Monthly Archives: Sierpień 2012

Jeszcze raz o klękaniu przed Bogiem

Po opublikowaniu artykułu „Dlaczego nie klękamy” dostałam kilka listów, w których zwrócono mi uwagę (jak najbardziej słuszną), że pominęłam parę ważnych aspektów. Postaram się więc uzupełnić braki.

Poprzednie rozważania pisałam jako bezpośrednią odpowiedź na artykuł S. Krajskiego: „Klękajmy przed Bogiem”. Zasadniczo odnosiłam się do jego propozycji „skrzyknięcia się i pójścia razem do komunii św. na kolana”. Wyraziłam swoje wątpliwości co do skuteczności takiej metody. Zwróciłam uwagę na zewnętrzną stronę sposobu przyjmowania komunii św. Teraz spróbuję spojrzeć na sprawę pod trochę innym kątem. Co – obawiam się – zaprowadzi nas bardzo daleko…

Najpierw sprawa, która tylko pozornie odnosi się do strony zewnętrznej – usunięcie balasek z większości kościołów. Zostały gdzieniegdzie albo dlatego, że proboszcz nie chciał usunąć, albo dlatego, że konserwator zabytków nie pozwolił. Ale w ogóle brak balasek utrudnia niezmiernie mniej sprawnym ludziom klękanie. Nie mówiąc już o ludziach starszych. Pozwolę sobie zacytować fragment pewnego listu:

Otóż nikt pewnie nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego po V2 wraz ze zmianą liturgii, zmianą pozycji Ołtarza (a właściwie jego likwidacji i zamienieniu na stół) wszędzie ochoczo porąbali tzw. balaski…Ci, co klękają, narażeni są na gimnastyczne wygibasy i wypinanie się, kiedy mają wstać z niskiego stopnia… Przed reformą podchodziło się do stołu Pańskiego, nakrytego przez ministranta białą wykrochmaloną serwetą, przystępowanie do Komunii św. odbywało się uroczyście i pięknie.

Zostały tu poruszone bardzo istotne sprawy. I tak – po kolei:

Najpierw – czy na pewno nikt nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego usunięto balaski? Jest to niestety oczywiste – w ramach reformy liturgii balaski stają się niepotrzebne. Reforma bowiem zakłada, że msza święta przestaje być postrzegana jako Ofiara, lecz bardziej jako uczta liturgiczna. Uczta jako taka zakłada wspólny stół, naokoło którego znajdują się biesiadnicy. Ksiądz, jako przewodniczący liturgii jest jednym z nich – inni to wierni, ewentualnie też koncelebransi.  Zresztą ta teologia – Msza święta jako Uczta Eucharystyczna – pozwala na wprowadzenie niezliczonej ilości koncelebransów.

Warto w tym momencie zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt tej zmiany. Księża, a za nimi i wierni zaczęli używać określenia „Eucharystia” zamiast „Msza św.”. Powszechne stały się wyrażenia: Idziemy na eucharystię, witam na tej eucharystii, zapraszamy na eucharystię. [1]

Zmiana treści tego terminu została przyjęta i rozpowszechniona już na dobre. Doprowadziło to do wielu niejasności, wierni nie bardzo wiedzą jaka jest różnica między mszą św. a Eucharystią. Oczywiście te dwa terminy w pewnym stopniu się uzupełniają lub nawet pokrywają. Gdybyśmy mówili o liturgii eucharystycznej byłoby jasne, że mamy na myśli mszę św. Ale kult eucharystyczny nie ogranicza się do mszy św. Bez mszy św. nie byłoby kultu eucharystycznego, nie było by nabożeństw eucharystycznych, adoracji, czuwań. Dlaczego więc teraz uparcie unika się terminu „msza św.”, a używa się „eucharystia”? Wydaje się, że jedyna odpowiedź na to jest fakt, że termin „msza św.” kojarzy się wyłącznie z katolicyzmem. Więc chyba chodzi o to, by nie drażnić „braci odłączonych”, bowiem termin Eucharystia jest mniej drażliwy dla protestantów niż termin Ofiara Mszy Świętej.

Zwrócę uwagę na jeszcze jeden, bardzo powszechny ostatnio sposób unikania terminu „msza święta”. Często możemy usłyszeć takie słowa: Na tej eucharystii będziemy się modlić w sposób szczególny za… Co to oznacza sposób szczególny? Jak się modlić w sposób szczególny? Oczywiście celebrans ma myśli to, że msza jest zamówiona w pewnej intencji. Ale nie mówi już: Msza św. w intencji … lub Ofiara mszy św. złożona będzie w intencji… Nie! On się modli w sposób szczególny. Kiedyś próbowałam wymóc od księdza powtórne odprawienie mszy św. Zwróciłam uwagę na to, że nie dawałam ofiary po to, by on się modlił w sposób szczególny, ale by odprawił msze św. w danej intencji. Więc według sprawiedliwości należy się odprawić mszę w tej intencji. Wątpię czy się porozumieliśmy. Oczywiście mszy św. powtórnie nie odprawił.

Należy zwrócić uwagę również i na to, że ksiądz stał się „przewodniczącym liturgii”, przestał być ofiarnikiem. I chociaż element ofiary jest uwzględniony w Nowej Mszy (NOM) całość jednak bardziej przypomina Wieczerzę Pańską – na pamiątkę Wielkiego Czwartku z elementami Wielkiego Piątku. Nowa Msza różni się od protestanckiego nabożeństwa zasadniczo tylko faktem konsekracji. Nie tu miejsce na szczegółową analizę tego tematu – zresztą jest on bardzo dobrze opracowany i na różnych stronach internetowych można znaleźć wiele cennych informacji. Wspominam tylko dlatego, że padło zdanie nikt pewnie nie jest w stanie powiedzieć dlaczego usunięto balaski. Wydaje mi się, że wielu wiernych zadaje sobie to pytanie.  Więc powtarzam – usunięcie balasek jest logicznym następstwem reformy liturgicznej, tak samo zresztą jak wprowadzenie procesyjnego przyjmowania komunii św. I właśnie dodatkowe znaczenie ma zmuszanie do gimnastyki – jest to skalkulowane – nie wiele ludzi będzie chciało się narażać na wysiłek lub nawet na śmieszność (to wypinanie się, o której wspomina moja respondentka).

Przed reformą wszystko było uroczyste i piękne. Ja bym dodała do tego: i godne! Wszystko odbywało się z szacunkiem, nikt się nie śpieszył, każdy mógł podejść do komunii św. skupiony. Nas uczono iść do komunii z rękoma modlitewnie złożonymi, a po przyjęciu Pana Jezusa położyć skrzyżowane dłonie na piersi i skromnie patrząc w dół wrócić na swoje miejsce, uklęknąć i klęczeć aż do zamknięcia tabernakulum. Zamknięcie ogłaszano dzwonkami. Teraz rzadko można usłyszeć te dzwonki. Są takie kościoły gdzie w ogóle się nie używa dzwonków (na przykład u dominikanów na Służewie). Często jeden  ksiądz rozdaje komunię, drugi puryfikuje, trzeci siedzi i odpoczywa. I wielu wiernych przyjmuje komunię, potem siada i odpoczywa. Więc powtórzę myśl z poprzedniego artykułu – jak pasterze czynią – tak i owce. Gdyby pasterze inaczej postępowali – to i owce byłyby inne.

A dlaczego pasterze tak postępują? Odpowiedź na to nie jest łatwa. Jednak jeden z moich respondentów zwrócił mi uwagę na to, że nie wspomniałam o podstawowej przyczynie. Zacytuję kilka zdań z jego listu:

Dlaczego nie klękamy? – To nie jest kwestia zwyczaju, ja się z tym nie zgadzam. To jest kwestia Wiary. Wiary w Prawdziwa Obecność Chrystusa Pana w Eucharystii. Tej wiary nie ma wielu księży… Gdzie jest wiara w to, ze nawet w najmniejszej cząsteczce Hostii jest cały Prawdziwy Chrystus. Niektórzy maja czelność deptać po miejscu gdzie upadla Hostia…

Trudno nie zgodzić się z tymi słowami. Gdyby była głęboka wiara, ujawniała by się ona również w sposobie rozdawania komunii św. Faktem jest, że nagminne jest podawanie komunii św. bez ministranta z pateną, co może doprowadzić do tego, że wiele partykuł będzie leżało na podłodze i zostanie podeptanych.

Faktem jest, że gdy upadnie komunikant – nikt specjalnie się tym nie przejmuje.  Kapłan podniesie, najczęściej włoży głębiej do puszki (by ten kto to widział nie pomyślał, że dostanie „z podłogi”) i tyle. Albo wkłada się do vasculum. Jak bardzo teraz lekceważy się upadek komunikantu można się przekonać czytając różne wypowiedzi internautów. Oto cytat ze strony poradnictwa duchowego ks. jezuitów:

Pytanie: Co należy zrobić, kiedy upadnie komunikant? Dziś podczas przyjmowania Komunii św. nie zdążyłam uchwycić komunikant, spadł na posadzkę, kapłan przydepnął go, udało mi się go podnieść dopiero, kiedy przesunął stopę Włożyłam do ust…

Odpowiedź: Można komunikant po prostu podnieść i spożyć. Mogłoby być też tak, że kapłan bierze taki komunikant, który został znaleziony gdzieś w kącie, po czym zostawia go w specjalnym naczyniu z woda, by po jakimś czasie wodę wraz z rozpuszczonym komunikantem wylać do doniczki z kwiatkiem. Nie martw się tym wydarzeniem. Ciesz się z tajemnicy Wcielenia, którego częścią jest właśnie Komunia święta. (wytłuszczenia moje)

Oto mamy dokładnie to o czym mówiłam poprzednio – pasterz poprowadzi albo w dobrą stronę, albo na manowce. Pierwszy kapłan nawet nie zauważył, że przydeptał komunikant, wierząca osoba ciężko przeżyła upadek Hostii, lecz kolejny kapłan jej poradził, by się tym nie martwiła – ma się cieszyć z Tajemnicy Wcielenia. I mimochodem jakby wspomniał, że Hostie można znaleźć gdzieś w kącie. Czyżby to było tak częste? Ale przecież właśnie to przeciw Tajemnicy Wcielenia popełniono niewolne świętokradztwo. Jak tu się cieszyć. Nie należy przepraszać?

I jeszcze jedna porada innego jezuity (w imię miłości chrześcijańskiej nie podaję nazwisk):

Pytanie: Dziś, gdy przyjmowałam Komunię świętą mi również zdarzyła się taka sytuacja, że Komunikant upadł na posadzkę, ministrant nie zdążył go przyjąć na patenę. Ksiądz szybko schylił się podniósł Go, włożył do kielicha a mi udzielił innego. jest mi tak bardzo smutno i przykro z tego powodu, a może ja nie jestem godna na przyjmowanie Pana Jezusa, może to jakiś znak dla mnie??? tylko jaki??? cały wieczór myślę o tej sytuacji i aż płakać mi się chce. Proszę o modlitwę.

Odpowiedź: Nie przesadzaj. Każdemu mogło się zdarzyć. To żaden znak, co najwyżej niezręczność kapłana. Pan Jezus w takie znaki się nie bawi.[2] Tym, który chce Ci odebrać radość z Eucharystii na pewno nie jest Pan Bóg, ani Jego anioł. Nie daj sobie tej radości odebrać. Pomyśl raczej, że pokusa takich myśli pozwala Ci bardziej stanąć przy Panu, pokazać, że Mu ufasz, że wierzysz Jego miłości i żaden głupi przypadek tego Ci nie odbierze. (wytłuszczenia moje)

Otóż to – dla kapłana to jest „głupi przypadek”, a osoba, która ciężko przeżywa to, że komunikant upadł – przesadza.

Ale zwróćmy uwagę na jeszcze jeden element tej korespondencji – ani wierna, ani kapłan nie zastanawiają się nad tym, że obrażono Pana Jezusa (co prawda w sposób niezamierzony). Ona martwi się o sobie (czy Pan Jezus jej nie odrzucił), a kapłan ją (skądinąd słusznie – to nie jest znak odrzucenia) uspakaja. I wszystko było by dobrze, gdy by kapłan nie określił tego zdarzenia jako głupi przypadek, gdyby wyjaśnił, że upadek komunikanta wiąże się z naruszeniem czci, należnej Bogu. Mamy piękny przykład na indywidualizację wiary. I ze strony kapłana i ze strony wiernego.

A jak było dawniej? Dawniej miejsce, gdzie upadł komunikant zabezpieczono, tak by nikt tam nie stanął. Mógł to zrobić ministrant lub inny świecki. Potem ksiądz podniósł Hostię i partykuły (jeśli były widoczne), w końcu miejsce zwilżono i wytarto dokładnie puryfikaterzem. Z puryfikaterzem postępowano różnie – można było umieścić w sacrarium, ewentualnie opłukać trzy razy, a wodę od płukania wylać do doniczki z kwiatami.

A propos zabezpieczenia miejsca, gdzie upadł komunikant, czytałam wyjątkowo zabawną odpowiedź pewnego księdza na pytanie wiernego. Wierny pytał czy to prawda, że przed Soborem Watykańskim II miejsce gdzie upadla Hostia zabezpieczano obrysowując go.. Otóż duszpasterz radzi mu by nie wierzył we wszystko, co się mówi o liturgii przedsoborowej. Bo gdyby tak było, to dziś posadki w starych kościołach byłyby upszczone zarysami w takiej ilości, że tworzyłyby istny labirynt. A tego nie ma, więc niech nie wierzy, że robiono jakieś specjalne zabezpieczenia – podniesiono Hostię, włożono do vasculum i tyle. Niestety – odpowiadający na pytania wiernych duszpasterz nie pofatygował się nawet przeczytać w Internecie jak to przed reformą liturgiczną (a nie przed Soborem Watykańskim II) było.

Na koniec jeszcze jeden przykład braku wiary lub co najmniej braku zwykłych wiadomości teologicznych osoby odpowiadającej na pytania na portalu wiara.pl

Pytanie dotyczyło, tak jak w poprzednich przykładach, upadku Hostii na ziemię, a szczególnie upadku partykuł. Oto odpowiedź (wytłuszczenia moje):

Kościół uczy, że Pan Jezus jest pod postacią chleba, nie pod postacią okruszków. Oczywiście nie znaczy to, że mamy z tymi drobinami obchodzić się bez szacunku. Ale z całą pewnością nie musimy odczuwać wyrzutów sumienia z powodu drobin, których nie byliśmy w stanie zauważyć czy zebrać trzymając patenę. Nawet jeśli teoretycznie wiemy, ze te okruszki spadły na ziemię, nie potrafimy nic sensownego wymyślić, żeby się przed tym zabezpieczyć.

No o proszę uważnie przeczytać wypowiedź – Pan Jezus jest pod postacią chleba, a nie pod postacią okruszków! I ponoć tak naucza Kościół!

Nie wiem jak nazwać taką wypowiedź – kręceniem, manipulacją czy po prostu zwykłą głupotą. Bo jak okruszki chleba to nie chleb, to być może bochen chleba też nie chleb, krople wody to nie woda, kawałki mięsa to nie mięso itd., itd.

Ale jak okruszki chleba to nie chleb, to i okruszki Hostii, to nie Hostia – więc nie musimy mieć wyrzutów sumienia, takie jest logiczne następstwo nauki udzielanej na portalu wiara.pl. No i stwierdzenie – nie potrafimy nic sensownego wymyślić,  by zabezpieczyć się przed upadkiem okruszków. Nie potrzeba nic wymyślać – od dawna wymyślono – balaski, obrus na balaskach, podtrzymywany od spodu przez wiernych, przyjmujących Komunię świętą.

Ale czytajmy dalej: Profanacją jest celowe porzucenie Świętych Postaci, celowe lekceważące obchodzenie się z nimi, a nie to, ze mimo dokładanych starań nie zdołaliśmy wszystkich okruchów uchronić przed spadnięciem na ziemię czy przylepieniem się do dłoni czy palców.

I w tym miejscu zadajmy pytanie – czy usunięcie balasek przyczyniło się do profanacji? Niestety tak, bo usunięcie balasek nie jest przypadkowe, jest przemyślane i wkomponowane w nowa liturgię (NOM).

I tak – wiara w prawdziwą, rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii zanika. Jak w Ludzie Bożym, tak i u kapłanów. Lub raczej odwrotnie – jak u kapłanów, tak i w Ludzie Bożym. Aż tu nagle cztery lata temu w Sokółce zdarzył się cud. Cud Eucharystyczny uwidaczniający prawdziwą obecność Chrystusa Pana w Hostii Przenajświętszej. Niewątpliwie ten Cud ma na celu wzmocnić, odnowić w nas wiarę. I pokazać nam, że czas się opamiętać, czas powrócić do szacunku dla Najświętszej Eucharystii.

Na początku tych rozważań napisałam, że zaprowadzą nas one daleko. Mam na myśli, że nie możemy się ograniczyć tylko do opisywania stanu faktycznego. Musimy w końcu powiedzieć parę słów na temat jego przyczyn.  Otóż nie ulega wątpliwości, że wszystko zaczęło się od wprowadzenia Reformy Liturgicznej Pawła VI. Nowa msza (NOM) odbiega daleko od tzw. starej, czyli Trydenckiej. Zatracono charakter ofiarny mszy św., stała się ona pewnego rodzaju ucztą, bardziej zgromadzeniem wiernych wraz z kapłanem niż Ofiarą Bogu złożoną. Jak zaświadcza Jean Guitton, francuski teolog i filozof, audytor świecki Va II i co istotne w tym przypadku – osobisty przyjaciel Pawła VI – papież chciał upodobnić Nową Mszę św. jak najbardziej do liturgii protestanckiej, co mu się udało i z czego był zadowolony. I tak dochodzimy do wniosku, że gdy liturgia została sprotestantyzowana, to nie ma powodu do zdziwienia, że zanika wiara w Obecność Chrystusa Pana w Eucharystii. Wszak protestanci nie wierzą w Rzeczywistą i Prawdziwą Obecność, mszy św. nie mają, sakramentu Eucharystii nie mają.

Protestantyzacja mszy doprowadziła do protestantyzacji wiary.

 PS. W tym artykule starałam się o krotką analizę istniejącego stanu rzeczy. W sposób zamierzony nie przeprowadziłam analizy teologicznej. Jak już wspomniałam, można znaleźć wiele dobrych pozycji z bardzo dokładnie opracowaną teologią.  Moim celem jest wskazanie wiernym, którzy nie są zorientowani w teologii, jak niebezpieczne jest bezkrytyczne spojrzenie na wszystko, co się dzieje „na mszy św.” I uczulić ich na te sprawy, zaniedbanie których może doprowadzić do utraty wiary. Temat jest bardzo rozległy i nie da się wyczerpać nawet dłuższym artykułem. Więc, jeśli Pan Bóg pozwoli, powrócę do spojrzenia z jeszcze innej perspektywy.

[1] Sprawia to kilka problemów – między innymi lingwistyczne. Jak bowiem mam pisać słowo Eucharystia – z dużej czy z malej litery? Jeśli zostalibyśmy przy dawnym rozumieniu terminu – Eucharystia to Najświętszy Sakrament – jasne, że należy pisać z dużej litery. Jeśli zaś rozumiemy pod słowem eucharystia mszę św. – to należy pisać z małej litery – termin bowiem staje się rzeczownikiem pospolitym.

 [2] Ciekawie czy cuda eucharystyczne, jak na przykład w Sokółce, ten kapłan też by określił jako coś w co bawi się Pan Jezus?

 

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Dlaczego nie klękamy?

(zamiast komentarza do artykułu S. Krajskiego „Klękajmy przed Bogiem” – http://kukonfederacjibarskiej.wordpress.com/2012/07/15/klekajmy-przed-bogiem/)

To, że Komunię świętą należy przyjmować zawsze na kolanach nie powinno być w ogóle kwestionowane. Przed Bogiem należy się ukorzyć, klęknąć, oddać Mu chwałę. Szczególnie w momencie, gdy On przychodzi do nas, gdy zniża się do tego, by z nami się połączyć. Dlaczego więc nie klękamy, gdy przyjmujemy Komunie św.? Przecież jeszcze nie tak dawno wszędzie klękano do przyjęcia Komunii św. Chwalebny ten zwyczaj utrzymał się obecnie w bardzo niewielkiej liczbie kościołów.

Wydaje się, że jest kilka powodów. Uczono nas przez wiele, wiele lat, że należy iść do Pana z godnością i procesyjnie, bowiem w ten sposób wyrażamy swoja gotowość do podjęcia drogi chrześcijańskiej, świadczymy o tym, że jesteśmy pielgrzymami do Nieba, idziemy wspólnie, razem do Boga. Teologia ta nie jest zasadniczo błędna, choć nie uwzględnia wszystkich aspektów przystępowania do Komunii świętej.  Teologia – teologią, a praktyka – praktyką. Praktyka zaś ukazuje wszystkie mankamenty procesyjnego podchodzenia do komunii. Jest to  zasadniczo podchodzenie w kolejce, które często wygląda bardzo różnie. Ludzie klękają przed plecami poprzednika, co czasami powoduje zmieszanie w kolejce. Nie bardzo wiadomo komu oddają cześć. Gorzej jest na mszach dla dzieci – dzieci często się przepychają i rozmawiają, upominają się nieraz wzajemnie, by wypluć gumę!, odchodzą rozmawiając. Najgorzej jest jednak na mszach uroczystych, w których uczestniczy wielka liczba ludzi. I to niezależnie od tego czy są to msze polowe czy w świątyni – zawsze jest bardzo źle. Księża przepychają się przez tłum, tłum napiera na księży. Księża podają komunię tym z przodu tłumu i tym z tylu. Nie ma żadnego skupienia, żadnego momentu adoracji w czasie przyjmowania komunii. Widziałam (nie wymyślam, widziałam!) księdza, który chodził po ławkach, trzymając w jednym ręku puszkę z komunikantami. Młody i sprawny – jakoś się nie potknął, ale to nie zmienia faktu, że Panu Jezusowi szacunku żadnego nie okazano. Widziałam wielokrotnie jak upadają partykuły – przecież na mszach z taką ilością ludzi raczej nie pamięta się o patenach. A gdyby ludzie mieli podejść spokojnie do księży rozdających komunię, uklęknąć i w spokoju odejść, to nie byłoby bałaganu, nie byłoby przepychanki i co najważniejsze – nie byłoby obrazy Chrystusa Pana. Jednak nauczono nas podchodzić w kolejce (procesji) i nie zastanawiamy się nad tym. Przecież księża tak uczą – więc musi tak być dobrze.

My – wierni jesteśmy jak owce. Tak nauczał Pan Jezus i wbrew temu, co twierdzą niektórzy egzegeci, nauczał tak nie dlatego, że ówcześni ludzie znali tylko życie pasterskie i inne przykłady byłyby dla nich niezrozumiałe, ale dlatego, że owce są na tyle głupie, że bez pasterza nie dadzą rady. Jeśli pasterz jest dobry, to i stado pójdzie we właściwym kierunku. A jeśli jest zły – stado łatwo stanie się łupem wilków. Pasterz zresztą nie koniecznie musi być zły. Może być tylko bezmyślny, może jego też tak nauczono, a on jest bezrefleksyjny. I jest przekonany, że nie ma nic lepszego niż procesyjne podchodzenie do komunii.

Wszystko ostatecznie zależy od pasterzy. Znam pewnego księdza, który prosi wiernych, by przyjmowali komunię św. na kolanach, o ile nie mają przeszkód zdrowotnych. No i raczej wszyscy przyjmują na klęcząco. Ale w tym samym kościele następnego dnia mszę św. odprawia inny ksiądz i staje z puszką nic nie mówiąc – wszyscy podchodzą „na stojąco”. A to są zawsze ci sami ludzie, którzy chodzą codziennie do kościoła. I w zależności od tego kto odprawia mszę św. w inny sposób przyjmują komunię.

Pasterze… Ale od kilku lat Najwyższy Pasterz daje nam przykład – komunię św. należy przyjmować na kolana. To dlaczego tak mało wiernych klęka?  Są dwa powody. Jeden – to zwyczajnie się wstydzą. Nie chcą się wyróżniać, boją się ludzkiej opinii. Parę razy zadano mi takie pytanie: Nie boisz się, że pomyślą, że jesteś wariatką? No jakoś się nie boję, ale faktem jest, że w każdej parafii jest jakaś osoba nie w pełni sprawna umysłowo i najczęściej taka osoba regularnie przystępuje do komunii na klęcząco. Ponieważ się nie boi i nie wstydzi.

Drugi powód to zrażenie się po kilku próbach. Albo ksiądz pominął, albo kazał czekać aż wszystkim innym rozda komunię, albo po prostu odmówił. (Kiedyś, gdy odczekałam aż wszyscy przyjmą komunię na stojąco i dalej klęczałam obok księdza, on się zwrócił do mnie i zapytał: „A pani na co czeka tutaj, na komunię?” Był to młody kapłan i chyba pierwszy raz się spotkał z takim „dziwolągiem”.) Więc ludzie się zrażają i nie próbują więcej.

S. Krajski proponuje, by się skrzyknąć i razem uklęknąć przed księdzem, tak by wymusić udzielenia komunii św. na klęcząco. Może to być skuteczne, tylko skąd znaleźć tylu chętnych. Kiedyś tak zrobiliśmy, było nas chyba sześć osób. Kapłan jednak stanął obok nas i rozdawał innym (na stojąco), w końcu się jednak zlitował i nad nami. Gdyby cały pierwszy stopień był zajęty klęczącymi, może sprawa wyglądała by inaczej…

Ostatecznie nic się nie zmieni, póki kapłani nie zaczną (za przykładem Ojca Świętego) udzielać komunii św. klęczącym i wyjaśniać wiernym, że powinni Bogu oddać należną Mu chwałę. Ale po czterdziestu kilku latach ruiny nie jest łatwo odbudowywać.

Nam zostaje modlić się do Matki Bożej za kapłanów i niezależnie od opinii ludzkiej przyjmować Chrystusa Pana na kolanach.

6 sierpnia 2012

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania