Exsurge Domine et iudica causam Tuam

Powstań Panie i rozsądź sprawę Twoją! (Ps. 74, 22)

Te słowa psalmu wybrałam sobie od wielu lat jako motto życiowe. Te słowa były dewizą Świętej Inkwizycji, Instytucji przez wiele lat broniącej Kościół i dbającej o dusze ludzkie, przez wiele lat służącej obronie czystości wiary. Dziś Święta Inkwizycja już nie działa, a nie ma tej skutecznej obrony dla dusz. A od czasów Rewolucji Francuskiej nagromadziło się tyle kłamstw i oszczerstw na Jej temat, że większość ludzi ma albo dość mgliste pojęcie, albo wręcz błędne na ten temat. Czuje się więc zobowiązana (jeśli Jej dewizę uczyniłam swoją) jako pierwszy wpis umieścić bardzo skrótową historię Świętej Inkwizycji.

 Inkwizycja – słowo, które natychmiast wywołuje skojarzenia. Jestem prawie na 100% przekonana, że gdybym mogła wejrzeć do asocjacji obrazowych, powstałych w chwili, gdy czyta się to słowo, to obejrzałabym całkiem pokaźną ilość stosów, stosików, zakapturzonych mnichów, trochę może szubienic, ale niewiele, za to byłoby dużo mało wyraźnych obrazów rozmaitych narzędzi tortur. I wszystko w tonacji czerwono – brązowo – burej. Spróbujecie spojrzeć na chwilę na własne skojarzenia. Myślę, że wielu przyzna mi rację!

A teraz podejdziemy inaczej do tematu – określimy tak, jak powinien on brzmieć – Święta Inkwizycja.

A no, więc Święta Inkwizycja – i od tego zacznę, że instytucja, zwana teraz potocznie Inkwizycją, miała swoją dokładną nazwę z przymiotnikiem święta. Słowo inquisitio oznacza poszukiwanie, śledztwo, badanie. Mamy więc badanie świętej wiary. Inaczej można by określić – badanie czy wyznawana i przepowiadana wiara jest prawdziwą świętą wiarą katolicką!

Żeby lepiej wyjaśnić sobie zagadnienie musimy zrobić krótki przegląd historyczny. Obiecuję, że będzie tak krótki, jak tylko się da! Bez wejścia jednak, chociaż pobieżnie, w epokę, nie można zrozumieć wiele. W jakiś sposób musimy spróbować by nasza wyobraźnia nie podsuwała nam tylko i wyłącznie obrazów, o których wspomniałam na początku. Bo tak (mówiąc na marginesie) te obrazy ktoś uformował w naszym umyśle, kształtując nasze wiadomości o historii.

Spróbujmy więc na chwilę wejść w atmosferę wieków, zwanych średnimi. Chodzi mi o próbę wejścia w mentalność ludzi tamtych czasów. Nie chodzi o ukazanie innych elementów ich życia, najważniejszą rolę odgrywa mentalność. Gdybyśmy spróbowali określić mentalność dzisiejszą w kilku słowach moglibyśmy powiedzieć, że wartości nadrzędne dla ludzi (większości ludzi) dzisiaj to realizacja własnej osobowości, osiągnięcie sukcesu i uznania, dojścia do pewnego materialnego dobrobytu. Jeśli by zadać pytanie jak należy okazywać swoją troską o słabych, chorych i niepełnosprawnych, odpowiedź będzie prawdopodobnie dotyczyła organizowania wszelkich akcji charytatywnych (może nawet z owsiakową), w każdym bądź razie pojawi się jakaś wizja pomocy materialnej.

Otóż w czasach średniowiecznych nie było tak. Ideały były inne – nie że ludzie nie chcieli się realizować, tylko pod realizacją rozumiano coś innego – istniały, i nie tylko że istniały, ale były i nawet bardzo mocno rozwinięte i zakorzenione takie pojęcia jak honor, godność. Ponad wszystko jednak liczyło się osiągnięcie zbawienia. Oczywiste jest, że ceniono wartości materialne, ale w innym stopniu niż dzisiaj. A gdyby chodziło o okazanie pomocy, najpierw dbano duszę. Bo bardzo dobrze zdawano sobie sprawę z tego, że ziemskie życie człowieka, nawet najdłuższe, ma swój kres, a najważniejsze jest osiągnięcie zbawienia – bo w wieczności nic już się nie da zmienić. Nie chcę rozpętywać burzy – zaznaczę jednak dwoma słowami – choć dzisiaj wiele się mówi o osiągnięciach socjalnych i pomocy socjalnej, wtedy takiego pojęcia nie było, ale śmiem twierdzić (oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji – tous proportions gardées), że wtedy więcej czyniono by pomóc potrzebującym niż dzisiaj.

Jeszcze chwila próby wejścia w tamte czasy. Ludzie wtedy żyli niejako ciągle w obecności sacrum. Ludzie żyli na co dzień w obecności Boga, zdawali sobie sprawę z Jego obecności, liczyli się z Nim, a jednocześnie wiedzieli, że szatan nie śpi i „krąży jak lew ryczący, szukając kogo się da pożreć”.

Od samych początków Kościoła zaczynają szarpać Go herezję. Piszą o tym i św. Paweł i św. Jan. Herezje to nic innego jak działanie szatana, który chce oderwać jak najwięcej dusz od Kościoła. Nie ma takich momentów w historii Kościoła, kiedy by nie było żadnej herezji. Nasilenie jednak bywało różne. Ogromne nasilenie ruchów heretyckich pojawia się w wieku XII. Katarowie, zwani również albigensami oraz waldensi (zwani biedakami z Lyonu) rozprzestrzenili się tak bardzo i oderwali tak wielu od Kościoła, że problem przestał być marginalny. Należało zająć się tym całościowo. Katarzy (zasadniczo wyznający stary manicheizm pod nową formą) uznawali dwóch bogów – dobrego i złego – jednego, stworzyciela świata duchowego, drugiego, utożsamianego z szatanem – stworzyciela świata materialnego. Dziełem tego drugiego uznawali cały porządek społeczny – w tym Kościół i wszelką władzę świecką. Rozwojowi tych ruchów sprzyjał pewien duchowy upadek wśród kleru, połączony z nadmiernym przywiązaniem do dóbr materialnych. Katarowie, a szczególnie waldensi podobali się swoim ubóstwem, życiem we wspólnotach, w których funkcje kapłańskie pełnić mógł każdy, w tym również kobiety, a wszelki majątek był wspólny. Tak ich odbierano przez rzesze, dopiero wejście do wspólnoty okazywało całość – podział na „doskonałych” i „niedoskonałych”, sposób korzystania ze wspólnego majątku i skutki niesamowitej pogardy dla ciała. Bowiem ich doktryna, głosząca generalne potępienie dla świata i pogardę dla ciała prowadziła do wyznawania prokreacji jako najgorszej zbrodni, spędzanie płodu było uczynkiem pochwalanym i zalecanym, a jedyna droga do oczyszczenia się (wprowadzona przez „doskonałych” dla „niedoskonałych” to oczyszczenie przez rytualną głodową śmierć. Osoby wskazane przez „doskonałych” zamurowywano w głodowych bunkrach – wynalazek, który został parę wieków później wykorzystany przez hitlerowców.

Kościół próbował różnymi sposobami przeciwdziałać – misje i dysputy nie dawały pożądanych rezultatów, choć nie jeden heretyk nawrócił się pod wpływem kazań misjonarzy, szczególnie św. Dominika i jego pierwszych synów. Stosowanie najstraszniejszej kary Kościoła – anatemy i ekskomuniki – było (podobnie jak dziś) lekceważone przez heretyków. Synod biskupi w Tours, na którym był obecny papież Aleksander III (1163) zaapelował do władz świeckich o zajęcie czynnej postawy wobec szerzących się herezji. Chodziło właśnie o owo inquisitio – czynnym poszukiwaniu tych, co szerzą herezję, zamiast czekać biernie – jak dotychczas – na wniesienie formalnego oskarżenia przez kogoś z duchownych lub wiernych.

Bulla Lucjusza III Ad abolendam diversum haeresum pravitatem z roku 1184 zobowiązywała wszystkich biskupów do wizytowania podległych im parafii co najmniej raz na dwa lata i wyszukiwania w nich, z pomocą zaufanych ludzi, osób podejrzanych o herezję. Miano im proponować wyrzeczenie się błędów i powrót na łono Kościoła. W przypadku odmowy miano ich przekazywać w ręce władzy świeckiej dla wymierzenia kary – konfiskaty dóbr i wyrzucenia poza granice diecezji.

W 1199 roku Innocenty III w dekrecie Vergentis in senium przyrównał herezję do zbrodni obrazy majestatu – do zbrodni, za którą w większości krajów europejskich groziła kara śmierci. W ten sposób możni protektorzy heretyków, a tacy znajdywali się z różnych powodów, częściej nie z powodów wiary, a zatargów z miejscowym biskupem, w ten sposób więc, protektorzy herezji narażali się na utratę wszelkiego dobra i banicję.

Na razie jesteśmy jeszcze przed powstaniem instytucji Świętej Inkwizycji. Do powstania samej instytucji przyczyniło się w wydatny sposób pewne zdarzenie: Hrabia Tuluzy, Rajmund IV został ekskomunikowany w styczniu 1208 r. za sprzyjanie albigensom. W odpowiedź na to, zlecił on jednemu ze swoich ludzi zamordowanie papieskiego legata. Raz rozpętana spirala nie mogła się łatwo zatrzymać – już w sierpniu tego samego roku doszło do Krucjaty przeciwko hrabiemu Tuluzy. Dzieje krucjaty są osobną sprawą, wzięła ona obfite żniwo śmierci po obu stronach, lecz nie rozwiązała sprawy.

W 1215 roku IV Sobór Laterański podjął szereg ważnych postanowień antyheretyckich. Obłożył anatemą wszystkie herezje przeciw wierze katolickiej. Pod groźbą ekskomuniki zobowiązano władze świeckie do wypędzenia ze swoich włości wszystkich heretyków. Podejrzani o herezję dostawali rok czasu! By dowieść swej niewinności i pojednać się z Kościołem, jeśli jednak tego nie uczynili – stawali się heretykami ipso facto i jako tacy byli przekazywani władzy świeckiej do wymierzenia należytej kary. Sobór Laterański IV wypracował program moralnej odnowy kleru, moralność kleru była bowiem najczęstszym powodem do ataku ze strony heretyków i faktycznie – odnowa była potrzebna. Choć na IV Soborze Laterańskim postanowiono nie tworzyć nowych zakonów, już w 1216 roku nowy papież Honoriusz III zatwierdził regułę zakonu dominikanów, nastawionego na głoszenie Prawdy, a tym samym i zwalczania herezji. Zakon ten charakteryzował się w owych czasach prężną organizacją i surową dyscypliną. Wysoki poziom intelektualny braci połączony z mobilnością (odejście od benedyktyńskiej zasady stabilitatis loci), nawet wygląd zewnętrzny – biały habit, czarny płaszcz i sandały, symbole czystości, pokuty i ubóstwa, to wszystko przyczyniało się do skutecznego głoszenia Prawdy. Wkrótce mieli oni przyjąć na siebie najcięższą pracę przeciwko herezjom.

Wreszcie w 1239 roku św. Grzegorz IX ogłosił konstytucję Excomunicamus et anathematisamus, uważanej za początek instytucjonalizacji Inkwizycji. W 1233 roku dwiema bullami powierzył pełnomocnictwa poszukiwania heretyków dominikanom. Dokonał wtedy wyboru, który w najlepszy (po ludzku rzecz biorąc) sposób miał zapewnić bezstronność, uczciwość, efektywność i ŁAGODNOŚĆ postępowania sądowego.

Ostatecznie w 1252 roku bulla Innocentego IV Ad extirpanda ustanowiła ostateczny sposób działania Świętej Inkwizycji.

Być może dla wielu będzie zaskakujące stwierdzenie, że współczesne nam sądownictwo, co najmniej to sądownictwo, które zwykliśmy uważać za nowoczesne, demokratyczne i sprawiedliwe ma swoje korzenie i wzory w sądach Świętej Inkwizycji.

Przyjrzyjmy się sytuacji w sądownictwie czasów średniowiecza i renesansu – prawie w całej Europie dominowało wyjątkowo okrutne prawo magdeburskie. Tym prawem rozstrzygano sprawy w sądach świeckich. Prawo magdeburskie uznawało tylko jeden dowód – przyznanie się oskarżonego do winy i tylko jeden sposób zdobycia dowodu – tortury. Tortury można było zadawać pięć razy. Jeśli  ktoś wytrzymał pięć „paleń” (tortur) uznawano go za niewinnego. Gdy sędzia wymawiał przysłowiowe już „pal go sześć” było wiadomo, że po ostatniej szóstej torturze oskarżony zostanie zwolniony już bezwarunkowo.

Jak zatem wyglądało działanie sądów Inkwizycji?

Ustanowiono stałe trybunały działające w każdej diecezji. W skład trybunału wchodziło dwóch inkwizytorów, lokalny biskup bądź jego przedstawiciel oraz dwunastu, dobranych przez nich prawowiernych katolików (boni viri), wybranych najczęściej wśród miejscowego kleru. Przy podejmowaniu decyzji obowiązywała zasada kolegialności, głos decydujący należał jednak do inkwizytorów. Trybunał miał prawo zatrudnić dwóch notariuszy i parę osób innego personelu – lekarza, gońca, woźnych itp. Bulla nakazywała trybunałowi ścisłą współpracę z władzami świeckimi.

Grzegorz IX nakazał by każdy oskarżony nie tylko mógł, ale i obowiązkowo korzystał z pomocy obrońcy. Obrońcą był zawsze zawodowy prawnik. Sąd miał obowiązek udostępnić oskarżonemu i jego obrońcy wszystkie zebrane dowody winy, wraz z podaniem nazwisk świadków, zeznających przeciwko oskarżonemu. Krzywoprzysięzcom groziły bardzo ciężkie kary, z karą śmierci łącznie, więc nie łatwo odważano się świadczyć fałszywie przeciwko komuś.

Ze względu na przyrównanie heretyków ze zwykłymi kryminalistami wprowadzono, stosowane wówczas powszechnie w całej Europie tortury.

Rodzaje, czas i okoliczności stosowania tortur ujęto w ścisłe ramy przepisów, co miało zapobiec samowoli. Żaden inkwizytor nie mógł nakazywać tortur bez zgody biskupa diecezji i kolegium boni viri. I tak – torturować początkowo można było głodem. Na to jednak dawano tylko kilka dni. Męczarnie fizyczne wolno było aplikować tylko raz i to nie dłużej niż półgodziny. Nie wolno było torturować dzieci, starców i kobiet w ciąży.

By wyjaśnić sobie jak istotne jest nie patrzeć na prawo stosowania tortur oczami ludzi wieku XXI, którzy oburzają się na słowo tortura, godząc się jednocześnie na mordowanie i torturowanie wszędzie, gdzie jest wystarczająco daleko od nas, musimy  postarać się zrozumieć przesłanki działania takiej instytucji jak tortury, więc zaznaczę tylko, że ówczesna wrażliwość akceptowała cierpienia fizyczne w inny trochę sposób niż dzisiejsza (co najmniej ta oficjalna dzisiejsza wrażliwość).

Właśnie w trybunałach inkwizycji przyjęto po raz pierwszy zasadę, że nie można sądzić ludzi niepoczytalnych. Jako tacy nie odpowiadają za własne czyny i należy zapewnić im bezpieczeństwo – „żółte papiery”, które miały chronić przed postawieniem po raz kolejny w stan oskarżenia. Przed rozpoczęciem każdego przewodu sądowego lekarz był zobowiązany zbadać podejrzanego i oświadczyć czy jest w pełni odpowiedzialny. Jeśli stwierdzał, że podejrzany jest zdrowy psychicznie miał jeszcze obowiązek określić czy jest on w stanie znieść tortury. Lekarz miał prawo zabronić stosowania tortur.

No i jeszcze jeden szczegół, który powinien pozwolić nam zrozumieć jak bardzo po chrześcijańsku patrzono wtedy na człowieka. Herezje katarów i waldensów, pamiętamy negowali cielesność człowieka, ukazywali ją jako dzieło diabelskie. Kościół zawsze nauczał, że człowiek jest jednością duszy i ciała i że ciało ma zmartwychwstać i połączyć się z duszą w Dniu Ostatecznym. Ciało było wielką świętością, choć poddawane go torturom! Bo tortury nie miały na celu zabicia ciała, a ratowania duszy. No i ten szczegół, o którym wspomniałam: W dwa lata po bulli Ad extirpanda pozwolono inkwizytorom przeprowadzać procesy zmarłych heretyków. W przypadku udowodnienia im herezji ich ciała ekshumowano i palono na stosie. Tę karę, wydającą się absurdalną w naszych czasach należy odnieść do wiary w zmartwychwstanie i do wagi przywiązywanej do ciała zmarłego. (Pamiętajmy, że Kościól przez wiele wieków nie zgadzał się na palenie zwłok!)

Co sądzono i jak postępowano, jak rozróżniano herezję, jakie były przesłanki do podejrzenia o herezje można się dowiedzieć z zachowanych podręczników dla inkwizytorów. Zawierają one drobiazgowe opisy praktyk heretyków, rady postępowania z nimi i odpowiedzi na rozmaite wątpliwości, które mogły się pojawić w czasie procesu. Pamiętajmy – podkreślam to jeszcze raz – że podejrzany miał bardzo długi czas na nawrócenie się i pojednanie z Kościołem.  Jeśli doszło do wydania wyroku śmierci, skazany nawet w ostatniej chwili przed egzekucją mógł publicznie wyznać wiarę i uniknąć stosu. Kary śmierci trybunały jednak nie orzekały, przekazywały podsądnego wtedy do władzy świeckiej, co całkiem nie było jednoznaczne z nieuniknionym stosem.

Ogłaszanie wyroków Trybunału odbywało się podczas wspomnianej ceremonii – sermo fidei, można to przetłumaczyć jako wymowa wiary, świadectwo wiary. Z reguły ta ceremonia zaczynała się od przeprowadzenia rano do siedziby Trybunału oskarżonego, gdzie golono mu głowę i ubierano w specjalny strój hańby, zwany saccus benedictus, co dokładnie tłumacząc oznacza „błogosławiony wór”. Nazwa sama w sobie wskazuje na to, że błogosławieństwem dla osądzonego miało być to, że jego błędy wyszły na jaw i jeszcze na szansę na uratowanie własnej duszy. Prowadzono później osądzonego na plac lub do kościoła, gdzie po Mszy św. odbywało się odczytywanie wyroku. Potem przekazywano go władzy świeckiej.

W Hiszpanii ta ceremonia nazywała się auto da fe, nazwa znana dość powszechnie. Wielu kojarzy ją z zapaleniem stosu. Chodzi jednak tak samo o publiczne  świadectwo wiary. Na koniec tej ceremonii zapalano świece (nie stosy), noszone przez nawróconych heretyków.

Niekiedy takie auto da fe łączono z paleniem ksiąg heretyckich. Zwykło się teraz uważać za barbarzyństwo palenie ksiąg. Sprawa jest jednak kontrowersyjna. Jeśli księgi są szkodliwe dla dusz ludzkich, chyba jednak lepiej je spalić, a nie traktować jako dzieło literatury. Wydaje się, że i dziś przydałoby się spalić niejedną książkę, która więcej przynosi szkód niż pożytku. Wszystko jest sprawą perspektywy. Jeśli patrzy się z perspektywy co służy zbawieniu, a co nie – z tej jedynie prawdziwej perspektywy, bo ostatecznie zbawienie jest najważniejsze – wtedy na pewno zgodzimy się na palenie i na zakaz wielu pozycji.

Jakie były wyroki Świętej Inkwizycji?

Wmawia się nam i wychowuje kolejne pokolenia w przekonaniu, że Inkwizycja szafowała wyrokami śmierci. Podkreślam jeszcze raz, że na słowo „inkwizycja” w większości umysłach powstaje obraz płonącego stosu lub wykrzywionej twarzy kata psychopaty w habicie mniszym. I biedna ofiara, przyjmująca wyrok śmierci. Taka wyobraźnia przystaje do owego fanatyka, bohatera „Imienia Róży” Umberto Eco. Jest rzeczą znamienną, że wielu, aż za nadto wielu, wierzących katolików powołuje się na twórczość Umberto Eco, zaciętego wroga Kościoła. Za mało katolików jednak zna prawdę o Inkwizycji, a jeszcze mniej zdaje sobie sprawę z tego jak ważne jest nie tylko znać tę prawdę, ale i rozumieć sens Inkwizycji i bronić i dziś ludzi przed herezjami.

Najczęściej orzekano inne kary – grzywny, noszenie znaków hańby, kary kanoniczne, nieraz udział w obrzędzie pojednania, czyli specjalnej ceremonii wyznania wiary.

Ale wróćmy do wyroków Inkwizycji. Spójrzmy na kilka liczb: Słynny inkwizytor Bernard Gui, jakże często podawany przez antykościelną literaturę jako przykład okrucieństwa, w latach 1307 – 1323 na sto rozpatrywanych przez siebie spraw wydawał średnio jednego oskarżonego w ręce władzy świeckiej, co mogło skończyć się wyrokiem śmierci, nałożonym przez władzę świecką. Inkwizycja wyroków śmierci nie wydawała. Weźmy dla przykładu Inkwizycję Hiszpańską, która była oddzielną i samodzielną instytucją i okrzyczana jest jako najbardziej okrutną, w ciągu lat 1493 – 1599 (106 lat) w okręgu Bajadoz, uważanym za szczególnie „gorącym”, wydała zaledwie 20 osób na stos, a całej Hiszpanii za okres lat 1560 – 1700 rozpatrzono ok. 50 tysięcy procesów, w których wydano około 500 wyroków śmierci. Ciekawa statystyka – średnio 1 wyrok śmierci na sto procesów i 500 wyroków na 140 lat. Porównajmy dla porządku, znowu zachowując wszystkie proporcję i pamiętając o zwielokrotnionych możliwościach technicznych zadawania śmierci z czymkolwiek z czasów najnowszych. 250.000 w jednej nocy w Dreznie, 3 miliony ( a może nawet 6 milionów – liczba dotychczas nie jest dokładnie znana) umierający z głodu w latach 30tych na Ukrainie, łagry stalinowskie (prawdopodobnie około 20 milionów), obozy niemieckie, 1.500.000 ofiar czerwonych Khmerów, ile obecnie w Afganistanie, Iraku??? Starczy? A w tej samej Hiszpanii w latach wojny domowej 1936 – 39 wydano 60.000  wyroków śmierci za pochodzenie arystokratyczne, nadmierne posiadanie majątku, zbyt wysokie wykształcenie lub śluby zakonne.

Mówiąc o Świętej Inkwizycji zachowajmy wszystkie proporcje – uświadommy sobie, że Inkwizycja wychodziła na pomoc zbłąkanym i broniła ich dusze.

„Cokolwiek robi się dla nawrócenia heretyków, jest łaską” – jest to cytat z Dyrektorium dla inkwizytorów. Wymaganie bardzo poważne. Pamiętajmy, że inkwizytorami byli ludzie głęboko wierzący i poważnie podchodzący do swego obowiązku. To co robili dla nawrócenia heretyków, robili dla ich zbawienia. To było trochę jak szafarstwo sakramentów.

Do sądów Inkwizycji trafiały różne sprawy – trafiały również sprawy świętokradców, złodziei kościołów, sodomitów, morderców. Inaczej rzecz biorąc wszelkich kryminalistów. W naszej dzisiejszej mentalności wydaje się, że inne sądy powinny zajmować się przestępstwami pospolitymi. Ale w wiekach średnich kradzież np. paramentów liturgicznych i wyznawanie herezji były tak samo niebezpieczne dla samego złoczyńcy – groziły mu potępieniem wiecznym. I sąd próbował doprowadzić do skruchy, nawrócenia, inaczej rzecz biorąc – chciał ratować duszę. Herezja była (i jest) o tyle niebezpieczniejsza od kradzieży świętokradczej, że grozi rozpowszechnić się i tym samym zagraża innym duszom.

Być może ktoś będzie chciał zapytać z przekąsem – a co z czarownicami? Gdy pada takie pytanie to zasadniczo prawie zawsze chodzi o czarownice, o czarownikach jakoś nikt nie pamięta. To oczywiście są ślady innej propagandy – tej feministycznej, próbującej wmówić w nas, że dopiero od czasów sufrażystek ktoś zaczął się upominać o kobiety. I tak, procesy o czary zdarzały się, bo i wtedy byli ludzie zajmujący się czarami. (Choć chyba dziś jest ich procentowo o wiele więcej.) I nic nie zmienia faktu, że czary zawsze są niebezpieczne i dla uprawiających je i dla innych z ich kręgu. Ale strach przed czarami często powodował u ludzi chęć znalezienia czarownicy, zemszczenia się za złe zbiory, choroby czy inne klęski. Najczęściej jednak Inkwizycja uniewinniała podejrzanych i powściągała ludność w jej morderczych zapędach. W „polowania na czarownice” obfitował najbardziej wiek XVI. W całej Europie, jak podaje większość źródeł, spalono za czary około 300.000 osób, przeważnie kobiet. Około 200.000 z nich zginęło w protestanckich Niemczech, a około 70.000 w Anglii. Na katolicką Europę zostaje skromna liczba około 30.000. Rewolucja Francuska tylko w latach 1792–94 skazała na śmierć około 24.000 osób, a drugich 12.000 zamordowano bez żadnego wyroku. To tylko takie porównanie – można zrobić jeszcze inne – przypomnieć sobie Kalwina, który kazał w jednym bodajże 1545 roku w samej tylko Genewie spalić 30 osób za czary – bez żadnego sądu. Albo przypomnieć wręcz szaleńczą nienawiść Lutra do Żydów, wzywał on nieraz do pogromów i marzył o całkowitym zniszczeniu i wypędzeniu z Europy wszystkich Żydów.

Nie będę podawać więcej porównań. Takie porównania można mnożyć bez końca.

Chodzi o coś innego, chodzi o wyjaśnienie, że Święta Inkwizycja nie była instytucją wrogą człowiekowi, a wręcz przeciwnie – była nastawiona na człowieka. Na każdego konkretnego człowieka. Celem tej Instytucji była pomoc w dojściu do zbawienia. Już Sobór Laterański z 1215 roku, zwołany z powodu herezji katarów, wyraźnie określa naukę Kościoła  o zbawieniu: „Jeden zaś jest powszechny Kościół wiernych, poza którym nikt w ogóle nie bywa zbawiony”. To samo potwierdza w bulli Unam sanctam Bonifacy VIII: „Poza nim (Kościołem) nie ma zbawienia ani odpuszczenia grzechów”. W późniejszych latach św. R. Bellarmin określi ten dogmat jeszcze krócej: „Poza Kościołem nie ma zbawienia”. Nauka Kościoła pozostaje od tego czasu niezmienna. Pozytywne ujęcie Soboru Watykańskiego II „Zabawienie jest w Kościele” oznacza dokładnie to samo, bo jeśli jest w Kościele, to poza Kościołem (katolickim oczywiście, by nie było nieporozumienia) nie ma zbawienia. Kościół zawsze dbał i dba o zbawienie – Inkwizycja właśnie o to dbała, by nikt nie wpadł w herezję i nie stracił przez to zbawienia. Kto odszedł od Kościoła z własnej woli traci dojście do zbawienia. Inkwizycja uznawała maksymę św. Tomasza z Akwinu: „zostawmy poganina być poganinem”, ale nie  mogła pozwolić na to, by herezjarchowie zwodzili masy ludzi i prowadzili ich do utraty zbawienia. Oto właśnie chodziło, podkreślam to jeszcze raz – o zbawienie człowieka. Możemy nie zgadzać się z wybraną przez ówczesny Kościół metodą działania, możemy widzieć niedoskonałości w działaniu instytucji (nie ma takiej instytucji ludzkiej, która działała by bez zarzutu), ale musimy dostrzec dwie rzeczy – pierwsza, że Inkwizycja miała na celu dopomóc człowiekowi w wyznawaniu prawdziwej wiary i druga, że w czasach średniowiecza człowiek na pierwszym miejscu stawiał zbawienie. Dlatego Inkwizycja nie była  odczuwana przez ówczesnych ludzi jako narzucona instytucja przymusu – wręcz przeciwnie, była odbierana jako konieczna pomoc, jako instytucja, broniąca człowieka. Posłużę się przykładem, by pomóc w zrozumieniu mentalności ludzi średniowiecza. Przykład może nie jest najlepszy, ale może przybliżyć odczucia ludzi tamtych czasów. W naszych czasach wielkim problemem stały się kradzieże i napady na mieszkania i domy prywatne. Każdy z nas chętnie by widział powołanie jakiejś instytucji, która broniła by nasz dobytek przed złodziejami. Gdyby w tej chwili ktoś powołał do życia instytucję ścigającą skutecznie złodziei, bylibyśmy zadowoleni. Bo dobra materialne mają dla człowieka naszych czasów wielką wagę. Znam takie osiedle domków jednorodzinnych, gdzie ludzie zatrudnili do pilnowania ich dobytku prywatnych ochroniarzy. Po krótkim czasie złodzieje, którzy grasowali poprzednio bez przeszkód wynieśli się z tego osiedla. Potem okazało się, że gdy ochroniarze złapali podejrzanego, wsadzali go do samochodu, wywozili w las i dawali mu takiego łupnia, że cieszył się, gdy nie miał nic połamanego. Czy to jest etyczne? Większość z nas się oburzy, ale metoda okazała się skuteczna. Podobnie można podejść i do metod, które nie są dla nas do przyjęcia, a rzeczywiście stosowane były przez Inkwizycję. Ludzie byli zadowoleni, bo metoda była skuteczna, wiedzieli czym jest prawdziwa wiara i na czym polegają błędy, mieli ochronę, ktoś dbał o ich największe dobro, o dusze nieśmiertelne.

Czy nie potrzebujemy dziś jakiejś nowej formy Inkwizycji? Ja osobiście nie mam żadnych wątpliwości – potrzebujemy. Owszem – jest Kongregacja do Spraw Wiary (powołana na miejscu dawnej Świętej Inkwizycji) czasami wskazuje na błądzących teologów czy na tych co odeszli od wiary. Ale mało o tym wiemy. Za to mamy dostęp do wszelkich ksiąg i książeczek, niezależnie od ich wartości teologicznej czy zgodności z doktryną Kościoła. Od czasów zniesienia przez Pawła VI Indeksu Ksiąg Zakazanych możemy spokojnie czytać wszystko co wpadnie nam w rękę, nawet nie zastanawiając się czy nie jest to szkodliwe dla duszy. Jakże chętnie oglądamy filmy, pisma, jak mało dbamy o własne zbawienie! Więcej – chętnie dajemy posłuch wszystkiemu, co jest atrakcyjne, szczególnie jeśli jest proponowane przez kapłanów, którzy też niestety nie mają oparcia w żadnej instytucji korygującej głoszenie wiary. I często głoszone sa własne poglądy, a prawdziwa nauka jest niedostępna dla zwykłych wiernych.

Swoje rozważania kończę ułożoną przez siebie modlitwą do św. Piotra z Werony – świętego inkwizytora, męczennika za wiarę. Zasztyletowany przez heretyków, umierając napisał krwią własną pierwsze słowa Credo.

Św. Piotrze Inkwizytorze, wspomagaj nas i ucz wiary prawdziwej.

Nie pozwalaj nam wsłuchiwać się w obce i błędne nauki, nie pozwalaj zagubić się na drogach życia i zapomnieć, że nie ma wyższej wartości dla człowieka niż ratowanie własnej duszy.

Uprosz nam u Chrystusa wierność i miłość do świętej Matki Kościoła i wstawiaj się za heretykami, by mogli i oni powrócić na łono Kościoła i osiągnąć zbawienia przez Chrystusa Pana naszego. Amen

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Możliwość komentowania jest wyłączona.