest w stanie łaski uświęcającej (zakładamy, że wierny uczciwie robi sobie rachunek sumienia i nie ma grzechów ciężkich). Więc z założenia wszyscy przystępujący do Komunii mają czyste serca, czyli odpowiednią predyspozycję. Jeśli nie mają – nie wolno im przystępować. Więc ten argument o odpowiedniej predyspozycji jest po prostu chybiony. I to należy w jakiś sposób powiedzieć swemu współrozmówcy (księdzu).

Jeśli wszyscy mają (a już wiemy, że powinni mieć) odpowiednią predyspozycję – to postawa przyjmowania Komunii św. zaczyna mieć pierwszorzędne znaczenie. Dokładnie odwrotnie niż usiłują nam wmówić kapłani, którzy uważają, że komunia powinna być przyjmowana na stojąco (lub na rękę).

Obrazowo można kapłanowi pokazać to tak: Otóż Pan Jezus patrzy na idących do Komunii św. i widzi wszystkich właściwie przygotowanych. Jednak jedni z nich chcą Mu okazać szacunek i klękają przed Nim powtarzając ( w duchu) za św. Tomaszem Pan mój i Bóg mój, uznając Go swoim Bogiem, który się do nich zniża i chcę ich uzdrowić duchowo, podtrzymywać, karmić swoim Ciałem, a drudzy idą stanąć przed Nim jak równy z równym, bo dowiedzieli się swego czasu od swoich katechetów lub proboszczów, że postawa klęcząca to zabytek feudalny. I jeszcze inni idą bezmyślnie – nie rozważają dlaczego taka, a nie inna postawa – idą tak „jak wszyscy”.

Powiedzmy przy okazji naszemu księdzu, że nigdy nie było i nie będzie ideału. Nigdy nie było tak, by każdy był całkowicie świadomy jak wielką sprawą jest przystąpienie do Komunii św. Ale gdy wszyscy przystępowali na klęcząco nawet niewierzący, patrzący z boku wiedział, że tu dzieje się coś wielkiego. Ten sam niewierzący teraz, jak zobaczy kolejkę – nie będzie miał poczucia wielkości i sacrum, które zawarte jest w akcie przyjęcia Komunii św. Będzie widział coś bardzo codziennego, odartego od misterium.

Rozmawiajmy z księżmi. Naszym celem nie może być wywalczenia tylko dla siebie przywileju przyjmowania na kolanach. W imię miłości bliźniego musimy się starać by w każdym kościele przywrócono balaski i chwalebny zwyczaj przystępowania do Komunii św. na klęcząco.

2. Zarzut tradycjonalizmu

 Jak wspomniałam na początku, rozmowy z kapłanami nie będą łatwe. Jeden z trudniejszych do odparcia argumentów jest zarzut tradycjonalizmu. Określenie „tradycjonalizm” nabrało w ustach wielu współczesnych księży znaczenie pejoratywne. Tradycjonalista dla nich to ktoś, kto ma poglądy wsteczne, należy do bliżej nie określonego „Ciemnogrodu”, sprzeciwia się postępowi.

Nie raz zdarzało mi się być świadkiem takich rozmów. W chwili gdy padało określenie: „pan (pani) jest tradycjonalistą (tradycjonalistką)”, sprawa już była przegrana. Bo biedny wierny zaczynał się bronić, że on tradycjonalistą nie jest, że nie jest przeciw rozwojowi, że jest w zgodzie ze współczesnym światem. I nie miał jak się  obronić.

A może warto wiedzieć jak odpowiedzieć na taki zarzut. Proponuję od razu zgodzić się z tym. I owszem – jestem tradycjonalistą, jestem bardzo przywiązany do tradycyjnych nabożeństw – różaniec święty to moja ulubiona tradycyjna modlitwa, tak samo nabożeństwa majowe, czerwcowe, tradycyjnie lubię odmawiać pacierz rano, uwielbiam Godzinki… Ważne jest móc się wypowiedzieć. No i jako tradycjonalista pragnę by Panu Jezusowi okazywano najwyższą cześć. Dlatego smuci mnie widok ludzi idących w kolejce po Najświętszy Sakrament. A dzieci?  No i dać konkretne przykłady – wiemy przecież jak dzieci zachowują się idąc do komunii, jak przed przyjęciem i jak po przyjęciu. A na pewno inaczej by to wyglądało, gdyby podchodziły na kolana przy balaskach.

Tak jestem tradycjonalista, bo pragnę by dzieci dostawały dobre katolickie wychowanie. By młodzież była uformowana w tradycyjnej moralności. A ile teraz jest młodych ludzi żyjących w „związkach partnerskich” przy aprobacie swoich katolickich rodziców!

Jeśli uda się nam powiedzieć kilka z tych rzeczy kapłanowi, mamy szanse na nawiązanie rozmowy o przywróceniu balasek.

Ale może paść zarzut bardzo mocny, zarzut o niezrozumienie współczesnego Kościoła. Oto autentyczny przykład:

Ci którzy chcą przyjmować komunię na kolanach, to najczęściej ludzie związani z różnymi środowiskami tradycjonalistycznymi, a ich zachowanie nie wynika z obawy przed profanacją Eucharystii, ale z całokształtu pewnego myślenia o współczesnym Kościele.

No i mamy problem, bo nie wiemy jak poradzić sobie z tą teologią.

Zasada powinna być taka: Jeśli kapłan próbuje nas zaskoczyć teologią, my zostajemy przy swoim zdroworozsądkowym myśleniu i nie próbujemy odpowiedzieć mu teologicznie (zawsze będzie w tym lepszy od nas, chyba że akurat jesteśmy obeznani w teologii). Starczy mu powiedzieć, że taka to tradycja, by wierzyć tak jak wierzyli nasi przodkowie, a oni wierzyli w rzeczywistą Obecność, przed Bogiem klękali i się przed Nim korzyli. Taka to nasza tradycja, że zawsze przed Chrystusem i Jego Matką kolana zginano.

I teraz też tak jest, bo jak się idzie do jakiegoś Sanktuarium to się wchodzi na kolanach, a i obrazy na kolanach się obchodzi, a tu Najprawdziwszy, Żywy Pan Jezus, więc to dlaczego nie uklęknąć.

A koncepcja współczesnego Kościoła – to taka tradycyjna – to miejsce gdzie jest Pan Jezus i łaski udziela. I do Matki Bożej można się modlić i o pomoc Ją prosić. Warto zapytać wtedy księdza – czy coś się w tej sprawie zmieniło? Bo jeśli nic się nie zmieniło – to niech ksiądz działa, by balaski wróciły do kościoła.

Nie wiem czy uda się poprowadzić podobna rozmowę. Być może kapłan szybko się wymówi ogromną ilością wizyt duszpasterskich. Ale niedokończoną rozmowę zawsze można spróbować dokończyć w zakrystii.

 

9 komentarzy

Filed under Rozważania

Problem z dyni? A może to problem z szatanem?

Swoje refleksje snuję wieczorem 31 października. Przed chwilą dzwoniły do mnie jakieś dzieciaki – oczywiście chciały cukierka lub straszyły psikusem. Na pytanie czy były w kościele w niedzielę i czy słyszały, że uczestnictwo w Halloween jest grzechem odpowiedziały, że cukierek to nie Halloween i trzeba wiedzieć co to jest Halloween, by się na ten temat wypowiadać. Wyraźnie uważały, że nie wiem o czym mówię.

Kolejna grupa dzieciaków (podobnie jak pierwsza w wieku około 10 – 12 lat) na pytanie czy rodzice wiedzą gdzie oni się o takiej późnej porze wloką, odpowiedziały, że wiedzą i nie mają nic przeciwko temu. Oni przecież tylko chcą cukierki. Większość tych dzieciaków miało jakieś maski na twarzy – chyba też za wiedzą rodziców. Na pytanie czy chodzą do kościoła, odpowiedziały, że tak. Ale z tego spowiadać się nie będą, bo to nie jest grzech. Katecheta mówił, że grzech, ale to nie prawdą. I poszły do kolejnego domu.

Jak widać apel hierarchów przyszedł stanowczo za późno. Za późno w tym roku, bo wiele szkól już miało przygotowane imprezy, w niektórych odbywały się jeszcze w ubiegłym tygodniu. Za późno również ze względu na to, że od lat ten pogański i satanistyczny zwyczaj był wdrażany w społeczeństwie, a hierarchia milczała. Teraz okaże się za późno, bo handlarze nie zrezygnują ze sprzedaży dyni, a ci, którzy chcą Halloween propagować – nie muszą zbytnio się wysilać.

By się przekonać jak sprawy stoją, można przejrzeć sobie Internet. Dziś – w wigilię Wszystkich Świętych – pełno w Internecie różnych opinii. Większość to wyśmiewanie się z apelu hierarchów, wyśmiewanie się z powiedzianej prawdy. Tak jak w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej, gdzie niejaka Katarzyna Wiśniewska stwierdza, że „kościół strzela sobie samobója”, gdy tłumaczy wiernym, że Halloween to święto zasadniczo satanistyczne. I że uczestnictwo w imprezach hallowenowych jest grzechem i to grzechem ciężkim. Bardzo to martwi K. Wiśniewską, osobę oczywiście mocno zatroskaną o Kościół i dlatego poucza ona nas, że kościół powinien zamiast straszyć Halloween lepiej proponować coś w zamian.

Oczywiście znajdzie się w Internecie mnóstwo innych opinii, ale chyba najistotniejszy jest przekaż, który dociera do największej grupy odbiorców. A takim przekazem jest przekaz telewizyjny.

Nie mam telewizora i nie oglądam telewizji. Co nie oznacza, że w ogóle nie wiem, co TV pokazuje. Na ogół włączam  portal TVN 24 i czytam nagłówki, co jest wystarczające, by się zorientować o czym TV informuje wiernych swoich widzów. Czasami tez otwieram niektóre linki – należy jednak wiedzieć co ludzie oglądają albo inaczej rzecz biorąc – jaki jest konkretny temat podawany im do wierzenia przez massmedia.

I tak obejrzałam dziś program Faktów, nazwany „Problem z dyni”: http://fakty.tvn24.pl/problem-z-dyni,285897.html

Sama nazwa programu jest podła, bo problem nie wynika z dyni – nie dynia jest problemem, ale sposób jej używania i cel. Jak to zwykle bywa w takich programach zapytano kilka osób o ich opinię. Sprzedawca dyni oczywiście jest za – bo przecież to są dla niego pieniądze. Potem wypowiada się o. A. Smolka, egzorcysta, który stanowczo ostrzega przed satanistycznymi wpływami obchodów Halloween. Podobnie, choć nie tak stanowczo ostrzega ks. J. Sikorski. Pojawia się komunikat Pasterza diecezji szczecińsko-kamieńskiej abp. A. Dzięgi na temat zagrożeń duchowych Halloween, nie wspomina się o podobnym komunikacie kard. K. Nycza. W końcu pojawia się o. dominikanin T. Franc z Dominikańskiego Ośrodka Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach. I tu dowiadujemy się, że apel hierarchów Kościoła i ostrzeżenia przed możliwymi skutkami zabawy w Halloween to: w słusznej wierze strzelanie z armaty do wróbla!! Mówi to bądź to bądź specjalista od sekt (czyli i od satanizmu), jego wypowiedź pełna lekceważenia dla wypowiedzi biskupów (zgodnych zresztą z nauką Kościoła) następuje po wypowiedzi egzorcysty, czyli jest odbierana jako ważniejsza (tak naucza socjotechnika – dawać na koniec to, co ma być zapamiętane). Dla o. Franca zagadnienie Halloween to rzecz mało ważna. Porównanie armaty z wróblem ma nam uświadomić, że nie ma co mówić o grzechu w tak błahej sprawie. I konkluduje – nie spotkał nigdy nikogo, kto z powodu zabawy z dynia stał się satanistą.  Przekaz jednoznaczny – nie obawiajcie się – satanizm wam nie grozi.

Ostatecznie pokazany jest przykład pewnego księdza, który stwierdza, że nie ma zamiaru walczyć z czymkolwiek, zamiast Halloween  on proponuje Bal Wszystkich Świętych. Najciekawsza jest wypowiedź pewnego chłopczyka  (może 6 a może 7 lat), który stwierdza, że teraz zamienili Halloween na bal świętych. Dziecko ostatecznie wszystko jedno – ważne, że będzie zabawa!

Wniosek, który wyciąga reporterka jest pouczający – najistotniejsze to mieć dobrą zabawę, a która nowa tradycja (tak, dokładnie tak – nowa tradycja! ona ma na myśli Halloween i Bal świętych) zwycięży, zależy od poczucia estetyki. Bo jednych kują rogi, a drugich aureole.

No i widzowie dostali porcję wiadomości, z których mogli wyciągnąć pożądany wniosek:

Nic strasznego nie ma w zabawach Halloween. Egzorcysta widzi wszędzie diabła, ksiądz Sikorski owszem ostrzega, ale zaznacza, że nie wiele wiemy o duchach – więc należy uważać (nie wiemy o szatanie, o demonach?), biskup grzmi i straszy wiernych, nawet się powołuje na policyjne statystyki, które mówią o wzmożeniu aktów przemocy o charakterze okultystycznym właśnie w tym czasie. No i następuje natychmiast uspakajające zapewnienie – nie bójcie się słów biskupa – to po prostu strzał z armaty do wróbla. A wprowadzanie Halloween to jest promocja bylejakości! Tak właśnie powiedział dominikanin z Ośrodka Informacji o Sektach!  Dla niego promocja satanizmu to tylko promocja bylejakości!

No i niech będzie wesoło.

Może za długi opis tej kilkuminutowej telewizyjnej migawki. Ale zatrzymałam się nad nią tak długo, ponieważ jest ona majstersztykiem manipulacji. Jest pokazówką jak należy ustawiać opinię publiczną. Jest ona skierowana do ludzi niezdecydowanych. Jeśli po apelach hierarchów, ktoś miał jakieś wątpliwości, jeśli pomyślał choć na chwilę, że uczestnictwo w zabawach Halloween może być jednak grzechem, to jego wątpliwości zostały rozwiane. Przecież dominikanin mówi, że to nic takiego – taki „wróbelek”, do którego nie warto strzelać. Szczególnie z armaty!

A zresztą – jeśli można wybierać między rogami a aureolą – to nie jest tak istotne – jedna zabawę można zamienić na inną (to sugeruje równowartość). Jednemu się podobają rogi, drugiemu aureole.

I to zostanie zapamiętane przez ogromną ilość widzów.

Kończę ten artykuł w momencie, gdy prawdopodobnie „zabawa w duchy” w wielu miejscach trwa na całego. Jedyne co mi zostaje, to przeżegnać się wodą święconą i pomodlić się do Matki Bożej, by nikt nie wpadł dzisiaj w ręce szatana.

31.10.2012

6 komentarzy

Filed under Rozważania

Ekumeniczne migawki

(Na bezdrożach ekumenizmu)

Rozpoczął się Rok Wiary. Dobrze by było wykorzystać tę okazję i uświadomić sobie jaka jest nasza wiara, ta prawdziwa, katolicka wiara. Nie rozmyta, nie rozwodniona, a taka – prawdziwie rzymsko-katolicka. I dobrze by było, byśmy byli postrzegani przez „braci odłączonych” i innowierców jako rzymscy katolicy. Tak jak było kiedyś. Ale chyba te czasy (miejmy nadzieję, że tylko chwilowo) minęły. Teraz już nas tak nie widzą. Takie są niestety skutki ekumenizmu, który coraz bardziej zbliża się do koncepcji synkretyzmu.

Ekumeniczna migawka z pobytu w Bułgarii:

W czasie podróży po Bułgarii zwiedziliśmy jeden z prawosławnych górskich klasztorów. Gdy tam weszliśmy okazało się, że za chwilę rozpocznie się chrzest. Oczywiście zostaliśmy, by przyjrzeć się całemu rytuałowi. W tym miejscu należy podkreślić, że rytuał jest bardzo bogaty w treść i zasadniczo bardzo podobny do „trydenckiego”. Kapłan odmawia egzorcyzmy, odmawia z wiernymi Credo, podaje sól egzorcyzmowaną, wyjaśnia chrzestnym ich obowiązki, pyta o ich wiarę i żąda od nich wyrzeczenia się szatana. Chrzci przez zanurzenie. Po chrzcie dziecko jest przebierane w nowe białe ubranie (zastąpione obecnie w nowym katolickim rytuale białą chusteczką). Ta pierwsza część rytuału odbywa się przy chrzcielnicy, potem kapłan podchodzi z dzieckiem pod carskie wrota (za którymi jest prezbiterium), udziela sakramentu bierzmowania i klęcząc z dzieckiem przestawia go Bogu jako nowego członka kościoła.

W ciągu całego rytuału staliśmy dość blisko, a że ludzi było nie wielu, kapłan nas widział i wyraźnie zwrócił na nas uwagę. Nic dziwnego, bo gdy należało zrobić znak krzyża –zegnaliśmy się (po katolicku), gdy wspominał Trójcę Przenajświętszą – schylaliśmy głowy. W ogóle wiedzieliśmy jak się zachować (w różnicy od rodziców i chrzestnych, których musiał kilka razy pouczać).  Więc, gdy skończył rytuał i przedstawił już dziecko Bogu, zwrócił się do obecnych krótką przemową.

Najpierw wyjaśnił co to jest chrzest i to całkiem poprawnie. Nie mówił (tak jak słyszę regularnie u nas w czasie chrztu według nowego rytu), że wspólnota z radością przyjmuje dziecko, tylko że dziecko zostało wszczepione w Chrystusa. I wyjaśnił, patrząc na nas, że prawosławni, tak jak katolicy też chrzczą, że chrzest i katolicki i prawosławny jest ważny. No i dodał, że w różnicy od katolików to prawosławni udzielają bierzmowania od razu po chrzcie, a katolicy czekają z tym i udzielają go dopiero na łożu śmierci.

Reagując jak zwykle za szybko i żywiołowo musiałam jakoś jawnie mu pokazać, że coś jest nie tak, bo po skończonych obrzędach przyszedł do nas i zaczęliśmy rozmawiać. Od razu przeprosił, że mu się pomyliło i że wie, że to ostatnie namaszczenie jest na łożu śmierci, ale nie bardzo wie kiedy jest udzielane bierzmowanie. I tak, od słowa do słowa, zaczęliśmy rozmawiać na tematy teologiczne. Kapłan (młody) okazał się oczytany i stwierdził, że to co kiedyś było, teraz już jest zupełnie inaczej. I że różnice między prawosławiem i katolicyzmem już nie są brane pod uwagę przez katolików. (sic!). Powołał się na rozmowy z katolickimi kapłanami (n. b. pracującymi w Bułgarii kapucynami z Polski), którzy go zapewnili, że już nikt nie chce nawracać prawosławnych na katolicyzm. Czasy się zmieniły. Jedynie co chcą, by prawosławni byli jeszcze lepszymi prawosławnymi, niż obecnie są.

Istotnie – musiałam mu przyznać rację – czasy się bardzo zmieniły, bo bardzo dobrze pamiętam jak jakieś może z 20 lat temu byłam zaproszona na chrzest dziecka znajomych w Sofii i kapłan, który wtedy udzielał chrztu nakazał mi wyjść i mu się na oczy nie pojawiać. A było to tak: gdy doszło do odmówienia Credo odmawiałam głośno wraz z kapłanem i na słowa o Duchu Świętym powiedziałam „który od Ojca i Syna pochodzi”. Otóż prawosławie nie uznaje tej formuły i ma tylko „który od Ojca pochodzi”. Ów kapłan powiedział od razu, że nie życzy sobie katolików w czasie chrztu prawosławnego i że mam sobie pójść. Oczywiście musiałam wtedy wyjść.

Gdy opowiedziałam o tym temu młodemu kapłanowi i na wpół żartobliwie powiedziałam, że tym razem udało mi się być do końca, to on się roześmiał i powiedział (cytuję prawie dosłownie, choć z pamięci): teraz to już nie ma znaczenia. To wasz polski Papież wszystko zmienił. Teraz jest obojętnie czy mówicie tak czy siak. Nawet w tej deklaracji Dominus Iesus jest podane Credo po naszemu, a nie po waszemu. Nas tak uczyli na teologii. (Niestety ma rację w tym przypadku). Teraz, mówił dalej, jest ekumenizm. Niech Pani przeczyta sobie Ut unum sint – to wasz Papież napisał, nie ma teraz tak jak dawniej, nas uczyli, że wy teraz już nie jesteście tacy jak dawniej i że wasza wiara się zmieniła.

Ale jak jest wszystko jedno, zapytałam, czy on by nie zechciał odmówić Credo po naszemu – z Filioque.  

Nie, odpowiedział, to wam jest wszystko jedno, my zostajemy przy naszej świętej wierze.

No i tak skończyła się moja „ekumeniczna rozmowa”. Została mi po niej gorycz, bo nie miałam argumentów – to niestety wszystko prawda, w Dominus Iesus nie ma Filioque (każdy może to sobie sprawdzić na oficjalnej strony Opoki (http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WR/kongregacje/kdwiary/dominus_iesus.html) lub http://www.nonpossumus.pl/encykliki/KNW/dominus_iesus/wstep.php

Tylko proszę tekst Deklaracji sprawdzać właśnie na oficjalnych stronach, a nie w broszurce wydanej przez Wydawnictwo M (Warszawa 2000). W tej ostatniej znajduje się Credo w wersji katolickiej (z Filioque – „od Ojca i Syna pochodzi”), o czym swego czasu było bardzo głośno. Ponoć opuszczono Filioque, ponieważ jest „kontrowersyjne ekumenicznie”…

22. 10. 2012

 

 

2 komentarzy

Filed under Publicystyka