Hermeneutyka ciągłości – część II

Po opublikowaniu pierwszej części „Hermeneutyki” dostałam różne listy z pytaniami, dotyczącymi interpretacji cytowanych wypowiedzi. Pytania te są dwojakiego rodzaju. Pierwszy odnosi się do tego, czy jestem pewna, że akurat ta interpretacja, którą podaję jest prawdziwa. Drugi rodzaj brzmi mniej więcej tak: jak ja sobie wyobrażam, że zwykły wierny, który siedzi w kościele i nie zna teologii i dokumentów Kościoła będzie wiedział, że należy interpretować wątpliwe wypowiedzi w świetle tego, co naucza Kościół?

Na pierwsze pytanie odpowiedź jest poniekąd łatwiejsza.

Oczywiście – nie wiem czy akurat w ten sposób należy interpretować wątpliwe wypowiedzi. Może należy się odwoływać do innych dokumentów, niż te, które ja wybrałam. Ale ponieważ nauka Kościoła w świetle Tradycji jest zawsze spójna – nie popełnimy błędu jeśli (przykładowo) w rozważaniach o Trójcy Przenajświętszej zamiast do Symbolu Apostolskiego odwołamy się do Wyznania Nicejsko – Konstantynopolskiego. Istotne jest by nasza hermeneutyka zawsze była hermeneutyką ciągłości, a nie zerwania.

Co do drugiego pytania, a raczej zarzutu – nie mam odpowiedzi pozytywnej. Nie wyobrażam sobie, że ogól wiernych jest w stanie stosować różne interpretacje w celu wyjaśnienia sobie po katolicku niejednej wątpliwej wypowiedzi. Raczej jestem przekonana, że nie będzie nawet usiłował. Więc, co wtedy? Wtedy niestety skutki są przykre. Powstaje zamęt, dezorientacja, zagubienie. Wreszcie mamy do czynienia z rozmyciem prawdy. Jedyną pociechą (jeśli to jest w ogóle jakaś pociechą) jest to, że większość ludzi nie wysłuchuje uważnie kolejnych kazań lub nie wgłębią się w ich treść. A co jeśli znowu zadadzą pytanie: czy ja dobrze słyszałem, czy on naprawdę to powiedział? No wtedy chyba należy przypomnieć sobie podstawy katechizmu i radzić swemu rozmówcy trzymać się tylko tych podstaw. I o wątpliwych wypowiedziach kaznodziei raczej zapomnieć.

Jak trudną jest sprawą hermeneutyka ciągłości spróbuję pokazać na jeszcze jednym przykładzie. Będą to fragmenty pewnego kazania, wygłoszonego z okazji Uroczystości Wniebowstąpienia. Przypominam, że tak jak pisałam poprzednio, nie cytuję z pamięci tylko z dokładnych notatek lub zapisów na dyktafonie.

„Jezus wstąpił do nieba. Musiał tak zrobić, by działać lepiej. Na ziemi to On był ograniczony przez ludzkie ciało, ale wstąpił do nieba i siedząc po prawicy Ojca może lepiej działać.”

No i jak te słowa zinterpretować?

Czy kaznodzieja zapomniał, że Jezus Chrystus to prawdziwy Bóg-Człowiek? I że gdyby chciał mógłby jednym słowem świat zniszczyć lub zmienić według swego uznania! Czy zapomniał o Jego słowach:

Czy myślisz, że nie mógłbym poprosić Ojca mojego, a zaraz wystawiłby Mi więcej niż dwanaście zastępów aniołów? Jakże więc spełnią się Pisma, że tak się stać musi? (Mt 26, 53-54)

Na pewno nie zapomniał. Gdybyśmy podejrzewali, że zapomniał – to albo zarzucalibyśmy mu ignorancję, albo to, że stan natury ludzkiej Chrystusa wynosi do tego stopnia, że uważa go jako podmiot pełnoprawny, tak jakby natura ludzka Chrystusa nie istniała w Osobie Słowa. A może kaznodzieja uważa, że kenoza Chrystusa polega na ograniczeniu Boskości Słowa w Chrystusie?   Ale jest to pogląd potępiony przez Piusa XII w encyklice Sempiternus Rex. Taka interpretacja jest więc niemożliwa.

Zastosujmy więc hermeneutykę ciągłości do zdania: „Chrystus wstępuje do nieba, by lepiej działać”. Być może oznacza to, że kaznodzieja ma na myśli to, o czym mówi nam św. Jan: A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem (J, 14,3)

Lub też odnosi się do: Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was. (J 14, 5)

Oby dwie interpretacje są możliwe. Osobiście bardziej prawdopodobna wydaje mi się ta druga – kaznodzieja chciał powiedzieć, że Wniebowstąpienie Chrystusa Pana wiąże się z wysłaniem Ducha Świętego.

I dalej w kontekście Wniebowstąpienia:

„Aniołowie podeszli do Apostołów i im powiedzieli: Po co tu stoicie, nie wpatrujcie się w niebo, ale idźcie na cały świat i głoście. To oznacza iść, nie patrzyć na niebo – tylko iść. Nie dbajcie o świętość, o własną  świętość, tylko idźcie na świat, a to będzie wam dane. Nie stójcie wpatrując się, idźcie na cały świat.”

Co to oznacza – nie dbajcie o świętość, o własna świętość? Czy można głosić Chrystusa innym, nie dbając o własną świętość. Przecież mówi Pan Jezus: Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? (Mt 16,26)

Nie wolno nie dbać o własna świętość. Zabiegajcie o własna świętość mówił do kapłanów papież Benedykt XVI.  Więc na pewno nauka kaznodziei nie jest taka. Prawdopodobnie ma on na myśli, że nikt nie może sam, bez łaski Bożej, dojść do świętości. Dlatego mówi, że to będzie dane. Tylko czy łaska Boża nie potrzebuje współpracy? Czy działa ona na wzór magii?

Na pewno nie! Z łaską należy współpracować. Czyli należy dbać o własną świętość, by móc skutecznie iść na cały świat i głosić Ewangelię.

Jak widać hermeneutyka ciągłości jest trudną sztuką.

Jednak nie wolno się zrażać. Inaczej niejasne lub zagmatwane wypowiedzi kaznodziejów mogą zaprowadzić nas na manowce.

19 czerwca 2012

 

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Możliwość komentowania jest wyłączona.