Monthly Archives: Marzec 2012

Kamienie wołać będą…. (pogrzeb św. p. Marii Trzcińskiej)

W czwartek 29 marca odbył się pogrzeb św. p. Marii Trzcińskiej. Choć uroczysty, był to pogrzeb bardzo skromny.

Postać św. p. Marii Trzcińskiej jest znana i jednocześnie nieznana. Znają Ją ci, którzy interesują się Polską i polskością, szczególnie osoby ze starszego, już po woli odchodzącego pokolenia. Nie znają natomiast młodsi, nawet zaangażowani w sprawy patriotyczne. Nie znają zupełnie ludzie, którzy swoje wiadomości czerpią tylko z oficjalnych mediów. Nie znają ci, którzy nie chcą uwierzyć w istnienie KL Warschau.

Nie będę szczegółowo pisać na temat dorobku pani Marii Trzcińskiej. W Internecie można znaleźć informacje – co prawda bardzo skąpe, bo nawet słynna Wikipedia nie raczyła zamieścić choć by kilka linijek biogramu. Przypomnę tylko, że dzięki wieloletnim staraniom pani Sędzi wyszła na jaw prawda o KL Warschau, obozie zagłady w sercu Warszawy, gdzie zginęło około 200 000 (dwustu tysięcy) Polaków. Koniec swego życia pani Sędzia poświęciła walce o powstanie Pomnika ku uczczeniu tych ofiar.

Pomnika na dobrą sprawę do dziś nie ma. I choć w końcu zostało przyznane miejsce, o którym upominała się p. Sędzia (Skwer Alojzego Pawełka na Warszawskiej Woli), choć kamień węgielny został poświęcony przez bł. Jana Pawła II, akt erekcyjny został wmurowany i sam św. p. ks. Zdzisław Peszkowski przyniósł krzyż z Katynia, to pomnik nie powstał. Owszem stoi tam krzyż i tablica informacyjna, a ludzie, Polacy, sami budują pomnik.  Przynoszą kamienie i układają, przynoszą te kamienie z całej Polski, przynoszą tam, bo tam  KAMIENIE WOŁAĆ BĘDĄ!

Budowę Pomnika torpedowali wszyscy, poczynając od św. p. Lecha Kaczyńskiego, który był przeciwny jako Prezydent Warszawy i jako Prezydent Państwa, Hanny Gronkiewicz-Waltz, obecnej prezydent Warszawy, ministrowie, działacze różnej maści.

Taka jest wkrótce historia Sędzi Marii Trzcińskiej i Pomnika. Zainteresowanych odsyłam do niewielu publikacji w Internecie, z których szczególnie polecam blog KL Warschau: http://kl-warschau.blogspot.com/2012/03/zamiast-nekrologu-sp-sedzi-marii_26.html i http://www.naszawitryna.pl/ksiazki_123.html. Ja wracam do tematu śmierci i pogrzebu pani Marii Trzcińskiej.

Pani Maria Trzcińska umarła w drugiej połowie grudnia ubiegłego 2011 r. Znaleziono zwłoki w jej mieszkaniu 22 grudnia 2011. Podobno były wątpliwości co do tożsamości osoby i co do powodu śmierci. Wkroczyła więc prokuratura. Wiadomość o Jej śmierci przeszła niezauważalnie przez media. Nie wiem czy oprócz kilka prywatnych stron internetowych i Nasz Dziennik ktokolwiek jeszcze informował. Ludzi z Jej otoczenia oczywiście wiedzieli i domagali się od prokuratury wyjaśnienia okoliczności  śmierci i oddania ciała dla godnego pochówku. Szczegółów nie znam. Do mnie jako do osoby postronnej te wiadomości nie docierały i ze wstydem muszę się przyznać, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, że pogrzeb się nie odbył. Po prostu byłam przekonana, że przepuściłam informację  o pogrzebie.

Pogrzeb odbył się aż trzy miesiące po odnalezieniu zwłok! Dowiedziałam się, że na jakiś miesiąc przed pogrzebem powstał Społeczny Komitet do ochrony ciała św. p. Marii Trzcińskiej przed spaleniem! Świadkowie powoływali się na fakt, że pani Sędzia wielokrotnie opowiadała się przeciw kremacji, prosili o zachowanie ciała Zmarłej, by mogła mieć godny pogrzeb katolicki, przypominali też, że spopielenie zwłok uniemożliwi jakichkolwiek dalszych badań genetycznych. Jednakże zwłoki zostały spalone i Msza św. pogrzebowa odbyła się nad urną.

Tragiczny to widok ta skrzyneczka niewielkich wymiarów, postawiona na postumencie, okrytym biało-czerwona flagą. Tragiczny w swej wymowie. Nie tylko dlatego, że w tej skrzyneczce zmieściło się spopielone ludzkie ciało, przecież Pan Bóg „da sobie radę” w Dniu Ostatecznym i z prochów wskrzesi Zmarłą. Ale głównie dlatego, że pani Sędzia całe swoje życie była poniewierana, poniżana, wyśmiewana, w końcu nawet nie dano Jej spocząć w trumnie, tak jak sobie życzyła.

Pogrzeb odbył się 29 marca 2012 – można sobie policzyć ile czasu zwłoki leżały czy to w lodówce w prosektorium na ul. Oczki w Warszawie, czy być może w jakieś skrzynce uprzednio już spopielone. Termin pogrzebu, jak podają  źródła,  wyznaczyła Prokuratura. Pani Maria Trzcińska była osoba samotną, nie bardzo wiadomo czy „odnalezieni” siostrzeniec i siostrzenica są na pewno z Jej Rodziny. Podobno odnaleźli ich panowie Sendecki i Zakrzewski, osoby o wiarygodności których negatywnie wyrażała się sama Zmarła. Jakby nie było, nikt nie miał nic do powiedzenia w sprawie terminu pogrzebu i msza św. pogrzebowa odbyła się w kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej na Fosa w Warszawie. Dlaczego tam? Nie wiem. Nie wiem czy miejsce to wyznaczyła też Prokuratura, czy ks. prałat Józef Maj sam wyraził pragnienie pochowania św. p. Marii Trzcińskiej, dość, że uroczystości odbyły się w miejscu symbolicznym. Symbolicznym, bo związanym z żołnierzami wyklętymi. Takim żołnierzem wyklętym była pani Sędzia Maria Trzcińska.

Pogrzeb był skromny. Kościół św. Katarzyny był pełen, ale nie przepełniony, a jest to kościół niewielki. Gdy obejrzałam się popatrzeć kto jest na pogrzebie, widziałam samych starszych ludzi. Ludzi, których osobiście w większości nie znam, ale których od lat widuję na rożnych patriotycznych mszach, spotkaniach, przemarszach. Po prostu – znajome twarze. Twarze ludzi, którzy starzali się w tym samym czasie, co ja, na tych samych patriotycznych wiecach, śpiewając te same pieśni patriotyczne, być może noszące w sobie te same nadzieje, że jednak coś przekażemy dalej, że jeszcze nie wszystko jest stracone. Kilka młodych osób wydawało się nie pasować do ogólnego tła, tak jakby byli nie na swoim miejscu. Bogu dzięki i za tych kilku młodych!

Mszę św. koncelebrowało trzech księży: ks. J. Maj – zawsze wierny Ojczyźnie, zasłużony wielce w ocaleniu od zapomnienia potajemnie zabitych przez UB bohaterów, ks. prałat J. Godzisz, były proboszcz kościoła św. Stanisława Biskupa i Męczennika na Woli, gdzie regularnie odbywały się i odbywają mszę za Ojczyznę 9 dnia każdego miesiąca, ponieważ 9 października uważany jest jako oficjalna data rozpoczęcia funkcjonowania KL Warschau i oczywiście ks. St. Małkowski, niezłomny opiekun Solidarności, obrońca Krzyża, obrońca spraw Polski i Kościoła. Tylko trzech. Nie będę pytać ilu księży koncelebrowało mszę św. na pogrzebie  Czesława Miłosza, ilu tam było biskupów, ilu przedstawicieli władzy państwowej. A Miłosz był zdrajcą…

Nie było przedstawicieli władz państwowych, nie było przedstawicieli Stołecznego Ratusza, nie było przedstawicieli Kurii Archidiecezji Warszawskiej, ani Warszawsko – Praskiej. Co prawda, ks. J. Maj przekazał na początku wyrazy współczucia i uznania w imieniu Jego Eminencji kard. K. Nycza, ale nie było chociażby wiązaneczki czy kwiatka od Kurii. A Ratusz nawet i tego nie zrobił – nie przekazał choćby sms-em słowa uznania dla pani Sędzi. Były wieńce, były wiązanki, były kwiaty – od przyjaciół, współpracowników, zwykłych ludzi.

Nie było dominikanów czy marianów, choć ich kościoły znajdują się w odległości osiągalnej bez trudu na piechotę, nie było uczniów żadnej szkoły, choć tych szkól w pobliżu jest wiele – państwowe i tzw. katolickie. Były trzy poczty sztandarowe – tylko trzy. Sprężyście idący starsi panowie, którzy wiedzą jak należy prowadzić poczet sztandarowy, oddali należny hołd pani Sędzi.

Po zakończeniu mszy św. przemówiło trzech panów. Niestety nazwiska trzeciego nie udało mi się usłyszeć, więc nie umiem go podać. Pierwszym mówcą był Władysław Terlecki – bardzo to mnie zdziwiło, bo to przed nim przestrzegała pani Maria Trzcińska. Bardzo wyraźnie mówiła o tym w Radio Maryja w 2010 r., w ostatniej audycji, w której w tym Radio wystąpiła. Być może ks. J. Maj się nie orientował, że pani Sędzia nie miała zaufania do niego. Jakby nie było, przemówienie osoby, niemile widzianej przez panią Marię Trzcińską, ma też swoją symboliczną wymowę.

Najważniejsze w mojej ocenie było przemówienie prof. J. Wilczura z Komisji Badania Zbrodni na Narodzie Polskim i wykładowcy Uniwersytetu Warszawskiego. On właśnie (a nie Terlecki jak błędnie podaje M. Bober w Naszym Dzienniku) nazwał panią Marię Trzcińską  Warszawską Antygoną. On wołał do swojej zmarłej Koleżanki: Należy Ci się salwa honorowa, ale wiem, że jej nie będzie!

Nie było salwy honorowej nad grobem Sędzi Marii Trzcińskiej. Nie było głośnego uroczystego pogrzebu. Nie było wzmianki w gazetach czy w Internecie (z wyjątkiem Naszego Dziennika) na temat pogrzebu. Tylko mała urna z prochami przeszła kolo pomnika Polskich Termopili przed kościołem św. Katarzyny na Fosa. Koło kamienia, na którym przeczytać można:

Przechodniu, pochyl czoło, wstrzymaj krok na chwilę…..

Przechodniu, pochył czoło… Skąd byś nie był, Przechodniu, gdy będziesz w Warszawie pójdź na Skwer Pawełka i złóż tam kamień na pamiątkę. Oddaj hołd 200 000 Warszawiaków, którzy zginęli za to, że byli Polakami i Warszawiakami. Oddaj hołd jednej słabej kobiecie, która walczyła, by prawda o ich zagładzie ujrzała światło dziennie. Nie będzie ci łatwo znaleźć Jej grób gdzieś na Bródnie. Wstrzymaj więc swój krok przed Krzyżem na Skwerze Pawełka i pomódl się tam za Jej duszę. Pamiętaj, tam kamienie wołać będą! I jeśli nikt ich wołania nie usłyszy, to wiedz, że słyszy je Bóg Wszechmogący w Trójcy Jedyny. Część pamięci Sędzi Marii Trzcińskiej. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym!

31.03. 2011

 

Dodaj komentarz

Filed under Publicystyka

O antropologicznym ujęciu postu piątkowego

W moim otoczeniu ostatnio rozgorzał spór na temat postu piątkowego lub dokładnie mówiąc – wstrzemięźliwości od mięsa. A że spór, który rozpoczął się w czasie pewnego spotkania i trwał potem mailowo, teraz przeniósł się do Internetu (http://dominikanie.pl/polecamy_x/polecamy/news_id,3264,losos_w_pomaranczach_czyli_o_istocie_postu.html), czuję się w obowiązku zabrać głos na ten temat. Inaczej prezentowana byłaby tylko jedna strona…

 

Nie wiedzieć czemu jako symbol wstrzemięźliwości od mięsa pojawił się łosoś i to w pomarańczach. Nie wiem czy jest on smaczny czy nie, ale widać ma być symbolem wykwintnego dania, podawanego w piątki zamiast mięsa i tym samym – symbolem jakiejś świętoszkowatości. Dołożyć do tego na kolację „pucharek kawioru do jaj” – no i człowiek niby pości, ale zasadniczo jest świętoszkiem, który siebie i Pana Boga oszukuje.

Tak przedstawiona sprawa ma pozory prawdy, bo rzeczywiście – jeśli ktoś tego łososia i ten kawior tak lubi, że nie może się doczekać piątku, to nic dziwnego, że można mieć wątpliwości co do jego intencji i pobożności. To jest jasne i nie byłoby miejsca na polemiki, gdyby nie to, że zasadniczo został zanegowany sens postu (wstrzemięźliwości) piątkowego.

 

Nie wiem z jakiego powodu pojawia się (na innych stronach Internetu też) tendencja do umniejszenia znaczenia postu piątkowego. Ta tendencja staje się coraz powszechniejsza. Być może spowodowana jest ona nowym kierunkiem teologicznym – czyli antropocentryzmem.

 

Odnoszę wrażenie, że w celu deprecjacji znaczenia piątkowej wstrzemięźliwości od mięsa, żongluje się rożnymi możliwymi do zaistnienia sytuacjami, które mają wyjaśnić dlaczego post piątkowy zasadniczo nie jest istotny, ba, nawet może być szkodliwy.  I tak spotykamy się z twierdzeniem, że może to rozbijać rodzinę, bo jak jedna osoba pości i chodzi z tego powodu smutna i jest szorstka dla innych członków rodziny, nie jest to dobre. Niewiadomo oczywiście dlaczego tylko jedna osoba w rodzinie nie je mięsa w piątki? Dlaczego inni jedzą (zakładamy, że chodzi tu o rodzinę katolicką, więc wszyscy powinni nie jeść tego mięsa). Albo, że wędliny mogą do soboty się zepsuć, więc czy nie lepiej zjeść w piątek. A dlaczego nie włożyć do zamrażarki lub kupować mniej, tyle ile potrzeba? Albo wygrzebywać skwarki z zupy, by w piątek dać je psu. A dlaczego gotować zupę na skwarkach?

 

Taki jest jeden rodzaj argumentów, nazwijmy go – praktyczno – ekonomicznym. Drugi z kolei jest oparty na miłości bliźniego. Cytuję: „A jeśli wiekowa mama zapomni o poście i uraczy nas sałatką gyros? Mamo, Pan Jezus jest dla mnie ważniejszy, niż wysiłek twoich spracowanych rąk. Dziś poszczę.” Inaczej rzecz biorąc należy uszanować wysiłek drugiego człowieka i nie przypominać mu o poście. Nie pytajmy dlaczego „wiekowa mama” ma zrobić gyros, a nie (na przykład) pierogi z mięsem, które zna od dzieciństwa. Nie  pytajmy dlaczego akurat „wiekowa mama”, która od dzieciństwa jest przyzwyczajona do bezmięsnych piątków ma o piątku zapomnieć. Nie pytajmy dlaczego Pan Jezus nie miałby być ważniejszym nawet od spracowanych rąk Matki. (Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. Mk 10, 29-30)

 

Trzeci rodzaj argumentów to typu duchowego. Ogólnie można go ująć tak: jeśli ktoś pości tylko po to, by zadośćuczynić nakazom i nic z tego nie wynika, lepiej by nie pościł. Nie można nie przyznać racji temu argumentowi, jeśli byłby wyrażony dokładnie tak.

 

Ale tu sprawa się komplikuje. Bo z tego wynika zupełnie coś innego, wyciągane są inne wnioski. Przytaczam kilka: „post ma przygotowywać nas do Świąt, otwierać nas na przyjęcie łaski Bożej”. Istotą postu staje się „praca nad przyjęciem Bożego daru, czynić swoją wiarę coraz bardziej autentyczną, uczynić się chłonnym, otwartym, jak najbardziej podatnym na działanie Boga”. Ostatecznie nie jest ważne, czy jemy mięso czy nie – można to zastąpić pokutą, która wyraża się na przykład „miłym uśmiechem do sąsiadki”, „zauważeniem ubogich, starszych osób w rodzinie” itd.

 

Chyba starczy tyle, by pokazać jakim torem idzie myślenie antropologiczne. Tu wszystko jest nastawione na człowieka, zjedzenie czy nie kawałka mięsa, dogadzanie sobie czy nie (łososiem lub kabanosem), roztropne zjedzenie kiełbasy, by się nie zepsuła (argument praktyczno – ekonomiczny) – to wszystko ludzkie względy. Podobnie jak zjedzenie mięsa po to by nie chodzić smutnym i nie gderać na męża (argument z miłości bliźniego). Pokuta polegająca na spostrzeżeniu potrzeb innych osób. Przypomnijmy sobie, że dawniej starszych w rodzinie się szanowało nie w ramach postu i pokuty, a cały rok i to dlatego, że tak należy! Przypomnijmy jednak, że przykazanie miłości bliźniego poprzedzone jest przykazaniem miłowania Boga, które stanowi podstawę i sens dla przykazania miłości bliźniego (kto jest ważniejszy – Pan Jezus czy spracowane ręce Matki?)

 

W końcu dochodzimy do argumentów duchowych, które doprowadziły nas do wniosków o sensie postów. Najbardziej rażąco brzmi cel postu (czy innego ewentualnie wyrzeczenia) – otrzymać łaski Bożej. Post potraktowany jest jako „dobre narzędzie otwierania się na łaskę, zapragnięcia jej, zrobienia w swym sercu dla niej miejsca, wyciągnięcia po nią rąk”. Sprawia on, że „doświadczamy braku, głodu, nienasycenia. Jest to okazja do nowego przylgnięcia do Boga, jako tego, który jedyny może nas nasycić”. No tak – to prawda – Bóg jedyny może dać człowiekowi to, co człowiek pragnie. Ale czy tu nic nie zgrzyta? Czy po to Kościół ustanowił posty, a w szczególności Wielki Post?

 

Jako osoba starsza chcę przypomnieć jaki jest cel postu – czy to piątkowego, czy innego.

Najpierw pościmy (nie jemy mięsa) w piątek by wspominając Mękę i śmierć Chrystusa Pana, oddać Mu należnej czci. Piątek jest to bowiem dzień, który przeżywa się, wspominając śmierć Jezusa poprzez ukrzyżowanie. Dlatego też post związany jest z rozważaniem Męki Pańskiej, że wspomnieniem, że Jezus umarł na krzyżu, aby odkupić nasze grzechy. Powinniśmy za swoje grzechy żałować i przepraszać Jezusa za nie. W ten sposób świadczymy też przed innymi o naszej wierze i o swojej miłości do Jezusa. W ten sposób oddajemy chwalę Bogu w Trójcy Jedynemu. Dlatego w piątki dawniej nie pozwalano na śluby (chyba że w zagrożeniu śmierci). Bo nie wypada cieszyć się i radować, gdy Pan na Krzyżu umiera. Proszę przyjrzeć się perspektywie tak ustanowionego postu – jest skierowana ku Bogu, On jest centrum i celem powstrzymania się od pokarmów mięsnych lub zabaw.

 

Nie wyklucza to w żadnym wypadku miłości bliźniego – wręcz przeciwnie – jeśli chcemy na prawdę oddać chwalę Bogu, jeśli chcemy dobra dla bliźnich – to uczymy ich też oddawania Bogu chwały. Odmowa zjedzenia mięsa w piątek, to świadczenie przed innymi, jest też wyrazem tejże miłości. Przyzwyczajamy do postów dzieci, głodnemu mężowi dajemy więcej chleba, przypominając mu, ze Chrystus i za niego cierpiał w piątek, a spracowane ręce matki całujemy i przepraszamy – „mamusiu, piątek, jutro zjemy gyrosa”.

Praktyczno- ekonomicznie myśląc planujemy jedzenie na kilka dni do przodu, używamy zdobycze techniki (chłodziarki i zamrażarki) i nie marnujemy darów Bożych.

Wreszcie – oddajemy Bogu chwałę, klękamy przed Nim i dziękujemy Mu za Jego Ofiarę i wchodzimy w „przepaść Jego Męki”.

 

 

 

I na koniec kilka słów o dawnych, już niemalże zapomnianych zwyczajach Wielkiego Postu. Nie będę tu przypominać staropolskich zwyczajów postnych – można to sobie przeczytać na wielu stronach internetowych (oczywiście niezastąpiony jest w tym Jędrzej Kitowicz!) przypomnę tylko niektóre zwyczaje, które były żywe jeszcze niedawno – może jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat temu, zwyczaje w których wychowaliśmy się my (starsze pokolenie) i w których wychowywaliśmy nasze dzieci (obecnych czterdziestolatków).

Otóż Wielki Post różnił się stanowczo od innych okresów roku. Zasadniczo nie jadło się mięsa, chyba że w niedziele i w św. Józefa (dni, które nie wchodzą do postu). Nie piekło się ciast, nie robiło się spotkań towarzyskich (popularne imieniny ( na prz. Krystyny) przenoszono tylko na niedziele (potem po woli zaczęły wchodzić w grę soboty). Nie było mowy o żadnych „integracjach”, unikało się chodzenie do kina czy teatru, w domu nie nastawiano głośniej muzyki, a w Wielki Tygodniu w ogóle nie wolno było włączać żadnej muzyki. Kobiety ubierały się skromniej, noszenie wystawnych futer czy innych nadmiernie eleganckich ubrań  w Poście było bardzo źle widziane. Dzieciom nie wolno było bawić się głośno, a gwizdanie było karane! W niektórych domach jeszcze był zwyczaj zakrywania luster płótnem w Wielkim Piątku – by się nie oglądać, nie rozpraszać i skupić się na Męce Chrystusowej. Dopiero w Wielką Sobotę, gdy się szło „na groby” panie ubierały się jak najpiękniej potrafiły, a na stołach układało się jedzenie na Wielkanoc – ciasta, mazurki, jajka.

 

Czy byliśmy świętoszkowaci? Myślę, że odsetek ludzi spełniających posty tylko dla zwyczaju nie był większy niż teraz. Ale ogółem więcej ludzi pościło i więcej ludzi zdawało sobie sprawę z tego, że Post jest okresem rozpamiętywania Męki Pańskiej.

Może ktoś zapyta – jeśli było tak dobrze, dlaczego teraz jest tak źle.  Przyczyn jest wiele – wspomnę tylko o dwóch. Pierwsza – komuniści bardzo mądrze przeciwdziałali – jedzenie w stołówkach (poniedziałki bezmięsne, piątki z mięsem), sprowadzenie jakiegoś ciekawego filmu z zachodu akurat w Wielkim Poście, „rzucenie” ciekawych i trudno dostępnych artykułów spożywczych, prześladowania w pracy… No i druga przyczyna – rozluźnienie dyscypliny kościelnej. Te dwie rzeczy się zbiegły w czasie i na efekty nie potrzeba było długo czekać.

 

Teraz mamy do czynienia ze zmiana nie tylko obyczajów, ale i myślenia teologicznego. Wierzymy i owszem w Boga w Trójcy Jedynego, ale widzimy Go przez pryzmat antropologiczny. Wszystko dla człowieka, wszystko skierowane jest na człowieka. Zaprzestaliśmy widzieć i wiedzieć, że to Bóg jest celem, a nie człowiek. I że Post jest po to, by żałować za grzechy i uczcić Mękę Chrystusa Pana.

Dodaj komentarz

Filed under Polemiki

Czy Dekalog jest przekleństwem?

Czytam rozważania o. D. Jarczewskiego OP na Trzecia Niedzielę Wielkiego Postu (na portalu dominikanie.pl pod tyt. „Dar i obietnica”) i się zastanawiam – manipulacja, nowa teologia czy nieznajomość Biblii (w szczególności pism św. Pawła). Nie wydaje mi się, by chodziło o nieznajomość, myślę, ze o. Jarczewski teksty św. Pawła zna. Manipulacja? Ale po co? Po co manipulować tekstem św. Pawła i co da się tym osiągnąć? Może więc jednak nowa teologia, taka, którym młode pokolenie duchownych w wielkim stopniu nasiąkło i nieświadomie głosi, nie zdając sobie sprawę z tego, że daleko odchodzą od nauki Kościoła.

Na Trzecią Niedzielę Wielkiego Postu przewidziano jako pierwsze czytanie Wj 20, 1-17. Krótko mówiąc jest to Dekalog w jego wersji rozbudowanej. Otóż o. Jarczewski ubolewa, że do czytania nie włączono tekstu Wj 20,20: „Mojżesz rzekł do ludu: «Nie bójcie się! Bóg przybył po to, aby was doświadczyć i pobudzić do bojaźni przed sobą, żebyście nie grzeszyli»” Gdyby włączono, gdyby wierni mogli go usłyszeć, to przekonaliby się, że Dekalog nie jest po to, by wzbudzał strach. A strach wzbudza, ponieważ: traktuje się (go) w pierwszym rzędzie jako pewien kodeks nakazów i zakazów. Boimy się, stwierdza dalej dominikanin, bo zbyt dobrze wiemy, jak nieraz trudno im podołać. Stanowią miarę, do której już z założenia nie dorastamy.

Dziwne stwierdzenie! Z założenia nie dorastamy? Co to oznacza? Bóg dał przykazania, wiedząc, że są one niemożliwe do spełnienia? Zrobił sobie taki żart – Ja wam dam przykazania, a wy i tak tego spełnić nie możecie, no to popatrzę jak się z tym borykać będziecie.  Takie rozumowanie oczywiście ubliża Panu Bogu.

Przypomnijmy sobie, że przykazania (Dekalog) dany jest Mojżeszowi dla ludu, na wiele lat przed Narodzeniem się Zbawiciela. Bóg dał takie przykazania, które człowiek jest w stanie spełnić. Sam Pan Jezus mówi do bogatego młodzieńca „Spełniaj przykazania”. Dopiero gdy bogaty młodzieniec stwierdza, że od młodości przykazania te spełnia, Pan Jezus mu proponuje „iść za sobą”, czyli drogę głębszego zaangażowania.

Jak dalej idzie rozumowanie o. Jarczewskiego? Stwierdza on: Jeśli ograniczymy Dekalog do ściągawki do rachunku sumienia, to rzeczywiście, jak stwierdza święty Paweł, okazuje się on nie błogosławieństwem, ale przekleństwem. I w tym miejscu mamy do czynienia z czymś, co bardzo przypomina manipulację. Nie ma odniesienia do tekstu Pawłowego, nie wiadomo z którego listu pochodzą słowa o przekleństwie i czytelnik, który nie musi znać dokładnie treść listów Pawłowych może odnieść wrażenie, że rzeczywiście św. Paweł mówi coś takiego na temat Dekalogu. Proponuję więc przeczytanie trzeciego rozdziału Listu do Galatów, gdzie mowa jest o prawie i o uznawaniu prawa jako środka do zbawienia. Tylko co św. Pawel nie ma na myśli Dekalogu, ale całe skomplikowane prawo żydowskie zawarte w Torze. Ciekawe byłoby przeczytać opinie badaczy żydowskich na temat Listu do Galatów. Oni jednogłośnie uznają, ze św. Paweł mówi o całej Torze, szczególnie o księdze Powtórzonego Prawa i spór z nim prowadzą w tym kierunku.

Jednak o. Jarczewski uważa (?), że słowa św. Pawła o przekleństwie prawa odnoszą się do Dekalogu! Zapomina, że Apostoł pisał do Galatów w obawie przed ich odwróceniem się od prawdziwej nauki i pójścia w stronę herezji judaizantes. Nie bierze pod uwagę szczególną wymowę piątego rozdziału Listu do Galatów, – trzeci bowiem nie może być czytany w oderwaniu od innych rozdziałów.  Po prostu stwierdza pośrednio, że Dekalog jest za trudny dla człowiek i zasadniczo jest to opinia św. Pawła. Wierni, nie będąc biblistami z zasady zaufają osobie duchownej. (A biblistami być nie muszą!)

Trzeba przyznać o. Jarczewskiemu, że wspomina również o znaczeniu laski Bożej: Prawo to w pierwszym rzędzie nie obciążenie, ale dar. Dar i obietnica Boga, że da nam Łaskę do dobrego życia. Że jeśli On jest naszym Bogiem – Bogiem z nami – to, skoro wyprowadził nas z niewoli grzechu, to dalej, po krętych drogach pustyni, prowadzić nas będzie do Ziemi swoich Obietnic. Że – Cierpliwy – będzie nas oczyszczał i umacniał w tej wędrówce.

No tak – chciałoby się jednak powiedzieć – niby tak. Niby tak, bo jest mowa o łasce, ale nie ma mowy, że choć łaska zawsze jest darmo dana, nie jest dawana automatycznie. We wspomnianym piątym rozdziale Listu do Galatów św. Paweł bardzo dokładnie wymienia czyny, które prowadza do zguby i takie, które prowadzą do usprawiedliwienia. Wypadałoby w tym miejscu zacytować (ale trzeba by było skopiować cały piąty rozdział), więc ograniczam się tylko do wersetu 14: całe Prawo wypełnia się w tym jednym nakazie: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. I nie to prawo ma św. Paweł namyśli, gdy mówi o przekleństwach!

Rozważania swoje o. Jarczewski kończy tak: Jeden jest tylko warunek, w którym uwidacznia się, jak poważnie Bóg traktuje Twoją wolność: ON ma być Twoim Bogiem i Panem – rzeczywiście. W Tym wyborze nikt Cię nie zastąpi.

No i podsumujmy: Dekalog jest za trudny do spełniania. Rachunek sumienia według Dekalogu (był kiedyś w każdej książeczce do nabożeństwa) staje się przekleństwem. Łaska Boża owszem jest potrzebna, ale by ją zyskać starczy wybrać Boga jako Pana „rzeczywiście”. To wystarcza, ale co to w nowej teologii oznacza? Tego o. Jarczewski nie wyjaśnia. Choć można się domyśleć, że jeśli Bóg jest cierpliwy, a Dekalog za trudny, to można iść po krętych drogach pustyni, a Bóg i tak nas zbawi. A może oznacza coś innego? Może to, że jedynym warunkiem zbawienia jest wiara (sola fide, jak nauczał Luter). A może jeszcze coś innego…

 

 

 

Dodaj komentarz

Filed under Polemiki

Exsurge Domine et iudica causam Tuam

Powstań Panie i rozsądź sprawę Twoją! (Ps. 74, 22)

Te słowa psalmu wybrałam sobie od wielu lat jako motto życiowe. Te słowa były dewizą Świętej Inkwizycji, Instytucji przez wiele lat broniącej Kościół i dbającej o dusze ludzkie, przez wiele lat służącej obronie czystości wiary. Dziś Święta Inkwizycja już nie działa, a nie ma tej skutecznej obrony dla dusz. A od czasów Rewolucji Francuskiej nagromadziło się tyle kłamstw i oszczerstw na Jej temat, że większość ludzi ma albo dość mgliste pojęcie, albo wręcz błędne na ten temat. Czuje się więc zobowiązana (jeśli Jej dewizę uczyniłam swoją) jako pierwszy wpis umieścić bardzo skrótową historię Świętej Inkwizycji.

 Inkwizycja – słowo, które natychmiast wywołuje skojarzenia. Jestem prawie na 100% przekonana, że gdybym mogła wejrzeć do asocjacji obrazowych, powstałych w chwili, gdy czyta się to słowo, to obejrzałabym całkiem pokaźną ilość stosów, stosików, zakapturzonych mnichów, trochę może szubienic, ale niewiele, za to byłoby dużo mało wyraźnych obrazów rozmaitych narzędzi tortur. I wszystko w tonacji czerwono – brązowo – burej. Spróbujecie spojrzeć na chwilę na własne skojarzenia. Myślę, że wielu przyzna mi rację!

A teraz podejdziemy inaczej do tematu – określimy tak, jak powinien on brzmieć – Święta Inkwizycja.

A no, więc Święta Inkwizycja – i od tego zacznę, że instytucja, zwana teraz potocznie Inkwizycją, miała swoją dokładną nazwę z przymiotnikiem święta. Słowo inquisitio oznacza poszukiwanie, śledztwo, badanie. Mamy więc badanie świętej wiary. Inaczej można by określić – badanie czy wyznawana i przepowiadana wiara jest prawdziwą świętą wiarą katolicką!

Żeby lepiej wyjaśnić sobie zagadnienie musimy zrobić krótki przegląd historyczny. Obiecuję, że będzie tak krótki, jak tylko się da! Bez wejścia jednak, chociaż pobieżnie, w epokę, nie można zrozumieć wiele. W jakiś sposób musimy spróbować by nasza wyobraźnia nie podsuwała nam tylko i wyłącznie obrazów, o których wspomniałam na początku. Bo tak (mówiąc na marginesie) te obrazy ktoś uformował w naszym umyśle, kształtując nasze wiadomości o historii.

Spróbujmy więc na chwilę wejść w atmosferę wieków, zwanych średnimi. Chodzi mi o próbę wejścia w mentalność ludzi tamtych czasów. Nie chodzi o ukazanie innych elementów ich życia, najważniejszą rolę odgrywa mentalność. Gdybyśmy spróbowali określić mentalność dzisiejszą w kilku słowach moglibyśmy powiedzieć, że wartości nadrzędne dla ludzi (większości ludzi) dzisiaj to realizacja własnej osobowości, osiągnięcie sukcesu i uznania, dojścia do pewnego materialnego dobrobytu. Jeśli by zadać pytanie jak należy okazywać swoją troską o słabych, chorych i niepełnosprawnych, odpowiedź będzie prawdopodobnie dotyczyła organizowania wszelkich akcji charytatywnych (może nawet z owsiakową), w każdym bądź razie pojawi się jakaś wizja pomocy materialnej.

Otóż w czasach średniowiecznych nie było tak. Ideały były inne – nie że ludzie nie chcieli się realizować, tylko pod realizacją rozumiano coś innego – istniały, i nie tylko że istniały, ale były i nawet bardzo mocno rozwinięte i zakorzenione takie pojęcia jak honor, godność. Ponad wszystko jednak liczyło się osiągnięcie zbawienia. Oczywiste jest, że ceniono wartości materialne, ale w innym stopniu niż dzisiaj. A gdyby chodziło o okazanie pomocy, najpierw dbano duszę. Bo bardzo dobrze zdawano sobie sprawę z tego, że ziemskie życie człowieka, nawet najdłuższe, ma swój kres, a najważniejsze jest osiągnięcie zbawienia – bo w wieczności nic już się nie da zmienić. Nie chcę rozpętywać burzy – zaznaczę jednak dwoma słowami – choć dzisiaj wiele się mówi o osiągnięciach socjalnych i pomocy socjalnej, wtedy takiego pojęcia nie było, ale śmiem twierdzić (oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji – tous proportions gardées), że wtedy więcej czyniono by pomóc potrzebującym niż dzisiaj.

Jeszcze chwila próby wejścia w tamte czasy. Ludzie wtedy żyli niejako ciągle w obecności sacrum. Ludzie żyli na co dzień w obecności Boga, zdawali sobie sprawę z Jego obecności, liczyli się z Nim, a jednocześnie wiedzieli, że szatan nie śpi i „krąży jak lew ryczący, szukając kogo się da pożreć”.

Od samych początków Kościoła zaczynają szarpać Go herezję. Piszą o tym i św. Paweł i św. Jan. Herezje to nic innego jak działanie szatana, który chce oderwać jak najwięcej dusz od Kościoła. Nie ma takich momentów w historii Kościoła, kiedy by nie było żadnej herezji. Nasilenie jednak bywało różne. Ogromne nasilenie ruchów heretyckich pojawia się w wieku XII. Katarowie, zwani również albigensami oraz waldensi (zwani biedakami z Lyonu) rozprzestrzenili się tak bardzo i oderwali tak wielu od Kościoła, że problem przestał być marginalny. Należało zająć się tym całościowo. Katarzy (zasadniczo wyznający stary manicheizm pod nową formą) uznawali dwóch bogów – dobrego i złego – jednego, stworzyciela świata duchowego, drugiego, utożsamianego z szatanem – stworzyciela świata materialnego. Dziełem tego drugiego uznawali cały porządek społeczny – w tym Kościół i wszelką władzę świecką. Rozwojowi tych ruchów sprzyjał pewien duchowy upadek wśród kleru, połączony z nadmiernym przywiązaniem do dóbr materialnych. Katarowie, a szczególnie waldensi podobali się swoim ubóstwem, życiem we wspólnotach, w których funkcje kapłańskie pełnić mógł każdy, w tym również kobiety, a wszelki majątek był wspólny. Tak ich odbierano przez rzesze, dopiero wejście do wspólnoty okazywało całość – podział na „doskonałych” i „niedoskonałych”, sposób korzystania ze wspólnego majątku i skutki niesamowitej pogardy dla ciała. Bowiem ich doktryna, głosząca generalne potępienie dla świata i pogardę dla ciała prowadziła do wyznawania prokreacji jako najgorszej zbrodni, spędzanie płodu było uczynkiem pochwalanym i zalecanym, a jedyna droga do oczyszczenia się (wprowadzona przez „doskonałych” dla „niedoskonałych” to oczyszczenie przez rytualną głodową śmierć. Osoby wskazane przez „doskonałych” zamurowywano w głodowych bunkrach – wynalazek, który został parę wieków później wykorzystany przez hitlerowców.

Kościół próbował różnymi sposobami przeciwdziałać – misje i dysputy nie dawały pożądanych rezultatów, choć nie jeden heretyk nawrócił się pod wpływem kazań misjonarzy, szczególnie św. Dominika i jego pierwszych synów. Stosowanie najstraszniejszej kary Kościoła – anatemy i ekskomuniki – było (podobnie jak dziś) lekceważone przez heretyków. Synod biskupi w Tours, na którym był obecny papież Aleksander III (1163) zaapelował do władz świeckich o zajęcie czynnej postawy wobec szerzących się herezji. Chodziło właśnie o owo inquisitio – czynnym poszukiwaniu tych, co szerzą herezję, zamiast czekać biernie – jak dotychczas – na wniesienie formalnego oskarżenia przez kogoś z duchownych lub wiernych.

Bulla Lucjusza III Ad abolendam diversum haeresum pravitatem z roku 1184 zobowiązywała wszystkich biskupów do wizytowania podległych im parafii co najmniej raz na dwa lata i wyszukiwania w nich, z pomocą zaufanych ludzi, osób podejrzanych o herezję. Miano im proponować wyrzeczenie się błędów i powrót na łono Kościoła. W przypadku odmowy miano ich przekazywać w ręce władzy świeckiej dla wymierzenia kary – konfiskaty dóbr i wyrzucenia poza granice diecezji.

W 1199 roku Innocenty III w dekrecie Vergentis in senium przyrównał herezję do zbrodni obrazy majestatu – do zbrodni, za którą w większości krajów europejskich groziła kara śmierci. W ten sposób możni protektorzy heretyków, a tacy znajdywali się z różnych powodów, częściej nie z powodów wiary, a zatargów z miejscowym biskupem, w ten sposób więc, protektorzy herezji narażali się na utratę wszelkiego dobra i banicję.

Na razie jesteśmy jeszcze przed powstaniem instytucji Świętej Inkwizycji. Do powstania samej instytucji przyczyniło się w wydatny sposób pewne zdarzenie: Hrabia Tuluzy, Rajmund IV został ekskomunikowany w styczniu 1208 r. za sprzyjanie albigensom. W odpowiedź na to, zlecił on jednemu ze swoich ludzi zamordowanie papieskiego legata. Raz rozpętana spirala nie mogła się łatwo zatrzymać – już w sierpniu tego samego roku doszło do Krucjaty przeciwko hrabiemu Tuluzy. Dzieje krucjaty są osobną sprawą, wzięła ona obfite żniwo śmierci po obu stronach, lecz nie rozwiązała sprawy.

W 1215 roku IV Sobór Laterański podjął szereg ważnych postanowień antyheretyckich. Obłożył anatemą wszystkie herezje przeciw wierze katolickiej. Pod groźbą ekskomuniki zobowiązano władze świeckie do wypędzenia ze swoich włości wszystkich heretyków. Podejrzani o herezję dostawali rok czasu! By dowieść swej niewinności i pojednać się z Kościołem, jeśli jednak tego nie uczynili – stawali się heretykami ipso facto i jako tacy byli przekazywani władzy świeckiej do wymierzenia należytej kary. Sobór Laterański IV wypracował program moralnej odnowy kleru, moralność kleru była bowiem najczęstszym powodem do ataku ze strony heretyków i faktycznie – odnowa była potrzebna. Choć na IV Soborze Laterańskim postanowiono nie tworzyć nowych zakonów, już w 1216 roku nowy papież Honoriusz III zatwierdził regułę zakonu dominikanów, nastawionego na głoszenie Prawdy, a tym samym i zwalczania herezji. Zakon ten charakteryzował się w owych czasach prężną organizacją i surową dyscypliną. Wysoki poziom intelektualny braci połączony z mobilnością (odejście od benedyktyńskiej zasady stabilitatis loci), nawet wygląd zewnętrzny – biały habit, czarny płaszcz i sandały, symbole czystości, pokuty i ubóstwa, to wszystko przyczyniało się do skutecznego głoszenia Prawdy. Wkrótce mieli oni przyjąć na siebie najcięższą pracę przeciwko herezjom.

Wreszcie w 1239 roku św. Grzegorz IX ogłosił konstytucję Excomunicamus et anathematisamus, uważanej za początek instytucjonalizacji Inkwizycji. W 1233 roku dwiema bullami powierzył pełnomocnictwa poszukiwania heretyków dominikanom. Dokonał wtedy wyboru, który w najlepszy (po ludzku rzecz biorąc) sposób miał zapewnić bezstronność, uczciwość, efektywność i ŁAGODNOŚĆ postępowania sądowego.

Ostatecznie w 1252 roku bulla Innocentego IV Ad extirpanda ustanowiła ostateczny sposób działania Świętej Inkwizycji.

Być może dla wielu będzie zaskakujące stwierdzenie, że współczesne nam sądownictwo, co najmniej to sądownictwo, które zwykliśmy uważać za nowoczesne, demokratyczne i sprawiedliwe ma swoje korzenie i wzory w sądach Świętej Inkwizycji.

Przyjrzyjmy się sytuacji w sądownictwie czasów średniowiecza i renesansu – prawie w całej Europie dominowało wyjątkowo okrutne prawo magdeburskie. Tym prawem rozstrzygano sprawy w sądach świeckich. Prawo magdeburskie uznawało tylko jeden dowód – przyznanie się oskarżonego do winy i tylko jeden sposób zdobycia dowodu – tortury. Tortury można było zadawać pięć razy. Jeśli  ktoś wytrzymał pięć „paleń” (tortur) uznawano go za niewinnego. Gdy sędzia wymawiał przysłowiowe już „pal go sześć” było wiadomo, że po ostatniej szóstej torturze oskarżony zostanie zwolniony już bezwarunkowo.

Jak zatem wyglądało działanie sądów Inkwizycji?

Ustanowiono stałe trybunały działające w każdej diecezji. W skład trybunału wchodziło dwóch inkwizytorów, lokalny biskup bądź jego przedstawiciel oraz dwunastu, dobranych przez nich prawowiernych katolików (boni viri), wybranych najczęściej wśród miejscowego kleru. Przy podejmowaniu decyzji obowiązywała zasada kolegialności, głos decydujący należał jednak do inkwizytorów. Trybunał miał prawo zatrudnić dwóch notariuszy i parę osób innego personelu – lekarza, gońca, woźnych itp. Bulla nakazywała trybunałowi ścisłą współpracę z władzami świeckimi.

Grzegorz IX nakazał by każdy oskarżony nie tylko mógł, ale i obowiązkowo korzystał z pomocy obrońcy. Obrońcą był zawsze zawodowy prawnik. Sąd miał obowiązek udostępnić oskarżonemu i jego obrońcy wszystkie zebrane dowody winy, wraz z podaniem nazwisk świadków, zeznających przeciwko oskarżonemu. Krzywoprzysięzcom groziły bardzo ciężkie kary, z karą śmierci łącznie, więc nie łatwo odważano się świadczyć fałszywie przeciwko komuś.

Ze względu na przyrównanie heretyków ze zwykłymi kryminalistami wprowadzono, stosowane wówczas powszechnie w całej Europie tortury.

Rodzaje, czas i okoliczności stosowania tortur ujęto w ścisłe ramy przepisów, co miało zapobiec samowoli. Żaden inkwizytor nie mógł nakazywać tortur bez zgody biskupa diecezji i kolegium boni viri. I tak – torturować początkowo można było głodem. Na to jednak dawano tylko kilka dni. Męczarnie fizyczne wolno było aplikować tylko raz i to nie dłużej niż półgodziny. Nie wolno było torturować dzieci, starców i kobiet w ciąży.

By wyjaśnić sobie jak istotne jest nie patrzeć na prawo stosowania tortur oczami ludzi wieku XXI, którzy oburzają się na słowo tortura, godząc się jednocześnie na mordowanie i torturowanie wszędzie, gdzie jest wystarczająco daleko od nas, musimy  postarać się zrozumieć przesłanki działania takiej instytucji jak tortury, więc zaznaczę tylko, że ówczesna wrażliwość akceptowała cierpienia fizyczne w inny trochę sposób niż dzisiejsza (co najmniej ta oficjalna dzisiejsza wrażliwość).

Właśnie w trybunałach inkwizycji przyjęto po raz pierwszy zasadę, że nie można sądzić ludzi niepoczytalnych. Jako tacy nie odpowiadają za własne czyny i należy zapewnić im bezpieczeństwo – „żółte papiery”, które miały chronić przed postawieniem po raz kolejny w stan oskarżenia. Przed rozpoczęciem każdego przewodu sądowego lekarz był zobowiązany zbadać podejrzanego i oświadczyć czy jest w pełni odpowiedzialny. Jeśli stwierdzał, że podejrzany jest zdrowy psychicznie miał jeszcze obowiązek określić czy jest on w stanie znieść tortury. Lekarz miał prawo zabronić stosowania tortur.

No i jeszcze jeden szczegół, który powinien pozwolić nam zrozumieć jak bardzo po chrześcijańsku patrzono wtedy na człowieka. Herezje katarów i waldensów, pamiętamy negowali cielesność człowieka, ukazywali ją jako dzieło diabelskie. Kościół zawsze nauczał, że człowiek jest jednością duszy i ciała i że ciało ma zmartwychwstać i połączyć się z duszą w Dniu Ostatecznym. Ciało było wielką świętością, choć poddawane go torturom! Bo tortury nie miały na celu zabicia ciała, a ratowania duszy. No i ten szczegół, o którym wspomniałam: W dwa lata po bulli Ad extirpanda pozwolono inkwizytorom przeprowadzać procesy zmarłych heretyków. W przypadku udowodnienia im herezji ich ciała ekshumowano i palono na stosie. Tę karę, wydającą się absurdalną w naszych czasach należy odnieść do wiary w zmartwychwstanie i do wagi przywiązywanej do ciała zmarłego. (Pamiętajmy, że Kościól przez wiele wieków nie zgadzał się na palenie zwłok!)

Co sądzono i jak postępowano, jak rozróżniano herezję, jakie były przesłanki do podejrzenia o herezje można się dowiedzieć z zachowanych podręczników dla inkwizytorów. Zawierają one drobiazgowe opisy praktyk heretyków, rady postępowania z nimi i odpowiedzi na rozmaite wątpliwości, które mogły się pojawić w czasie procesu. Pamiętajmy – podkreślam to jeszcze raz – że podejrzany miał bardzo długi czas na nawrócenie się i pojednanie z Kościołem.  Jeśli doszło do wydania wyroku śmierci, skazany nawet w ostatniej chwili przed egzekucją mógł publicznie wyznać wiarę i uniknąć stosu. Kary śmierci trybunały jednak nie orzekały, przekazywały podsądnego wtedy do władzy świeckiej, co całkiem nie było jednoznaczne z nieuniknionym stosem.

Ogłaszanie wyroków Trybunału odbywało się podczas wspomnianej ceremonii – sermo fidei, można to przetłumaczyć jako wymowa wiary, świadectwo wiary. Z reguły ta ceremonia zaczynała się od przeprowadzenia rano do siedziby Trybunału oskarżonego, gdzie golono mu głowę i ubierano w specjalny strój hańby, zwany saccus benedictus, co dokładnie tłumacząc oznacza „błogosławiony wór”. Nazwa sama w sobie wskazuje na to, że błogosławieństwem dla osądzonego miało być to, że jego błędy wyszły na jaw i jeszcze na szansę na uratowanie własnej duszy. Prowadzono później osądzonego na plac lub do kościoła, gdzie po Mszy św. odbywało się odczytywanie wyroku. Potem przekazywano go władzy świeckiej.

W Hiszpanii ta ceremonia nazywała się auto da fe, nazwa znana dość powszechnie. Wielu kojarzy ją z zapaleniem stosu. Chodzi jednak tak samo o publiczne  świadectwo wiary. Na koniec tej ceremonii zapalano świece (nie stosy), noszone przez nawróconych heretyków.

Niekiedy takie auto da fe łączono z paleniem ksiąg heretyckich. Zwykło się teraz uważać za barbarzyństwo palenie ksiąg. Sprawa jest jednak kontrowersyjna. Jeśli księgi są szkodliwe dla dusz ludzkich, chyba jednak lepiej je spalić, a nie traktować jako dzieło literatury. Wydaje się, że i dziś przydałoby się spalić niejedną książkę, która więcej przynosi szkód niż pożytku. Wszystko jest sprawą perspektywy. Jeśli patrzy się z perspektywy co służy zbawieniu, a co nie – z tej jedynie prawdziwej perspektywy, bo ostatecznie zbawienie jest najważniejsze – wtedy na pewno zgodzimy się na palenie i na zakaz wielu pozycji.

Jakie były wyroki Świętej Inkwizycji?

Wmawia się nam i wychowuje kolejne pokolenia w przekonaniu, że Inkwizycja szafowała wyrokami śmierci. Podkreślam jeszcze raz, że na słowo „inkwizycja” w większości umysłach powstaje obraz płonącego stosu lub wykrzywionej twarzy kata psychopaty w habicie mniszym. I biedna ofiara, przyjmująca wyrok śmierci. Taka wyobraźnia przystaje do owego fanatyka, bohatera „Imienia Róży” Umberto Eco. Jest rzeczą znamienną, że wielu, aż za nadto wielu, wierzących katolików powołuje się na twórczość Umberto Eco, zaciętego wroga Kościoła. Za mało katolików jednak zna prawdę o Inkwizycji, a jeszcze mniej zdaje sobie sprawę z tego jak ważne jest nie tylko znać tę prawdę, ale i rozumieć sens Inkwizycji i bronić i dziś ludzi przed herezjami.

Najczęściej orzekano inne kary – grzywny, noszenie znaków hańby, kary kanoniczne, nieraz udział w obrzędzie pojednania, czyli specjalnej ceremonii wyznania wiary.

Ale wróćmy do wyroków Inkwizycji. Spójrzmy na kilka liczb: Słynny inkwizytor Bernard Gui, jakże często podawany przez antykościelną literaturę jako przykład okrucieństwa, w latach 1307 – 1323 na sto rozpatrywanych przez siebie spraw wydawał średnio jednego oskarżonego w ręce władzy świeckiej, co mogło skończyć się wyrokiem śmierci, nałożonym przez władzę świecką. Inkwizycja wyroków śmierci nie wydawała. Weźmy dla przykładu Inkwizycję Hiszpańską, która była oddzielną i samodzielną instytucją i okrzyczana jest jako najbardziej okrutną, w ciągu lat 1493 – 1599 (106 lat) w okręgu Bajadoz, uważanym za szczególnie „gorącym”, wydała zaledwie 20 osób na stos, a całej Hiszpanii za okres lat 1560 – 1700 rozpatrzono ok. 50 tysięcy procesów, w których wydano około 500 wyroków śmierci. Ciekawa statystyka – średnio 1 wyrok śmierci na sto procesów i 500 wyroków na 140 lat. Porównajmy dla porządku, znowu zachowując wszystkie proporcję i pamiętając o zwielokrotnionych możliwościach technicznych zadawania śmierci z czymkolwiek z czasów najnowszych. 250.000 w jednej nocy w Dreznie, 3 miliony ( a może nawet 6 milionów – liczba dotychczas nie jest dokładnie znana) umierający z głodu w latach 30tych na Ukrainie, łagry stalinowskie (prawdopodobnie około 20 milionów), obozy niemieckie, 1.500.000 ofiar czerwonych Khmerów, ile obecnie w Afganistanie, Iraku??? Starczy? A w tej samej Hiszpanii w latach wojny domowej 1936 – 39 wydano 60.000  wyroków śmierci za pochodzenie arystokratyczne, nadmierne posiadanie majątku, zbyt wysokie wykształcenie lub śluby zakonne.

Mówiąc o Świętej Inkwizycji zachowajmy wszystkie proporcje – uświadommy sobie, że Inkwizycja wychodziła na pomoc zbłąkanym i broniła ich dusze.

„Cokolwiek robi się dla nawrócenia heretyków, jest łaską” – jest to cytat z Dyrektorium dla inkwizytorów. Wymaganie bardzo poważne. Pamiętajmy, że inkwizytorami byli ludzie głęboko wierzący i poważnie podchodzący do swego obowiązku. To co robili dla nawrócenia heretyków, robili dla ich zbawienia. To było trochę jak szafarstwo sakramentów.

Do sądów Inkwizycji trafiały różne sprawy – trafiały również sprawy świętokradców, złodziei kościołów, sodomitów, morderców. Inaczej rzecz biorąc wszelkich kryminalistów. W naszej dzisiejszej mentalności wydaje się, że inne sądy powinny zajmować się przestępstwami pospolitymi. Ale w wiekach średnich kradzież np. paramentów liturgicznych i wyznawanie herezji były tak samo niebezpieczne dla samego złoczyńcy – groziły mu potępieniem wiecznym. I sąd próbował doprowadzić do skruchy, nawrócenia, inaczej rzecz biorąc – chciał ratować duszę. Herezja była (i jest) o tyle niebezpieczniejsza od kradzieży świętokradczej, że grozi rozpowszechnić się i tym samym zagraża innym duszom.

Być może ktoś będzie chciał zapytać z przekąsem – a co z czarownicami? Gdy pada takie pytanie to zasadniczo prawie zawsze chodzi o czarownice, o czarownikach jakoś nikt nie pamięta. To oczywiście są ślady innej propagandy – tej feministycznej, próbującej wmówić w nas, że dopiero od czasów sufrażystek ktoś zaczął się upominać o kobiety. I tak, procesy o czary zdarzały się, bo i wtedy byli ludzie zajmujący się czarami. (Choć chyba dziś jest ich procentowo o wiele więcej.) I nic nie zmienia faktu, że czary zawsze są niebezpieczne i dla uprawiających je i dla innych z ich kręgu. Ale strach przed czarami często powodował u ludzi chęć znalezienia czarownicy, zemszczenia się za złe zbiory, choroby czy inne klęski. Najczęściej jednak Inkwizycja uniewinniała podejrzanych i powściągała ludność w jej morderczych zapędach. W „polowania na czarownice” obfitował najbardziej wiek XVI. W całej Europie, jak podaje większość źródeł, spalono za czary około 300.000 osób, przeważnie kobiet. Około 200.000 z nich zginęło w protestanckich Niemczech, a około 70.000 w Anglii. Na katolicką Europę zostaje skromna liczba około 30.000. Rewolucja Francuska tylko w latach 1792–94 skazała na śmierć około 24.000 osób, a drugich 12.000 zamordowano bez żadnego wyroku. To tylko takie porównanie – można zrobić jeszcze inne – przypomnieć sobie Kalwina, który kazał w jednym bodajże 1545 roku w samej tylko Genewie spalić 30 osób za czary – bez żadnego sądu. Albo przypomnieć wręcz szaleńczą nienawiść Lutra do Żydów, wzywał on nieraz do pogromów i marzył o całkowitym zniszczeniu i wypędzeniu z Europy wszystkich Żydów.

Nie będę podawać więcej porównań. Takie porównania można mnożyć bez końca.

Chodzi o coś innego, chodzi o wyjaśnienie, że Święta Inkwizycja nie była instytucją wrogą człowiekowi, a wręcz przeciwnie – była nastawiona na człowieka. Na każdego konkretnego człowieka. Celem tej Instytucji była pomoc w dojściu do zbawienia. Już Sobór Laterański z 1215 roku, zwołany z powodu herezji katarów, wyraźnie określa naukę Kościoła  o zbawieniu: „Jeden zaś jest powszechny Kościół wiernych, poza którym nikt w ogóle nie bywa zbawiony”. To samo potwierdza w bulli Unam sanctam Bonifacy VIII: „Poza nim (Kościołem) nie ma zbawienia ani odpuszczenia grzechów”. W późniejszych latach św. R. Bellarmin określi ten dogmat jeszcze krócej: „Poza Kościołem nie ma zbawienia”. Nauka Kościoła pozostaje od tego czasu niezmienna. Pozytywne ujęcie Soboru Watykańskiego II „Zabawienie jest w Kościele” oznacza dokładnie to samo, bo jeśli jest w Kościele, to poza Kościołem (katolickim oczywiście, by nie było nieporozumienia) nie ma zbawienia. Kościół zawsze dbał i dba o zbawienie – Inkwizycja właśnie o to dbała, by nikt nie wpadł w herezję i nie stracił przez to zbawienia. Kto odszedł od Kościoła z własnej woli traci dojście do zbawienia. Inkwizycja uznawała maksymę św. Tomasza z Akwinu: „zostawmy poganina być poganinem”, ale nie  mogła pozwolić na to, by herezjarchowie zwodzili masy ludzi i prowadzili ich do utraty zbawienia. Oto właśnie chodziło, podkreślam to jeszcze raz – o zbawienie człowieka. Możemy nie zgadzać się z wybraną przez ówczesny Kościół metodą działania, możemy widzieć niedoskonałości w działaniu instytucji (nie ma takiej instytucji ludzkiej, która działała by bez zarzutu), ale musimy dostrzec dwie rzeczy – pierwsza, że Inkwizycja miała na celu dopomóc człowiekowi w wyznawaniu prawdziwej wiary i druga, że w czasach średniowiecza człowiek na pierwszym miejscu stawiał zbawienie. Dlatego Inkwizycja nie była  odczuwana przez ówczesnych ludzi jako narzucona instytucja przymusu – wręcz przeciwnie, była odbierana jako konieczna pomoc, jako instytucja, broniąca człowieka. Posłużę się przykładem, by pomóc w zrozumieniu mentalności ludzi średniowiecza. Przykład może nie jest najlepszy, ale może przybliżyć odczucia ludzi tamtych czasów. W naszych czasach wielkim problemem stały się kradzieże i napady na mieszkania i domy prywatne. Każdy z nas chętnie by widział powołanie jakiejś instytucji, która broniła by nasz dobytek przed złodziejami. Gdyby w tej chwili ktoś powołał do życia instytucję ścigającą skutecznie złodziei, bylibyśmy zadowoleni. Bo dobra materialne mają dla człowieka naszych czasów wielką wagę. Znam takie osiedle domków jednorodzinnych, gdzie ludzie zatrudnili do pilnowania ich dobytku prywatnych ochroniarzy. Po krótkim czasie złodzieje, którzy grasowali poprzednio bez przeszkód wynieśli się z tego osiedla. Potem okazało się, że gdy ochroniarze złapali podejrzanego, wsadzali go do samochodu, wywozili w las i dawali mu takiego łupnia, że cieszył się, gdy nie miał nic połamanego. Czy to jest etyczne? Większość z nas się oburzy, ale metoda okazała się skuteczna. Podobnie można podejść i do metod, które nie są dla nas do przyjęcia, a rzeczywiście stosowane były przez Inkwizycję. Ludzie byli zadowoleni, bo metoda była skuteczna, wiedzieli czym jest prawdziwa wiara i na czym polegają błędy, mieli ochronę, ktoś dbał o ich największe dobro, o dusze nieśmiertelne.

Czy nie potrzebujemy dziś jakiejś nowej formy Inkwizycji? Ja osobiście nie mam żadnych wątpliwości – potrzebujemy. Owszem – jest Kongregacja do Spraw Wiary (powołana na miejscu dawnej Świętej Inkwizycji) czasami wskazuje na błądzących teologów czy na tych co odeszli od wiary. Ale mało o tym wiemy. Za to mamy dostęp do wszelkich ksiąg i książeczek, niezależnie od ich wartości teologicznej czy zgodności z doktryną Kościoła. Od czasów zniesienia przez Pawła VI Indeksu Ksiąg Zakazanych możemy spokojnie czytać wszystko co wpadnie nam w rękę, nawet nie zastanawiając się czy nie jest to szkodliwe dla duszy. Jakże chętnie oglądamy filmy, pisma, jak mało dbamy o własne zbawienie! Więcej – chętnie dajemy posłuch wszystkiemu, co jest atrakcyjne, szczególnie jeśli jest proponowane przez kapłanów, którzy też niestety nie mają oparcia w żadnej instytucji korygującej głoszenie wiary. I często głoszone sa własne poglądy, a prawdziwa nauka jest niedostępna dla zwykłych wiernych.

Swoje rozważania kończę ułożoną przez siebie modlitwą do św. Piotra z Werony – świętego inkwizytora, męczennika za wiarę. Zasztyletowany przez heretyków, umierając napisał krwią własną pierwsze słowa Credo.

Św. Piotrze Inkwizytorze, wspomagaj nas i ucz wiary prawdziwej.

Nie pozwalaj nam wsłuchiwać się w obce i błędne nauki, nie pozwalaj zagubić się na drogach życia i zapomnieć, że nie ma wyższej wartości dla człowieka niż ratowanie własnej duszy.

Uprosz nam u Chrystusa wierność i miłość do świętej Matki Kościoła i wstawiaj się za heretykami, by mogli i oni powrócić na łono Kościoła i osiągnąć zbawienia przez Chrystusa Pana naszego. Amen

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania