Monthly Archives: Czerwiec 2012

Ubrania

Czasami, jak jestem w kościele na mszy świętej, żałuję, że nie mam aparatu fotograficznego – zrobiłabym zdjęcia niektórym wiernym obojga płci. Znaleźliby się tam panowie w swetrach i sweterkach, spodniach nadających się do pracy w polu lub na budowie, w krótkich spodenkach i t-shirtach, rozchełstanych koszulach, w trampkach i adidasach.

Panie zaś, które mogłabym uwiecznić na tych zdjęciach, są ubrane w przykrótkie spódniczki, bluzki z dekoltami „do pępka”, wysokie buty lub kozaczki, nie raz długość ich spódnic jest odpowiednia, ale za to do koronkowej spódnicy mają zwykłe t-shirty i wreszcie wszechobecne dżinsy, noszone na każdą okazję. A dzieci – szkoda mówić! Ile niechlujstwa – ubrania raczej do piaskownicy, a nie do kościoła, a jeśli już do kościoła – ile tam panieneczek, ubranych na wzór tzw. celebrytek. A sposób siadania, na tzw. luzie, rozparcie się na ławce, zakładanie nogi na nogę – to osobny temat.

Ale ja zdjęć nie zrobię i nie umieszczę w Internecie, bo mógłby ktoś siebie na nich rozpoznać, a ja nie chcę być posądzona o atak ad personam. Obserwuję i coraz bardziej mnie to niepokoi. Bo wielu z tych wiernych, idąc do pracy do biura zakłada garnitury i kostiumiki, ubiera się elegancko, bo inaczej groziło by im usunięcie z pracy. Czyżby biura miały u nich większy szacunek niż kościół?

Ostatnio w wielu kościołach pojawiły się na drzwiach plakaciki o treści „ubiór ma być godny, a nie wygodny”.  A dlaczego, pytam, ubiór godny ma być niewygodny? Takie przeciwstawienie (godny, a nie wygodny) sugeruje, że godny ubiór jest cos na kształt pancerza – niewygodny, ale trzeba to przetrwać. Jest to jakby przymuszanie do założenia ubrania „godnego i niewygodnego”, taka swego rodzaju ofiara. Dlaczego nie zachęcić wiernych by ubrali się po prostu stosownie do okazji. A stosownie oznacza przyzwoicie.

Wydaje się, że zagubione zostało coś, co nazywa się wyczuciem estetyki, piękna, a najbardziej zagubiono wyczucie dobrego tonu.

Więc jaki ma być ubiór do kościoła? Chciało by się odpowiedzieć jednym słowem –stosowny. Jak odpowiadam tak, to słyszę nieraz zarzuty – chcesz wszystkich ubrać na zakonnice. Nie, nie chcę i nie uważam, że jest to wskazane.

Nie da się odpowiedzieć dokładnie jaki ma być stosowny i przyzwoity ubiór. Ale spróbujmy nakreślić jakieś ogólne zasady, które obowiązują wszystkich, niezależnie od płci, dodajmy –wszystkich w kulturze europejskiej.

Zacznijmy od początku, czyli od tego czemu ma służyć ubiór.

Oczywiście pierwszą funkcją ubrania jest ochrona ciała przed wpływami atmosferycznymi. A to oznacza przed zimnem, ale również i przed ciepłem, przed wilgocią i wiatrem. Ta funkcja ubioru jest moralnie obojętna.

Następne jednak funkcje nie są już moralnie obojętne.

Pierwsza z nich – to wyrażenie przez ubiór przynależności do grupy społecznej. Przykładowo – dresiarze swoim ubiorem wyraźnie pokazują do jakiej grupy należą, jednocześnie ujawniając swoje podejście do życia, swoje poglądy itd. Metalowcy rozpoznają się po ubraniach, kibice – po szalikach. Podobnie osoby duchowne (o ile używają swoje stroje), pokazują kim są, świadczą o swojej wierze i o Chrystusie Panu. Przykłady można mnożyć. W każdym jednak zawsze będzie można znaleźć odniesienie moralne. Nieraz stosunek do wartości moralnych ukazywany jest bezpośrednio na ubraniu. Jako szczególnie jaskrawe przykłady można wspomnieć głoszenie poglądów wprost słownie. Koszulki z napisem „miałam aborcję” i „stop aborcji” są bezpośrednim tego wyrazem. Napisy mogą być bardzo różne, ale nigdy nie są obojętne moralnie.

Większość ludzi jednak nie należy do jednoznacznie określonych grup społecznych. I wśród nich najczęściej spotykamy tych, którzy ubierają się w sposób niestosowny. Wśród nich są ci, którzy przychodzą do kościoła (i nie tylko) w ubraniach rażąco nieodpowiednich. Oni prawdopodobnie nie zdają sobie sprawę z tego, że ubiór ma jeszcze jedną podstawową funkcję – mianowicie ma pewien cel moralny, który polega na tym, że ma służyć do ochrony skromności.

Etyka katolicka zwraca szczególna uwagę na skromność. Wydawałoby się, ze każdy wie co to skromność. I że każdy zdaje sobie sprawę z tego, że skromność jest cecha pozytywną. Ale w sprawie ubrań raczej już o tym zapomniano. A skromność to nic innego jak tylko pokora na zewnątrz. W środowiskach katolickich, szczególnie we wspólnotach modlitewnych, kładziony jest ciągle nacisk na pokorę. Osobny to temat jak przedstawiana jest tam pokora. Jedno jest pewne – nie jest podkreślane, że pokora uzewnętrznia się w sposobie ubrania. Bowiem skromność – powtórzmy jeszcze raz – to pokora, która uzewnętrznia się w postawie i w mowie. Nie jest pokorą ślamazarność, zaniedbanie zewnętrzne czy bierne znoszenie wyrządzanej bez powodu krzywdy.

Skromność więc jest szczególną cnotą. Nadaje ona umiar zachowaniu się człowieka, jego ubiorowi i ozdobom, w których się stroi. Przeciwne skromności są tak samo próżność, czy chęć błyszczenia, ale i wszelkie niedbalstwo, a zwłaszcza nieprzyzwoitość w ubiorze.  Cnotę tę należy w sobie wychowywać. Wymaga to indywidualnego wysiłku, pewnego ujarzmienia własnego temperamentu, ale również i opanowania pewnej wiedzy kulturowej, specyficznej, zwanej powszechnie savoir-vivre. W naszych czasach coraz bardziej wymaga wysiłku poszukania dobrych wzorców, takich, których nie sposób znaleźć w popularnych pisemkach czy telewizji. Inaczej rzecz biorąc – wymaga wysiłku oderwania się od wpływu massmediów i od bezmyślnego naśladownictwa lansowanych wzorców.

Pojawia się pytanie: jeśli sposób ubierania się należy do zakresu moralności – to kiedy mamy do czynienia z grzechem? Otóż grzechem jest kierować się lansowaną moda w ubraniu, jeśli obraża ona skromność i wstydliwość. Szczególnie jeśli może stać się powodem pobudzenia zmysłowości u płci przeciwnej, a najgorzej – gdy odnosi się to do młodzieży i dzieci. Wstydliwość bowiem należy chronić bardzo starannie w młodych i dziecięcych duszach. Należy wprost powiedzieć – dzisiejsza moda u kobiet i młodych dziewcząt, wzorowana na ubiór „celebrytek”, który niczym w swej istocie nie różni się od wzorca „tirówek” jest nieodpowiednia, mało tego – jest powodem do grzechu i należy stanowczo ją potępić. Ubranie się „na celebrytkę” ma dwa grzeszne wymiary – o pierwszym wspomniałam powyżej – powoduje (może powodować) pobudzenie zmysłowe. Drugi – to mniej uchwytny, ale nie mniej istotny – sama kobieta lub dziewczyna, ubierająca się w ten sposób poniża się i umniejsza swoją godność.

Co do mody męskiej należy powiedzieć, że też wzorowana jest na „celebrytów”, a dokładniej mówiąc – na wzorcach bandyckich i więziennych. I chociaż mniej tu można mówić o pobudzeniu przeciwnej płci, niewątpliwie jest ona szkodliwa moralnie przez proponowanie złych wzorców – szczególnie brutalności i niechlujstwa.

Wreszcie – grzechem w ubieraniu się może być używanie takiego ubioru, który szkodzi zdrowiu lub powoduje wydatki nad możność finansową. O ile sprawa nadmiernych wydatków jest jakoś jasna dla każdego – nie wolno na rzecz własnego upodobania do mody uszczuplać budżet rodzinny, to moda szkodliwa zdrowiu jest dla większości ludzi pojęciem niezrozumiałym. Dlatego podam kilka przykładów: nie tak dawno dziewczyny nosiły krótkie koszulki (powyżej pasa) i cały rok chodziły z gołymi nerkami. Niewątpliwie nie sprzyja to zdrowiu. Przesadnie wysokie obcasy i obcisła bielizna spowodowały to, że młode dziewczyny cierpią na żylaki. A obcisła bielizna i obcisłe spodnie mężczyzn stały się przyczyną bezpłodności wielu z nich. Nie miejsce jednak w tym artykuliku na rozważania zdrowotne – chce tylko podkreślić, że w świetle moralnego nakazu dbania o własne zdrowie moda nie jest moralnie obojętna.

Na koniec powróćmy do kwestii ubioru odpowiedniego do kościoła. Nie da się rozstrzygnąć dokładnie jakie to ma być ubranie. Można tylko zaznaczyć co należy unikać: krótkich spódnic/sukienek (powinni być za kolana), odsłoniętych ramion (co najmniej krótki rękaw), pleców, dużych dekoltów (kiedyś zalecano by dekolt nie był większy niż na dwa palce pod mostkiem), t-szyrtów (także u mężczyzn!), krótkich spodenek (także u mężczyzn!), ubrań sportowych, legginsów, dżinsów, mocnych perfum (w imię miłosierdzia dla bliźnich) i wiele innych.

Pamiętajmy więc jakie są moralne odniesienia ubioru i postarajmy się o wyrobienie w sobie i w swoich dzieciach poczucia dobrego tonu. Nie naśladujmy lansowanych wzorców. Są one bez wyjątku negatywne.

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Hermeneutyka ciągłości – część II

Po opublikowaniu pierwszej części „Hermeneutyki” dostałam różne listy z pytaniami, dotyczącymi interpretacji cytowanych wypowiedzi. Pytania te są dwojakiego rodzaju. Pierwszy odnosi się do tego, czy jestem pewna, że akurat ta interpretacja, którą podaję jest prawdziwa. Drugi rodzaj brzmi mniej więcej tak: jak ja sobie wyobrażam, że zwykły wierny, który siedzi w kościele i nie zna teologii i dokumentów Kościoła będzie wiedział, że należy interpretować wątpliwe wypowiedzi w świetle tego, co naucza Kościół?

Na pierwsze pytanie odpowiedź jest poniekąd łatwiejsza.

Oczywiście – nie wiem czy akurat w ten sposób należy interpretować wątpliwe wypowiedzi. Może należy się odwoływać do innych dokumentów, niż te, które ja wybrałam. Ale ponieważ nauka Kościoła w świetle Tradycji jest zawsze spójna – nie popełnimy błędu jeśli (przykładowo) w rozważaniach o Trójcy Przenajświętszej zamiast do Symbolu Apostolskiego odwołamy się do Wyznania Nicejsko – Konstantynopolskiego. Istotne jest by nasza hermeneutyka zawsze była hermeneutyką ciągłości, a nie zerwania.

Co do drugiego pytania, a raczej zarzutu – nie mam odpowiedzi pozytywnej. Nie wyobrażam sobie, że ogól wiernych jest w stanie stosować różne interpretacje w celu wyjaśnienia sobie po katolicku niejednej wątpliwej wypowiedzi. Raczej jestem przekonana, że nie będzie nawet usiłował. Więc, co wtedy? Wtedy niestety skutki są przykre. Powstaje zamęt, dezorientacja, zagubienie. Wreszcie mamy do czynienia z rozmyciem prawdy. Jedyną pociechą (jeśli to jest w ogóle jakaś pociechą) jest to, że większość ludzi nie wysłuchuje uważnie kolejnych kazań lub nie wgłębią się w ich treść. A co jeśli znowu zadadzą pytanie: czy ja dobrze słyszałem, czy on naprawdę to powiedział? No wtedy chyba należy przypomnieć sobie podstawy katechizmu i radzić swemu rozmówcy trzymać się tylko tych podstaw. I o wątpliwych wypowiedziach kaznodziei raczej zapomnieć.

Jak trudną jest sprawą hermeneutyka ciągłości spróbuję pokazać na jeszcze jednym przykładzie. Będą to fragmenty pewnego kazania, wygłoszonego z okazji Uroczystości Wniebowstąpienia. Przypominam, że tak jak pisałam poprzednio, nie cytuję z pamięci tylko z dokładnych notatek lub zapisów na dyktafonie.

„Jezus wstąpił do nieba. Musiał tak zrobić, by działać lepiej. Na ziemi to On był ograniczony przez ludzkie ciało, ale wstąpił do nieba i siedząc po prawicy Ojca może lepiej działać.”

No i jak te słowa zinterpretować?

Czy kaznodzieja zapomniał, że Jezus Chrystus to prawdziwy Bóg-Człowiek? I że gdyby chciał mógłby jednym słowem świat zniszczyć lub zmienić według swego uznania! Czy zapomniał o Jego słowach:

Czy myślisz, że nie mógłbym poprosić Ojca mojego, a zaraz wystawiłby Mi więcej niż dwanaście zastępów aniołów? Jakże więc spełnią się Pisma, że tak się stać musi? (Mt 26, 53-54)

Na pewno nie zapomniał. Gdybyśmy podejrzewali, że zapomniał – to albo zarzucalibyśmy mu ignorancję, albo to, że stan natury ludzkiej Chrystusa wynosi do tego stopnia, że uważa go jako podmiot pełnoprawny, tak jakby natura ludzka Chrystusa nie istniała w Osobie Słowa. A może kaznodzieja uważa, że kenoza Chrystusa polega na ograniczeniu Boskości Słowa w Chrystusie?   Ale jest to pogląd potępiony przez Piusa XII w encyklice Sempiternus Rex. Taka interpretacja jest więc niemożliwa.

Zastosujmy więc hermeneutykę ciągłości do zdania: „Chrystus wstępuje do nieba, by lepiej działać”. Być może oznacza to, że kaznodzieja ma na myśli to, o czym mówi nam św. Jan: A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem (J, 14,3)

Lub też odnosi się do: Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was. (J 14, 5)

Oby dwie interpretacje są możliwe. Osobiście bardziej prawdopodobna wydaje mi się ta druga – kaznodzieja chciał powiedzieć, że Wniebowstąpienie Chrystusa Pana wiąże się z wysłaniem Ducha Świętego.

I dalej w kontekście Wniebowstąpienia:

„Aniołowie podeszli do Apostołów i im powiedzieli: Po co tu stoicie, nie wpatrujcie się w niebo, ale idźcie na cały świat i głoście. To oznacza iść, nie patrzyć na niebo – tylko iść. Nie dbajcie o świętość, o własną  świętość, tylko idźcie na świat, a to będzie wam dane. Nie stójcie wpatrując się, idźcie na cały świat.”

Co to oznacza – nie dbajcie o świętość, o własna świętość? Czy można głosić Chrystusa innym, nie dbając o własną świętość. Przecież mówi Pan Jezus: Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? (Mt 16,26)

Nie wolno nie dbać o własna świętość. Zabiegajcie o własna świętość mówił do kapłanów papież Benedykt XVI.  Więc na pewno nauka kaznodziei nie jest taka. Prawdopodobnie ma on na myśli, że nikt nie może sam, bez łaski Bożej, dojść do świętości. Dlatego mówi, że to będzie dane. Tylko czy łaska Boża nie potrzebuje współpracy? Czy działa ona na wzór magii?

Na pewno nie! Z łaską należy współpracować. Czyli należy dbać o własną świętość, by móc skutecznie iść na cały świat i głosić Ewangelię.

Jak widać hermeneutyka ciągłości jest trudną sztuką.

Jednak nie wolno się zrażać. Inaczej niejasne lub zagmatwane wypowiedzi kaznodziejów mogą zaprowadzić nas na manowce.

19 czerwca 2012

 

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania