Monthly Archives: Październik 2012

Problem z dyni? A może to problem z szatanem?

Swoje refleksje snuję wieczorem 31 października. Przed chwilą dzwoniły do mnie jakieś dzieciaki – oczywiście chciały cukierka lub straszyły psikusem. Na pytanie czy były w kościele w niedzielę i czy słyszały, że uczestnictwo w Halloween jest grzechem odpowiedziały, że cukierek to nie Halloween i trzeba wiedzieć co to jest Halloween, by się na ten temat wypowiadać. Wyraźnie uważały, że nie wiem o czym mówię.

Kolejna grupa dzieciaków (podobnie jak pierwsza w wieku około 10 – 12 lat) na pytanie czy rodzice wiedzą gdzie oni się o takiej późnej porze wloką, odpowiedziały, że wiedzą i nie mają nic przeciwko temu. Oni przecież tylko chcą cukierki. Większość tych dzieciaków miało jakieś maski na twarzy – chyba też za wiedzą rodziców. Na pytanie czy chodzą do kościoła, odpowiedziały, że tak. Ale z tego spowiadać się nie będą, bo to nie jest grzech. Katecheta mówił, że grzech, ale to nie prawdą. I poszły do kolejnego domu.

Jak widać apel hierarchów przyszedł stanowczo za późno. Za późno w tym roku, bo wiele szkól już miało przygotowane imprezy, w niektórych odbywały się jeszcze w ubiegłym tygodniu. Za późno również ze względu na to, że od lat ten pogański i satanistyczny zwyczaj był wdrażany w społeczeństwie, a hierarchia milczała. Teraz okaże się za późno, bo handlarze nie zrezygnują ze sprzedaży dyni, a ci, którzy chcą Halloween propagować – nie muszą zbytnio się wysilać.

By się przekonać jak sprawy stoją, można przejrzeć sobie Internet. Dziś – w wigilię Wszystkich Świętych – pełno w Internecie różnych opinii. Większość to wyśmiewanie się z apelu hierarchów, wyśmiewanie się z powiedzianej prawdy. Tak jak w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej, gdzie niejaka Katarzyna Wiśniewska stwierdza, że „kościół strzela sobie samobója”, gdy tłumaczy wiernym, że Halloween to święto zasadniczo satanistyczne. I że uczestnictwo w imprezach hallowenowych jest grzechem i to grzechem ciężkim. Bardzo to martwi K. Wiśniewską, osobę oczywiście mocno zatroskaną o Kościół i dlatego poucza ona nas, że kościół powinien zamiast straszyć Halloween lepiej proponować coś w zamian.

Oczywiście znajdzie się w Internecie mnóstwo innych opinii, ale chyba najistotniejszy jest przekaż, który dociera do największej grupy odbiorców. A takim przekazem jest przekaz telewizyjny.

Nie mam telewizora i nie oglądam telewizji. Co nie oznacza, że w ogóle nie wiem, co TV pokazuje. Na ogół włączam  portal TVN 24 i czytam nagłówki, co jest wystarczające, by się zorientować o czym TV informuje wiernych swoich widzów. Czasami tez otwieram niektóre linki – należy jednak wiedzieć co ludzie oglądają albo inaczej rzecz biorąc – jaki jest konkretny temat podawany im do wierzenia przez massmedia.

I tak obejrzałam dziś program Faktów, nazwany „Problem z dyni”: http://fakty.tvn24.pl/problem-z-dyni,285897.html

Sama nazwa programu jest podła, bo problem nie wynika z dyni – nie dynia jest problemem, ale sposób jej używania i cel. Jak to zwykle bywa w takich programach zapytano kilka osób o ich opinię. Sprzedawca dyni oczywiście jest za – bo przecież to są dla niego pieniądze. Potem wypowiada się o. A. Smolka, egzorcysta, który stanowczo ostrzega przed satanistycznymi wpływami obchodów Halloween. Podobnie, choć nie tak stanowczo ostrzega ks. J. Sikorski. Pojawia się komunikat Pasterza diecezji szczecińsko-kamieńskiej abp. A. Dzięgi na temat zagrożeń duchowych Halloween, nie wspomina się o podobnym komunikacie kard. K. Nycza. W końcu pojawia się o. dominikanin T. Franc z Dominikańskiego Ośrodka Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach. I tu dowiadujemy się, że apel hierarchów Kościoła i ostrzeżenia przed możliwymi skutkami zabawy w Halloween to: w słusznej wierze strzelanie z armaty do wróbla!! Mówi to bądź to bądź specjalista od sekt (czyli i od satanizmu), jego wypowiedź pełna lekceważenia dla wypowiedzi biskupów (zgodnych zresztą z nauką Kościoła) następuje po wypowiedzi egzorcysty, czyli jest odbierana jako ważniejsza (tak naucza socjotechnika – dawać na koniec to, co ma być zapamiętane). Dla o. Franca zagadnienie Halloween to rzecz mało ważna. Porównanie armaty z wróblem ma nam uświadomić, że nie ma co mówić o grzechu w tak błahej sprawie. I konkluduje – nie spotkał nigdy nikogo, kto z powodu zabawy z dynia stał się satanistą.  Przekaz jednoznaczny – nie obawiajcie się – satanizm wam nie grozi.

Ostatecznie pokazany jest przykład pewnego księdza, który stwierdza, że nie ma zamiaru walczyć z czymkolwiek, zamiast Halloween  on proponuje Bal Wszystkich Świętych. Najciekawsza jest wypowiedź pewnego chłopczyka  (może 6 a może 7 lat), który stwierdza, że teraz zamienili Halloween na bal świętych. Dziecko ostatecznie wszystko jedno – ważne, że będzie zabawa!

Wniosek, który wyciąga reporterka jest pouczający – najistotniejsze to mieć dobrą zabawę, a która nowa tradycja (tak, dokładnie tak – nowa tradycja! ona ma na myśli Halloween i Bal świętych) zwycięży, zależy od poczucia estetyki. Bo jednych kują rogi, a drugich aureole.

No i widzowie dostali porcję wiadomości, z których mogli wyciągnąć pożądany wniosek:

Nic strasznego nie ma w zabawach Halloween. Egzorcysta widzi wszędzie diabła, ksiądz Sikorski owszem ostrzega, ale zaznacza, że nie wiele wiemy o duchach – więc należy uważać (nie wiemy o szatanie, o demonach?), biskup grzmi i straszy wiernych, nawet się powołuje na policyjne statystyki, które mówią o wzmożeniu aktów przemocy o charakterze okultystycznym właśnie w tym czasie. No i następuje natychmiast uspakajające zapewnienie – nie bójcie się słów biskupa – to po prostu strzał z armaty do wróbla. A wprowadzanie Halloween to jest promocja bylejakości! Tak właśnie powiedział dominikanin z Ośrodka Informacji o Sektach!  Dla niego promocja satanizmu to tylko promocja bylejakości!

No i niech będzie wesoło.

Może za długi opis tej kilkuminutowej telewizyjnej migawki. Ale zatrzymałam się nad nią tak długo, ponieważ jest ona majstersztykiem manipulacji. Jest pokazówką jak należy ustawiać opinię publiczną. Jest ona skierowana do ludzi niezdecydowanych. Jeśli po apelach hierarchów, ktoś miał jakieś wątpliwości, jeśli pomyślał choć na chwilę, że uczestnictwo w zabawach Halloween może być jednak grzechem, to jego wątpliwości zostały rozwiane. Przecież dominikanin mówi, że to nic takiego – taki „wróbelek”, do którego nie warto strzelać. Szczególnie z armaty!

A zresztą – jeśli można wybierać między rogami a aureolą – to nie jest tak istotne – jedna zabawę można zamienić na inną (to sugeruje równowartość). Jednemu się podobają rogi, drugiemu aureole.

I to zostanie zapamiętane przez ogromną ilość widzów.

Kończę ten artykuł w momencie, gdy prawdopodobnie „zabawa w duchy” w wielu miejscach trwa na całego. Jedyne co mi zostaje, to przeżegnać się wodą święconą i pomodlić się do Matki Bożej, by nikt nie wpadł dzisiaj w ręce szatana.

31.10.2012

6 komentarzy

Filed under Rozważania

Ekumeniczne migawki

(Na bezdrożach ekumenizmu)

Rozpoczął się Rok Wiary. Dobrze by było wykorzystać tę okazję i uświadomić sobie jaka jest nasza wiara, ta prawdziwa, katolicka wiara. Nie rozmyta, nie rozwodniona, a taka – prawdziwie rzymsko-katolicka. I dobrze by było, byśmy byli postrzegani przez „braci odłączonych” i innowierców jako rzymscy katolicy. Tak jak było kiedyś. Ale chyba te czasy (miejmy nadzieję, że tylko chwilowo) minęły. Teraz już nas tak nie widzą. Takie są niestety skutki ekumenizmu, który coraz bardziej zbliża się do koncepcji synkretyzmu.

Ekumeniczna migawka z pobytu w Bułgarii:

W czasie podróży po Bułgarii zwiedziliśmy jeden z prawosławnych górskich klasztorów. Gdy tam weszliśmy okazało się, że za chwilę rozpocznie się chrzest. Oczywiście zostaliśmy, by przyjrzeć się całemu rytuałowi. W tym miejscu należy podkreślić, że rytuał jest bardzo bogaty w treść i zasadniczo bardzo podobny do „trydenckiego”. Kapłan odmawia egzorcyzmy, odmawia z wiernymi Credo, podaje sól egzorcyzmowaną, wyjaśnia chrzestnym ich obowiązki, pyta o ich wiarę i żąda od nich wyrzeczenia się szatana. Chrzci przez zanurzenie. Po chrzcie dziecko jest przebierane w nowe białe ubranie (zastąpione obecnie w nowym katolickim rytuale białą chusteczką). Ta pierwsza część rytuału odbywa się przy chrzcielnicy, potem kapłan podchodzi z dzieckiem pod carskie wrota (za którymi jest prezbiterium), udziela sakramentu bierzmowania i klęcząc z dzieckiem przestawia go Bogu jako nowego członka kościoła.

W ciągu całego rytuału staliśmy dość blisko, a że ludzi było nie wielu, kapłan nas widział i wyraźnie zwrócił na nas uwagę. Nic dziwnego, bo gdy należało zrobić znak krzyża –zegnaliśmy się (po katolicku), gdy wspominał Trójcę Przenajświętszą – schylaliśmy głowy. W ogóle wiedzieliśmy jak się zachować (w różnicy od rodziców i chrzestnych, których musiał kilka razy pouczać).  Więc, gdy skończył rytuał i przedstawił już dziecko Bogu, zwrócił się do obecnych krótką przemową.

Najpierw wyjaśnił co to jest chrzest i to całkiem poprawnie. Nie mówił (tak jak słyszę regularnie u nas w czasie chrztu według nowego rytu), że wspólnota z radością przyjmuje dziecko, tylko że dziecko zostało wszczepione w Chrystusa. I wyjaśnił, patrząc na nas, że prawosławni, tak jak katolicy też chrzczą, że chrzest i katolicki i prawosławny jest ważny. No i dodał, że w różnicy od katolików to prawosławni udzielają bierzmowania od razu po chrzcie, a katolicy czekają z tym i udzielają go dopiero na łożu śmierci.

Reagując jak zwykle za szybko i żywiołowo musiałam jakoś jawnie mu pokazać, że coś jest nie tak, bo po skończonych obrzędach przyszedł do nas i zaczęliśmy rozmawiać. Od razu przeprosił, że mu się pomyliło i że wie, że to ostatnie namaszczenie jest na łożu śmierci, ale nie bardzo wie kiedy jest udzielane bierzmowanie. I tak, od słowa do słowa, zaczęliśmy rozmawiać na tematy teologiczne. Kapłan (młody) okazał się oczytany i stwierdził, że to co kiedyś było, teraz już jest zupełnie inaczej. I że różnice między prawosławiem i katolicyzmem już nie są brane pod uwagę przez katolików. (sic!). Powołał się na rozmowy z katolickimi kapłanami (n. b. pracującymi w Bułgarii kapucynami z Polski), którzy go zapewnili, że już nikt nie chce nawracać prawosławnych na katolicyzm. Czasy się zmieniły. Jedynie co chcą, by prawosławni byli jeszcze lepszymi prawosławnymi, niż obecnie są.

Istotnie – musiałam mu przyznać rację – czasy się bardzo zmieniły, bo bardzo dobrze pamiętam jak jakieś może z 20 lat temu byłam zaproszona na chrzest dziecka znajomych w Sofii i kapłan, który wtedy udzielał chrztu nakazał mi wyjść i mu się na oczy nie pojawiać. A było to tak: gdy doszło do odmówienia Credo odmawiałam głośno wraz z kapłanem i na słowa o Duchu Świętym powiedziałam „który od Ojca i Syna pochodzi”. Otóż prawosławie nie uznaje tej formuły i ma tylko „który od Ojca pochodzi”. Ów kapłan powiedział od razu, że nie życzy sobie katolików w czasie chrztu prawosławnego i że mam sobie pójść. Oczywiście musiałam wtedy wyjść.

Gdy opowiedziałam o tym temu młodemu kapłanowi i na wpół żartobliwie powiedziałam, że tym razem udało mi się być do końca, to on się roześmiał i powiedział (cytuję prawie dosłownie, choć z pamięci): teraz to już nie ma znaczenia. To wasz polski Papież wszystko zmienił. Teraz jest obojętnie czy mówicie tak czy siak. Nawet w tej deklaracji Dominus Iesus jest podane Credo po naszemu, a nie po waszemu. Nas tak uczyli na teologii. (Niestety ma rację w tym przypadku). Teraz, mówił dalej, jest ekumenizm. Niech Pani przeczyta sobie Ut unum sint – to wasz Papież napisał, nie ma teraz tak jak dawniej, nas uczyli, że wy teraz już nie jesteście tacy jak dawniej i że wasza wiara się zmieniła.

Ale jak jest wszystko jedno, zapytałam, czy on by nie zechciał odmówić Credo po naszemu – z Filioque.  

Nie, odpowiedział, to wam jest wszystko jedno, my zostajemy przy naszej świętej wierze.

No i tak skończyła się moja „ekumeniczna rozmowa”. Została mi po niej gorycz, bo nie miałam argumentów – to niestety wszystko prawda, w Dominus Iesus nie ma Filioque (każdy może to sobie sprawdzić na oficjalnej strony Opoki (http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WR/kongregacje/kdwiary/dominus_iesus.html) lub http://www.nonpossumus.pl/encykliki/KNW/dominus_iesus/wstep.php

Tylko proszę tekst Deklaracji sprawdzać właśnie na oficjalnych stronach, a nie w broszurce wydanej przez Wydawnictwo M (Warszawa 2000). W tej ostatniej znajduje się Credo w wersji katolickiej (z Filioque – „od Ojca i Syna pochodzi”), o czym swego czasu było bardzo głośno. Ponoć opuszczono Filioque, ponieważ jest „kontrowersyjne ekumenicznie”…

22. 10. 2012

 

 

2 komentarze

Filed under Publicystyka