Category Archives: Polemiki

Dokąd zmierza Kościół (część III) – Refleksje po spotkaniu na Stadionie

Już minęło trochę  czasu od tzw. rekolekcji stadionowych, prowadzonych przez ugandyjskiego księdza J. Bashoborę. Powstrzymałam się od napisania artykułu natychmiast po stadionowych modlitwach, a to ze względu na to, że większość portali i prasa zamieszczali czy to sprawozdania, czy to refleksje na ten temat. Zdecydowałam nie śpieszyć się z opublikowaniem swoich refleksji, by nie zginęły w ogólnym zgiełku.

Powie ktoś, że jestem bardzo pyszna, będąc przekonana, że moje refleksje nie powinni zginąć. Może i tak, może ten zarzut nie byłby zupełnie bezpodstawny. Ale zależy mi na dotarciu do wielu ludzi, ponieważ te wszystkie dotychczasowe artykuły w większości są opisami pełnymi zachwytu. Czasami pojawia się  artykuł , który chce uchodzić za obojętny, ale jednak nie negujący ani „ewangelizacji stadionowej”, ani metod. ( na prz. http://www.bibula.com/?p=69361) .

Są też artykuły krytyczne, one zaś na ogół niestety nie posługują się krytyką merytoryczną.

No więc – piszę artykuł, który na pewno spowoduje kolejną falę inwektyw w stosunku do mnie.  

A propos inwektyw – ostatnio ktoś mnie zapytał dlaczego zatwierdzam komentarze wrogie i nieraz mało eleganckie. Więc odpowiadam – zatwierdzam wszystkie, które maja charakter komentarza, a nie osobnego kilkustronicowego artykułu i nie są użyte w nich słowa nieparlamentarne. Każdy na prawo na swoje zdanie na temat moich artykułów, a czytelnicy z kolei maja prawo wiedzieć jakie komentarze dostaję.

Powracam do tematu – „rekolekcje” na Stadionie. Sobotę spędziłam obok komputera –oglądając to co się działo na Stadionie i przysłuchując się mowom ks. Bashobory i innych duchownych. Moim zdaniem jest to jeden z lepszych sposobów przyjrzenia się temu, co się dzieje. Ci, którzy są na Stadionie, nawet przy bardzo dobrej chęci, mogą ulec nastrojom i poddać się atmosferze, tworzonej przez ks. Bashoborę. Będąc w domu, można spokojnie słyszeć, to co jest mówione, zrobić pewne notatki i zupełnie wyłączyć się od stadionowego nastroju.

Obecni czy to na Stadionie, czy w innym miejscu, gdzie odbywają się takie spotkania nie są w stanie usłyszeć wszystkiego, co jest tam mówione. Nie chodzi tu o nagłośnienie czy inne techniczne problemy. Na Stadionie nagłośnienie było bardzo dobre. Również  język obcy nie stanowił problemu. Tłumacz, doskonale zgrany z ks. Bashoborą , tłumaczył niemalże natychmiast, zresztą bardzo dobrze. Nie jest jasne dla mnie tylko jedno – dlaczego powtarzał prawie wszystkie gesty, które robił ks. Bashobora? Dziwne to – chyba, że miało na celu tworzenie tej specyficznej atmosfery.

O czym mówił ks. Bashobora? Tak jak zawsze – o Jezusie,  że cię kocha i że Jezus uzdrawia, a nie on – Bashobora. Że wieczorem będą uzdrowienia, ale już teraz uzdrawia i że Bóg jest wielki, że to nasz Pan. Nauka jest dość elementarna – być może taka jest potrzebna niektórym wiernym. Niestety nie zawsze jest zgodna z nauką Kościoła. I to jest bardzo niepokojące. Zresztą – mam głębokie przekonanie w to, że obecni na Stadionie nie byli w stanie wyłapać tych rzeczy, a szkoda. Nie są w stanie tego srobić nie z powodu własnych ograniczeń, a z powodu tej słynnej już atmosfery.

Kto mi nie wierzy niech kogoś, z tych co byli zapyta, o czym mówił ks. Bashobora. Dowie się, że o miłości, uzdrowieniach i Jezusie. I nic więcej.

Często się stykam z taka postawą – nie tylko w przypadku ks. Bashobory, a wielu innych „charyzmatycznych” kaznodziejów. Pytam o czym mówił i dostaje odpowiedź typu: Pięknie mówił nasz ojczulek. Żałuj, żeś nie była. Pytam więc powtórnie – o czym mówił. Pięknie mówił o Bogu i o miłości. Trzeci raz pytania nie zadaję – mija się to z celem.

Więc – pięknie mówił ks. Bashobora o miłości, uzdrowienia i o Bogu. A ja zanotowałam całe 6 stron formatu A4 jego budzących wątpliwości wypowiedzi i innych rzeczy, które działy się na Stadionie. Spróbuję więc to teraz przedstawić w sposób uporządkowany.

Pismo Święte:

Ks. Bashobora bardzo dużo posługuje się Pismem Świętym. Oczywiście jest to w porządku, choć może nasuwać pewne wątpliwości. Ma je chyba pewien publicysta (Marek Madej), który patrząc na wszystko co się dzieje i na postępowanie ks. Bashobory wyciągnął dość logiczny wniosek – jest to pastor protestancki! Oto, co Madej napisał: Czy protestancki duchowny o. Bashobora uzdrawia i wskrzesza? Jego przełożeni potwierdzają aż 27 przypadków cudownego przywrócenia do życia; mówi o nich także poseł Godson. Skąd takie zainteresowanie i popularność ugandyjskiego pastora, którego jeszcze niedawno Kościół katolicki nie chciał specjalnie promować? Biskup Życiński miał nawet mówić, że zadziwia go skuteczność duchownego, który ma na swoim koncie więcej uzdrowień niż Jezus.

O. Bashobora jest wykształconym teologiem (doktorat z teologii duchowości), magistrem psychologii. Nieustannie pozostaje w kontakcie z katolickim Ruchem Odnowy Charyzmatycznej, a jednocześnie mocno związany jest z tradycją i kulturą afrykańską, nastawioną na nieco inne przeżywanie duchowości niż w Europie. Być może jednak, paradoksalnie, to zjednało mu zwolenników wśród polskich katolików, często reprezentujących model wiary „ubogiej”, opartej na emocjach i taniej uczuciowości.

Por:http://www.wiadomosci24.pl/artykul/ksiadz_bashobora_na_stadionie_narodowym_tlumy_na_spotkaniu_z_uzdrowicielem_275433.html?sesja_gratka=1e6b56dd9fb958a4a6e6aababfa795ee

 Sprawdzałam wielokrotnie – nie mogę nigdzie się dopatrzeć tego, że ks. Bashobora nie jest katolikiem. Więc nie traktuję powyższej informacji jako pewnej.

Prawie każde swoje przemówienie ks. Bashobora rozpoczyna od przeczytania jakiegoś fragmentu Pisma Świętego. No i prawie każde komentuje.  Przytoczę tylko dwa komentarze  – wybrałam te, które są najbardziej reprezentatywne dla protestantyzacji, prowadzonej przez ks. Bashobory.

Spotkanie Jezusa z Samarytanką – wszystko jest wyjaśnione, kobieta, która miała wielu mężów, wyraża się nieprzychylnie o Żydach – jest to jednak rasizm (sic!). Rozumiem ks. Bashoborę, że chcę wszędzie dopatrzeć się rasizmu, ale niestety Kościół nigdy tak nie nauczał. Ale tu nie ma herezji, tylko jakaś dziwaczna interpretacja. Jawna herezja za to jest w kolejnym przykładzie.

Po zacytowaniu kolejnego fragmentu Biblii, ks. Bashobora się zwraca do Stadionu:

Macie Biblię? Stadion odpowiada, że tak.

Ale nie w domu, tu – czy tu macie Biblię? Stadion milczy (nasuwa się myśl, że jeszcze  nasi wierni maja jakieś katolickie wyczucie i nie chodzą  wzorem jechowitów z Biblią pod pachą!).  A ks. Bashobora dalej pyta:

Masz Biblię? Ilu z was ma Biblie przy sobie? Czy wy jesteście katolikami? Jak to możecie zostawić Słowo Boże w domu? Stadion milczy zawstydzony.

I dalej tłumaczy, że nie ma nic ważniejszego niż Pismo Święte. I że jak się idzie na mszę św. najważniejsze jest się nie spóźnić na czytania z Pisma Świętego. Bo one stanowią najważniejsza część mszy św. I że jak kto się spóźni, to nie ma ważnego uczestnictwa we mszy św. Do Komunii św. przystąpić nie może, a zasadniczo powinien pójść na kolejną mszę św. „by zaliczyć uczestnictwo”.

Czy taka jest nauka Kościoła? Czy najważniejszym momentem Mszy świętej jest czytania Pisma Świętego? A nie konsekracja? Czy nie można przyjąć Komunii świętej raz dziennie poza Mszą święta? Od kiedy Kościół tak naucza?

Takie i podobne pytania należy zadać ks. Bashoborze.  I dowiedzieć się w końcu czy on wierzy po katolicku czy jak. Bo to, co powyżej przytoczyłam jest czystą herezją. Ale ludzie mogą to przyjąć za dobrą monetę i wtedy narazić na niebezpieczeństwo swojej nieśmiertelnej duszy.  Nie dajmy się ogłupić – to jest protestantyzacja Kościoła.

 Brawa:

Brawa oczywiście są dla Jezusa. Dokładnie tak – nawet nie dla Pana Jezusa, a dla Jezusa. Zresztą ks. Bashobora się zwraca do Pana Jezusa per „bracie Jezu”(też dobrze, że nie „towarzyszu!”)

Brawa dla Jezusa za Słowo Boże!

Ciekawe prawda! Brawa Słowu Bożemu za Słowo Boże! Ciekawe!

Klaskajcie! Klaskajcie , bo teraz będzie uzdrawiany węch (to się dzieje jeszcze przed godziną 12tą , daleko przed godziną wyznaczona na uzdrawiania.)

Duchu Święty ja wiem, że jesteś we mnie, bo wyznałem grzechy, a Jezus oczyszcza mnie swoja krwią. Podnieście ręce, którzy jesteście w tej wierze! Brawa dla Jezusa!

I Stadion klaszcze.

I jeszcze jedna próbka – ks. Bashobora krzyczy natchnionym głosem: Co się dzieje teraz w Warszawie? Cos niesamowitego dzieje się w Warszawie – wiara jest tu! Amen (Eimin – wypowiedziane jak zachęta. I rzeczywiście – ludzie obeznani ze zwyczajami księdza zaczynają klaskać. Swoja droga kaznodzieja mógł by się nauczyć jak wymawia się Amen po polsku!)

Eimin – oklaski dla Jezusa!

Około godz. 12tej w południe sceneria trochę się zmienia. Dalej są brawa, ale tym razem dla Ducha Świętego. Ks. Bashobora wola: Wznosimy ręce, śmiało, wznosimy ręce. Modlę się w Imię Chrystusa by nam dawał Ducha Swojego. Przyjdź Duchu i napełnij radością, pokojem i uzdrowieniem. Ręce w górę! Wszyscy ręce w górę! Niech zstępują na nas radości Boże! Poruszaj się w  nas Duchu Święty!

Stadion krzyczy, klaszcze. Brawa dla Ducha Świętego i dla Jezusa.  

O 12tej w południe nie odmówiono Anioła Pańskiego. Za to ogłoszono przerwę, a po przerwie nowa naukę. Ale za nim przyszedł ks. Bashobora ksiądz prowadzący spotkanie na Stadionie powiedział, że należy nauczyć się nowego sposobu modlitwy, nowej modlitwy, modlitwy całym ciałem. No i zaczął pokazywać i tłumaczyć.

Jak wszyscy propagatorzy tzw. Tańców liturgicznych powoływał się na epizod ze Starego Testamentu, pokazujący Dawida, który tańczył przed Arką. Samo to tłumaczenie tych niby tańców jest już heretyckie. Ciągle wyjaśnianie nam, że należy wrócić „do korzeni” i robić wszystko tak jak w pierwszym wieku po Chr.  jest bałamutne i jako herezja potępione przez papieży XIX i XX wieku (przed Soborem Watykańskim II).

Powróćmy do księdza prowadzącego ( Z ramienia Kurii? Jakieś wspólnoty? Nie udało mi się ustalić). On właśnie naucza tego nowego sposobu modlitwy: całym ciałem – skakać, tańczyć. Mieć odwagę na to w Imię Jezusa, przełamywać opinie przeciwne i liczyć się najpierw ze Słowem Boga. A Bóg nakazuje  być radosnym, skakać, tańczyć. Słychać dźwięki bliżej nie określonej pieśni (na –na – na, ta- ta- ta) i choć na razie bęben nie jest uszyty to słychać ten rytmu bębnowy, ma się wrażenie, że jednak się jest w dalekiej Afryce.

No i skaczą dalej. Skacze już prawie cały Stadion. Na płycie skacze i tańczy ksiądz prowadzący, zachęcający innych do tańca. Wielu rzeczywiście poskakuje, ale jeszcze dość nieśmiało. Ksiądz się wysila, by rozruszać Stadion – udaje mu się to częściowo. O, gdyby był na jego miejscu bp. Długosz….  

No i ostatnie wołania prowadzącego:

Wyklaszczmy Imię Jezus! I Stadion klaszcze!

Wszystkie brawa dla Jezusa! I Stadion znowu klaszcze.

No i na koniec:

Fala dla Jezusa. Największa w Polsce fala dla Jezusa.

Ale się okazało, że obecni nie bardzo pot rafią robić falę, jakoś im przepuścił.

Jak to skomentować? Jako protestantyzacja czy murzynizacja Kościoła? I jedno i drugie ma miejsce. Taki sposób przeżywania kojarzy się z zielonoświątkowcami. A te murzyńskie rytmy – z kultura murzyńską. I niech mi nikt nie  mówi, że jestem rasistka lub coś w tym stylu.  Nie, nie jestem. Tylko mam głębokie przekonanie, że kultura europejska, która przez 20 wieków się kształtowała pod wpływem chrześcijaństwa jest na daleko wyższym poziomie niż bębny murzyńskie.

Śpiewy:

Śpiewy prowadzone są przez chórek, który jest na płycie. Zrobiono tam specjalną platformę w formie serca. I tam pojawia się solistka – prawdopodobnie ładna, ale w sukience z dekoltem o wiele przekraczający swymi rozmiarami tego, co Kościół uważa za dopuszczalne.

Piosenki są ogromnie elementarne. Słowa wyprane z sensu. Nie mówiąc w ogóle o aranżacji i melodii (raczej braku melodii).

Oto taka próbka:

Ja wiem, że jesteś Panie mój, ja wiem, że jesteś tu. /x2 Ja wiem, że w Tobie moja moc, ja wiem, że Ty masz moc. /x2 O namaść Panie wszystkich nas cudowną łaską Twą. /x2 To nasz Pan, prowadzi nas tu byśmy wielbili Go, służyli Mu…

Albo: Bóg to nasz Pan i tylko On – powtórzono niezliczona ilośc razy na wzór mantry.

Śpiew przypomina mantrę a jednocześnie jest bardzo podobny do nowoczesnych melodii. Oczywiście złamane są wszystkie wskazówki, które święta Matka Kościół  dała, co do muzyki liturgicznej. Instrukcja Episkopatu Polski wyraźnie zaznacza:

Podczas liturgii nie wolno wykonywać muzyki mającej charakter

wyraźnie świecki. Muzyka ta nie jest zgodna z duchem i powagą liturgii, nie sprzyja jej refleksyjnemu przeżywaniu, a ponadto często wyłącza całe zgromadzenie wiernych od udziału w śpiewie.

 Ludzie:

Ludzie bardzo różni. Przeważnie młodzi. Z rodzinami, z dziećmi. Stosunkowo mało ludzie wiekowych, czy to uważali, że to nie miejsce dla nich, czy bali się zmęczenia całodziennego – trudno stwierdzić. Zresztą najczęściej ludzie starsi nie uciekają od masowych spotkań religijnych, chodzą na dużo bardziej męczące pielgrzymki itp.

Tylko jedna grupa mnie zadziwiła i nie bardzo rozumiem o co chodzi. Mieli koszulki z napisem „Budujemy ludzi”. Oczywiście poszukałam w Internecie co można się dowiedzieć na temat „budowania ludzi”. Okazuje się, że istnieje Fundacja o takiej nazwie, że chodzi o nauczanie dzieci i młodzieży i oczywiście o „formację”

Czytam:

Projekt zakłada budowanie ludzi także poprzez prowadzenie ewangelizacyjnych kursów Alfa dla młodzieży, studentów oraz dorosłych. Centrum będzie miejscem spotkań, w którym młodzież będzie się uczyła, rozwijała swoje talenty i umiejętności, uprawiała sport i aktywnie wypoczywała. Powstanie tam klub młodzieżowy, kawiarenka internetowa, sala fitness, siłownia i ścianka wspinaczkowa.( http://www.budujemyludzi.pl/page.php?id_category=1)

Samo w sobie to jest tematem na osobny artykuł, tu nie ma miejsca na dłuższe rozważania. Zaznaczmy tylko, że w dawnych czasach nikt ludzi nie budował, ścianek wspinaczkowych im nie robił, a wyrastali na prawych i porządnych obywateli, dobrych patriotów, dobrych katolików.

 Apostolstwo:

Ks. Bashobora dość często przypomina, że należy głosić Jezusa, Dobrą Nowinę wszędzie. Jedna z jego wypowiedzi zasługuje na szczególna uwagę:

Otóż zaprosił młodych do głoszenia powtórnego przyjścia Chrystusa i zaznaczył z naciskiem, że on nie wie, kiedy to się odbędzie. Dotąd wszystko dobrze i po katolicku. A dalej: 

Zrozumcie dobrze –to przyjście nie jest sprawą wiary, tylko nadziei!

No i tu mamy do czynienia już nie z katolicyzmem, nawet nie z protestantyzmem. Nawet nie z jechowitami. Dziwna to herezja!

Otóż wyjaśniam, jeśli przypadkiem ktoś się dziwi, dlaczego mnie to tak uderzyło:

Sprawa powtórnego przyjścia Chrystusa Pana jest związana ściśle i nierozłącznie z wiarą! Proszę przypomnieć sobie Credo! … i powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych!

Swoją drogą – smutne jest, że ksiądz katolicki nie zna lub nie potrafi zrozumieć symbolu wiary.  

Uzdrowienia:

Uzdrowienia są ogłaszane cały czas. Ks. Bashobora nie czeka na oznaczoną godzinę wieczorną, tylko zachęca by się ludzie już czuli uzdrowieni.  W pewnym sensie można rzec, że podsyca ich nadzieję, że jak zostaną do wieczora, to zostaną uzdrowieni.

Towarzyszą temu czasami rytmy, a czasami murzyńska pieśń. Będąc osobą nie wprowadzoną w słuchanie murzyńskich rytmów natychmiast dostaje wrażenie, że widzę tych półnagich Murzynów i Murzynki, którzy się kiwają w rytm tej muzyki i się wprowadzają w trans.

No i przyjrzyjmy się jak mówił ks. Bashobora (na marginesie – tak samo mówił 5 lat temu na Służewie):

Bracie Jezu (sic!), zaprosiłeś nas tu w konkretnym celu – uwolnienie i uzdrowienie. Wznieście dłonie, wołaj do Jezusa: Synu Dawida, ulituj się. Amen

Jezus chce – bądź uzdrowiony! Wszyscy  wzniescie dłonie! Tak modlimy się jako kościół! Amen

Teraz przyjmujesz dar modlitwy, dar języków, nie lękaj się, nie lękaj się jak przyjdzie, teraz jest uzdrowienie z depresji, kości też.  Chwała Tobie, Panie! Amen.

I dodajmy,  że po każdym Amen są oklaski dla Jezusa.

Inny moment;

Wszystko, co nam przeszkadzało, związujemy w Jezusie Chrystusie, aby odeszło. Kości, które nie chodziły – niech znowu chodzą, i oczy, i uszy, niech widzą i słyszą. Duszenie w klatce piersiowej – otwórz swoje usta, niech to wyjdzie! Przeciwstawiamy się duchowi samobójstwa!

Teraz porusza się w  nas(sic!) Królestwo Boże! Przyjmijmy teraz Jezusa (zaznaczam, że nie jest to czas Komunii św. ). Jezus cię uzdrawia. Jezus to przemienia w radość. Przyjmij tę radość.!

Albo w innym czasie:

Ręce w górę! Teraz uzdrawiani są bezpłodni. Pójdą dziś do domu i już nie będą bezpłodni! Brawa dla Jezusa!

Teraz uzdrawiani są chorzy na raka i na wirusowe zapalenie wątroby. Brawa dla Jezusa!

Ktoś tu przyszedł na wózku, chce wstać. Jezus teraz uzdrawia osoby , co chodzą o kulach!

Uzdrawia teraz tych, co zgrzytają zębami podczas snu!

Brawa dla Jezusa!

I Stadion klaszcze!

 Czy ktoś został uzdrowiony? Nie wiem. A nawet jeśli ktoś to tak odczuwa, jest o wiele za wcześniej by stwierdzić uzdrowienie. Warto badać tych, co czuli się uzdrowieni 5 lat temu. Czy takie badania są robione – nie wiem, nie mogę nigdzie znaleźć takiej informacji. W tym przypadku należy bardziej liczyć na niewierzących niż na wierzących.  Może zechcą jako ludzie niezaangażowani w spór o Bashoborę  zbadać te przypadki prawdziwego lub rzekomego uzdrowienia.

 Uwolnienia:

Uwolnienia – to zupełnie osobny i bardzo poważny temat. Dopóki wszystko, co opisałam powyżej może mieć charakter zwykłej szarlatanerii, to z uwolnienia tak nie jest.

Ktoś powie, że przesadzam z tą szarlatanerią. Ależ nie! W tak ogromnym zgromadzeniu (około 60 000 osób) zawsze się znajdzie ktoś, kto jest chory na jedną z najpopularniejszych chorób. I ktoś, kto ma bardziej nietypowe dolegliwości. I zawsze wśród tych chorych się znajdzie ktoś, kto pod wpływem sugestii lub autosugestii poczuje się lepiej, ergo będzie się uważał za uzdrowionego. Jednak z uzdrowieniami jest trochę inaczej!

Pierwsze co obudziło moja czujność i moje obawy, była wiadomość, że na Stadionie jest kilkudziesięciu egzorcystów!! Dlaczego?

Odpowiedź (logiczna) może być tylko jedna:
Egzorcyści są potrzebni do wyganiania złych duchów, które z różnych powodów mogą się pojawić na Stadionie. Nie chodzi tu o moment uwolnienia. Jeśli ks. Bashobora rzeczywiście dokonuje (jako narzędzie Chrystusowe) uwolnienia z opętania lub innych form obecności złych duchów – to egzorcysta nie jest potrzebny, bo to uwolnienie będzie całkowite. Tak się dzieje, gdy mamy do czynienia z cudami, a nie ze zwyczajnym działaniem egzorcysty.

Dlaczego ci egzorcyści przyszli na Stadion w tak wielkiej liczbie? Czyż by się spodziewali ataku złych duchów? Obserwacje tego co się działo na Stadionie prowadza do tego smutnego wniosku.

Gdy następowało „uwolnienie” lub raczej gdy przyszedł czas ujawniania się złych duchów Stadion był cicho. Ludzie modlili się w milczeniu, nagle dawało się usłyszeć okropny krzyk, wycie, rozdzierający wrzask. Ciekawe, że nikt z publicystów nie zwrócił uwagi na to, że ten krzyk pojedynczego człowieka był słyszalny na całym Stadionie – wszak to dość duża przestrzeń i aż się napraszało po odejściu ludzi spróbować – jak daleko słychać różne krzyki.

Jakby nie było działały tam złe duchy. Obawiam się, że one nie odchodziły, tylko przychodziły do ludzi. I na to byli potrzebni egzorcyści – na szybka reakcję by tych ludzi o ile się da ratować. Nawet nawiązanie z nimi kontaktu w pierwszej chwili już rokuje dobrze.

Niestety nie znalazłam żadnych relacji egzorcystów w Interenecie. Ciekawe byłoby znać ich opinię. Miejmy nadzieję jednak, że siły demoniczne, przez obecność i działania tych egzorcystów, nie rozpętały się tak bardzo jakby one chciały.

 Święci:

O świętych nie było mowy.

 Trójca Przenajświętsza:

W swej katechezie ks. Bashobora bardzo dużo przywoływał Pana Jezusa, Boga Ojca i Ducha Świętego. Ale cały czas odnosiło się dziwne wrażenie  (oby mylne), ze chodzi o trzech równolegle działających osobach, każda po swojemu, nie mającymi ze sobą wiele wspólnego. Określeniem Trójca Przenajświętsza nie padło ani razu!

 Maryja:

Dominikańska zasada  De Maria numquam satis (O Maryi nigdy nie za wiele) należałoby przerobić na potrzeby ks. Bashobory i jego zespołu na De Maria multononne czyli O Maryi nie za dużo.

Owszem – spotkanie rozpoczęło się Różańcem św.  ale ze względu na godzinę i na to, że był to czas, kiedy ludzie jeszcze dochodzili do Stadionu i szukali swoich miejsc, odmawianie Różańca św. nie miało charakteru sakralnego i nie wciągnęło wszystkich obecnych.

O 12tej nie było Anioła Pańskiego – co ma dwa aspekty – nie ma jedności z papieżem i nie pamięta się O Matce Bożej.

O 21szej nie było Apelu Jasnogórskiego. Co jak co, ale Apel powinien być. Ale nie było…

O Maryi było jednak kilka słów – była pieśń jakaś na melodię dawnej „nie ma lepszego od Jana Pawła II”. Treść nie trudna do zanotowania, więc mogę zacytować:

Niepokonany nasz Pan Jezus kochany

Niepokonana nasza Maryja kochana

Zawsze i wszędzie Maryja królować będzie!

 Ordynariusz:

Na koniec wypada wspomnieć i zwrócić uwagę na rzecz bardzo ważną – stosunek biskupa Ordynariusza do całego wydarzenia.

Otóż ks. Bashobora przebywał na osobiste zaproszenie ks. Arcybiskupa H. Hozera. (co najmniej tak podawały media). Na kilka dni przed spotkaniem na Stadionie zaplanowana była Msza św. z głównym celebransem wikariuszem, ks. bp. M. Solarczykiem. Ale dwa dni potem pojawił się w Internecie list otwarty, podpisany przez ks. T.  Isakowicza – Zaleskiego  i skierowany do biskupa praskiego. Otóż ks. Isakowicz – Zaleski pytał czy te wszystkie uzdrowienia, a ponadto i wskrzeszenia są prawdziwe. Czy ks. Arcybiskup to badał – jako duszpasterz i jako lekarz. Odpowiedzi w mediach nie było. Odpowiedź była na Stadionie. Ks. Arcybiskup nie tylko że odprawił mszę św. jako główny celebrans, ale i podobno „cały dzień” był z wiernymi na Stadionie. Z tego wynikałoby, że uznaje wszystkie dokonania ks. Bashobory i go popiera.

Ja mam osobiste pytanie do ks. Arcybiskupa – na które od niego na pewno nie dostanę odpowiedzi, ale może odpowie mi ktoś z czytelników, który jest mocny w modernistycznym sposobie wyrażania się.

Otóż ks. Arcybiskup powiedział, że Chrystus przychodzi do nas jako Chrystus całkowity i w następnym zdaniu to podkreślił, mówiąc, że przychodzi jako Chrystus totalny! Nie mam pojęcia czym się różni Chrystus całkowity od Chrystusa Pana. Nie wiem co to oznacza! Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić?  

 

Tak wyglądało spotkanie z ks. Bashoborą – to co nie dawało się inaczej zobaczyć, ale dawało się wyłapać gdy beznamiętnie się słuchało i obserwowało to co się działo na Stadionie.

Brakowało bardzo Matki Bożej. Gdyby Ona, Pogromczyni wszelkich herezji była obecna ( a nie tylko wzmiankowana) być może sytuacja byłaby inna. A tak – coraz to nam bliżej do protestantyzacja  Kościoła.

Więc na sam koniec przypomnijmy sobie, co mówił ks. kard. J. Ratzinger jeszcze w roku 1985 – kiedy u nas nikt jeszcze  nie był świadom ogromnej ruiny Kościoła, nie zdawał sobie sprawę z rakowacizny, która rozrasta się i niszczy Kościół w innych krajach, szczególnie na Zachodzie i w Ameryce Łacińskiej.

Będąc młodym teologiem, jeszcze przed Soborem, zachowywałem lekki dystans do niektórych antycznych formuł. Na przykład do słynnej: De Maria numquam satis (O Maryi nigdy nie za wiele). Wydawała mi się ona przesadzona. Z  trudnością też pojmowałem sens innego znanego określenia (powtarzanego w Kościele od pierwszych wieków – po niezapomnianej debacie – od kiedy Sobór Efeski proklamował w 431 roku Maryję Theotókos, Matką Boga), a mianowicie określenie Dziewicy jako Pogromczyni wszystkich herezji.

Teraz jednak, w tym czasie zagubienia, kiedy na prawdziwą wiarę napierają z każdej strony różne heretyckie dewiacje, teraz rozumiem, że nie chodziło tu o przesadzone wyobrażenia pobożności maryjnej, ale o prawdy zawsze aktualne, dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek.

Kardynał J. Ratzinger, Raport o stanie wiary, rozdz. VII, Michalineum 1986.

Maria Kominek OPs

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Polemiki

Od pogaństwa do cywilizacji śmierci

Na spotkaniu pewnej bardzo pobożnej grupy z ust młodego człowieka padło zadziwiające stwierdzenie, które można streścić mniej więcej tak:

Istotną sprawą w życiu chrześcijańskim jest stosować i głosić zasadę „w zdrowym ciele – zdrowy duch”.

Zaskoczyło mnie to bardzo i zaczęłam się zastanawiać czy zasadę tę młody człowiek wyniósł z domu, czy aby nie z jakiegoś duszpasterstwa. Zdecydowałam więc, że tak czy inaczej „w imię miłości chrześcijańskiej” należy sprawę wyjaśnić. No i tu się zaczęło…

Gdy zwróciłam uwagę, że tak sformułowana zasada jest całkowicie pogańska i od dawna jako taka odrzucona przez chrześcijaństwo, okazało się, że większa część pobożnych pań i panów jednak uważa, że ja jestem w błędzie, że należy o to zdrowe ciało się starać jak najbardziej, ćwiczyć, gimnastykować i w ten sposób utrzymywać w sobie zdrowy duch. Spotkałam się z tak ogromnym (i niespodziewanym) sprzeciwem, że zdecydowałam nie odzywać się dalej, ale jednak napisać parę słów. Bo być może ktoś z moich Czytelników spotka się z tym samym problemem, a może być też tak, że wpajana od lat maksyma zapadła w pamięć i nie zdajemy sobie sprawę z tego, że jest ona pogańska. Nie tylko z racji swego pochodzenia, ale również i w formie najbardziej znanej. Więc po kolei:

Mens sana in corpore sano ( w zdrowym ciele – zdrowy duch) pochodzi z Satyr Juwenalisa (X, 356) i ma znaczenie magnum bonum est czyli jest wielkim dobrem. Spotykamy się także z wyrażeniem Orandum est ut sit mens sana in corpore sano, które może być rozumiane dwojako.  Najpierw w sensie ściśle rzymskim – orandum est (należy modlić się) – czyli wyjaśnić bogom, że jest bardzo pożądane, by w zdrowym ciele był zdrowy duch. I w sensie chrześcijańskim – modlić się o zdrowie i o zdrowego ducha. Ta druga jednak formuła jest nieznana i zawsze cytuje się tylko „w zdrowym ciele – zdrowy duch”.

Na długo przed Juwenalisem w starożytnej Sparcie stosowano zasadę mens sana in corpore sano. W naszej historycznej pamięci Spartanie najczęściej kojarzeni są z heroiczną bitwą pod Termopilami.  Podziwiamy ich (i słusznie w tym aspekcie) jako tych, którzy poświęcali się całkowicie ideałowi wielkości Sparty. Zapominamy jednak czasami, że ci, którzy tak mężnie walczyli, byli specjalnie wyselekcjonowani z wielu innych. A selekcja ta nie polegała na doboru zdolniejszych do żołnierki, a na wyeliminowaniu słabszych. Uważano, że słabowite dzieci nie nadają się na wojowników ani na matki, więc porzucano je w górach lub strącano ze skały. Takie praktyki legły u podstaw wychowania spartańskiego, skutecznego, ale i bardzo okrutnego.

Starożytny Rzym chwalił cnoty Spartan i gotowość ich poświęcenia w obronie ojczyzny, chwalił wychowanie spartańskie, ale nie przejął ten model, bo uważał go za niepraktyczny. I słusznie – bo model ten doprowadził do takiego zmniejszenia się populacji rodowitych Spartan, ze ostatecznie ich liczba spadła do 100! Tak procentowała zasada w zdrowym ciele zdrowy duch!

Jasne jest, że chrześcijaństwo nie mogło zaakceptować takiej zasady. Przez całe wieki nie wspominano o niej, aż w czasach nowożytnych spotykamy ją u J. Locke’a, Rousseau i Komeniusza. Spotykamy ją i w dwudziestym wielu u Hitlera, Mussoliniego i Makarenki.

W czasach komunistycznych wpajano tę zasadę każdemu dziecko. Starsze osoby pamiętają, na jak poczesnym miejscu była gimnastyka. Miała ona sens wielowymiarowy – nie myśleć, ćwiczyć, być zdrowym. (Spotykamy ten wątek w Orwellowskim „1984”). Zacytujmy urywki wiersza Włodzimierza Wysockiego:

Wdech głęboki, ręce szerzej,
i nie spieszyć się: trzy, cztery!
Z animuszem, gracją i plastyką.
O, ogólnie wzmacniająca,
rano świetnie wzbudzająca,
oczywiście, jeśli żyjesz, gimnastyka.

Drodzy Państwo, w swych mieszkaniach
proszę kłaść się na dywanach,
wykonywać nowe polecenia.
Przywykniecie do nowości
– o nie, żadnych wpływów obcych! –
wdech głęboki, aż do zatracenia!

 Hej! Rozmowy zabronione!
Więcej skłonów, więcej skłonów…
No, nie bądźcie smutni, zasępieni…
Cytuję Wysockiego, ponieważ on bardzo dobrze ukazywał różne aspekty działania systemu zbrodniczego komunizmu – w tym przypadku właśnie używania sportu do ogłupiania i uzależniania ludzi.

No i wreszcie – jak wygląda obecnie spełnianie zasady „w zdrowym ciele – zdrowy duch”? Dla przykładu: w tzw. drugim etapie edukacyjnym, czyli dla klas IV- VI szkoły podstawowej (na trzy kolejne lata) przewidziane jest 510 godzin lekcyjnych na j. polski, 130 – na przedmiot historia i społeczeństwo i 385 na wychowanie fizyczne. Taki stosunek procentowy nie jest nowością. Od lat WF króluje w szkołach przy aprobacie nie tylko nauczycieli, ale i rodziców. Wszystkim wmówiono, że dla zdrowia należy  ćwiczyć, a kto by chciał, by jego dziecko było chore. A jak będzie zdrowe, to i duch jego będzie mocny, zdrowy itd. I jakoś prawie nie słychać protestów rodziców i nauczycieli (z wyjątkiem kilku chlubnych przykładów) przeciw nadmiernemu rozbudowaniu planu o WF przy jednoczesnym zabieraniu godzin historii i j. polskiego. A w latach Solidarności (raczej w tych kilku miesiącach) udało się wywalczyć choć tę jedna godzinę historii dla szkól zawodowych i kilka dodatkowych dla liceów.

I tak kult ciała stal się kultem dominującym i co gorzej dominującym również w środowiskach katolickich. Zakony wprowadziły do swoich wnętrz siłownie! (nie duchowe, a mechaniczne!), zakonnice również ćwiczą, rekolekcje duchowe z ćwiczeniami fizycznymi, z odchudzaniem, z „postem oczyszczającym”, z postem Daniela, z postem św. Hildegardy… Nie da się wszystkiego wymienić. Kult ciała jest wszechobecny.

To jedna strona zagadnienia. Jest jeszcze inna, również wszechobecna i bardzo ponura:

Otóż na skutek kompromisu między Kościołem i Państwem mamy taki artykuł prawny:

Artykuł 4a. 1. Ustawy z dnia 7 stycznia 1993 roku „O planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerwania ciąży” mówi o warunkach w jakich może być dokonane przerwanie ciąży, wyłącznie przez lekarza gdy:

Badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu.

Prawdopodobieństwo chorego ciała jest powodem eliminacji człowieka. Być może Spartanie jednak byli bardziej ludzcy, bo czekali aż dziecko się urodzi, by zobaczyć czy na pewno to dziecko będzie chore?

A czy takie uregulowanie prawne jest w porządku?

Zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego np. gwałtu.

Czy to dziecko jest winne gwałtu? Czy w ogóle ma jakąś winę? Chyba jednak jesteśmy gorsi od pogan!

No i wreszcie:

Ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej.

No tak – zdrowie jest ważniejsze niż narodzenie dziecka – tylko czy w zdrowym ciele matki, która zabiła swoje dziecko będzie zdrowy duch?

Takie mamy prawo w Polsce – mówi się, że jest ono mocno restrykcyjne i dąży się do jego zmiany. A w wielu, wielu innych krajach prawo pozwala na bezkarne zabijanie dzieci – wszystko jedno czy zdrowe czy chore.

W zdrowym ciele – zdrowy duch, więc należy eliminować chore ciała. Najlepiej, by ludzie to dobrze zrozumieli i poprosili o eutanazję. Starzy i obłożnie chorzy niech zrozumieją, że jak mają chore ciała, to nie mogą mieć zdrowego ducha, niech więc poddadzą się eutanazji.

I tak od niewinnie brzmiącej satyry Juwenaliusa dochodzimy do jej przemiany w obowiązującą maksymę. Maksymę, która legła w pewien sposób u podstaw cywilizacji śmierci.

29 września 2012

 

 

 

 

 

3 Komentarze

Filed under Polemiki

O antropologicznym ujęciu postu piątkowego

W moim otoczeniu ostatnio rozgorzał spór na temat postu piątkowego lub dokładnie mówiąc – wstrzemięźliwości od mięsa. A że spór, który rozpoczął się w czasie pewnego spotkania i trwał potem mailowo, teraz przeniósł się do Internetu (http://dominikanie.pl/polecamy_x/polecamy/news_id,3264,losos_w_pomaranczach_czyli_o_istocie_postu.html), czuję się w obowiązku zabrać głos na ten temat. Inaczej prezentowana byłaby tylko jedna strona…

 

Nie wiedzieć czemu jako symbol wstrzemięźliwości od mięsa pojawił się łosoś i to w pomarańczach. Nie wiem czy jest on smaczny czy nie, ale widać ma być symbolem wykwintnego dania, podawanego w piątki zamiast mięsa i tym samym – symbolem jakiejś świętoszkowatości. Dołożyć do tego na kolację „pucharek kawioru do jaj” – no i człowiek niby pości, ale zasadniczo jest świętoszkiem, który siebie i Pana Boga oszukuje.

Tak przedstawiona sprawa ma pozory prawdy, bo rzeczywiście – jeśli ktoś tego łososia i ten kawior tak lubi, że nie może się doczekać piątku, to nic dziwnego, że można mieć wątpliwości co do jego intencji i pobożności. To jest jasne i nie byłoby miejsca na polemiki, gdyby nie to, że zasadniczo został zanegowany sens postu (wstrzemięźliwości) piątkowego.

 

Nie wiem z jakiego powodu pojawia się (na innych stronach Internetu też) tendencja do umniejszenia znaczenia postu piątkowego. Ta tendencja staje się coraz powszechniejsza. Być może spowodowana jest ona nowym kierunkiem teologicznym – czyli antropocentryzmem.

 

Odnoszę wrażenie, że w celu deprecjacji znaczenia piątkowej wstrzemięźliwości od mięsa, żongluje się rożnymi możliwymi do zaistnienia sytuacjami, które mają wyjaśnić dlaczego post piątkowy zasadniczo nie jest istotny, ba, nawet może być szkodliwy.  I tak spotykamy się z twierdzeniem, że może to rozbijać rodzinę, bo jak jedna osoba pości i chodzi z tego powodu smutna i jest szorstka dla innych członków rodziny, nie jest to dobre. Niewiadomo oczywiście dlaczego tylko jedna osoba w rodzinie nie je mięsa w piątki? Dlaczego inni jedzą (zakładamy, że chodzi tu o rodzinę katolicką, więc wszyscy powinni nie jeść tego mięsa). Albo, że wędliny mogą do soboty się zepsuć, więc czy nie lepiej zjeść w piątek. A dlaczego nie włożyć do zamrażarki lub kupować mniej, tyle ile potrzeba? Albo wygrzebywać skwarki z zupy, by w piątek dać je psu. A dlaczego gotować zupę na skwarkach?

 

Taki jest jeden rodzaj argumentów, nazwijmy go – praktyczno – ekonomicznym. Drugi z kolei jest oparty na miłości bliźniego. Cytuję: „A jeśli wiekowa mama zapomni o poście i uraczy nas sałatką gyros? Mamo, Pan Jezus jest dla mnie ważniejszy, niż wysiłek twoich spracowanych rąk. Dziś poszczę.” Inaczej rzecz biorąc należy uszanować wysiłek drugiego człowieka i nie przypominać mu o poście. Nie pytajmy dlaczego „wiekowa mama” ma zrobić gyros, a nie (na przykład) pierogi z mięsem, które zna od dzieciństwa. Nie  pytajmy dlaczego akurat „wiekowa mama”, która od dzieciństwa jest przyzwyczajona do bezmięsnych piątków ma o piątku zapomnieć. Nie pytajmy dlaczego Pan Jezus nie miałby być ważniejszym nawet od spracowanych rąk Matki. (Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. Mk 10, 29-30)

 

Trzeci rodzaj argumentów to typu duchowego. Ogólnie można go ująć tak: jeśli ktoś pości tylko po to, by zadośćuczynić nakazom i nic z tego nie wynika, lepiej by nie pościł. Nie można nie przyznać racji temu argumentowi, jeśli byłby wyrażony dokładnie tak.

 

Ale tu sprawa się komplikuje. Bo z tego wynika zupełnie coś innego, wyciągane są inne wnioski. Przytaczam kilka: „post ma przygotowywać nas do Świąt, otwierać nas na przyjęcie łaski Bożej”. Istotą postu staje się „praca nad przyjęciem Bożego daru, czynić swoją wiarę coraz bardziej autentyczną, uczynić się chłonnym, otwartym, jak najbardziej podatnym na działanie Boga”. Ostatecznie nie jest ważne, czy jemy mięso czy nie – można to zastąpić pokutą, która wyraża się na przykład „miłym uśmiechem do sąsiadki”, „zauważeniem ubogich, starszych osób w rodzinie” itd.

 

Chyba starczy tyle, by pokazać jakim torem idzie myślenie antropologiczne. Tu wszystko jest nastawione na człowieka, zjedzenie czy nie kawałka mięsa, dogadzanie sobie czy nie (łososiem lub kabanosem), roztropne zjedzenie kiełbasy, by się nie zepsuła (argument praktyczno – ekonomiczny) – to wszystko ludzkie względy. Podobnie jak zjedzenie mięsa po to by nie chodzić smutnym i nie gderać na męża (argument z miłości bliźniego). Pokuta polegająca na spostrzeżeniu potrzeb innych osób. Przypomnijmy sobie, że dawniej starszych w rodzinie się szanowało nie w ramach postu i pokuty, a cały rok i to dlatego, że tak należy! Przypomnijmy jednak, że przykazanie miłości bliźniego poprzedzone jest przykazaniem miłowania Boga, które stanowi podstawę i sens dla przykazania miłości bliźniego (kto jest ważniejszy – Pan Jezus czy spracowane ręce Matki?)

 

W końcu dochodzimy do argumentów duchowych, które doprowadziły nas do wniosków o sensie postów. Najbardziej rażąco brzmi cel postu (czy innego ewentualnie wyrzeczenia) – otrzymać łaski Bożej. Post potraktowany jest jako „dobre narzędzie otwierania się na łaskę, zapragnięcia jej, zrobienia w swym sercu dla niej miejsca, wyciągnięcia po nią rąk”. Sprawia on, że „doświadczamy braku, głodu, nienasycenia. Jest to okazja do nowego przylgnięcia do Boga, jako tego, który jedyny może nas nasycić”. No tak – to prawda – Bóg jedyny może dać człowiekowi to, co człowiek pragnie. Ale czy tu nic nie zgrzyta? Czy po to Kościół ustanowił posty, a w szczególności Wielki Post?

 

Jako osoba starsza chcę przypomnieć jaki jest cel postu – czy to piątkowego, czy innego.

Najpierw pościmy (nie jemy mięsa) w piątek by wspominając Mękę i śmierć Chrystusa Pana, oddać Mu należnej czci. Piątek jest to bowiem dzień, który przeżywa się, wspominając śmierć Jezusa poprzez ukrzyżowanie. Dlatego też post związany jest z rozważaniem Męki Pańskiej, że wspomnieniem, że Jezus umarł na krzyżu, aby odkupić nasze grzechy. Powinniśmy za swoje grzechy żałować i przepraszać Jezusa za nie. W ten sposób świadczymy też przed innymi o naszej wierze i o swojej miłości do Jezusa. W ten sposób oddajemy chwalę Bogu w Trójcy Jedynemu. Dlatego w piątki dawniej nie pozwalano na śluby (chyba że w zagrożeniu śmierci). Bo nie wypada cieszyć się i radować, gdy Pan na Krzyżu umiera. Proszę przyjrzeć się perspektywie tak ustanowionego postu – jest skierowana ku Bogu, On jest centrum i celem powstrzymania się od pokarmów mięsnych lub zabaw.

 

Nie wyklucza to w żadnym wypadku miłości bliźniego – wręcz przeciwnie – jeśli chcemy na prawdę oddać chwalę Bogu, jeśli chcemy dobra dla bliźnich – to uczymy ich też oddawania Bogu chwały. Odmowa zjedzenia mięsa w piątek, to świadczenie przed innymi, jest też wyrazem tejże miłości. Przyzwyczajamy do postów dzieci, głodnemu mężowi dajemy więcej chleba, przypominając mu, ze Chrystus i za niego cierpiał w piątek, a spracowane ręce matki całujemy i przepraszamy – „mamusiu, piątek, jutro zjemy gyrosa”.

Praktyczno- ekonomicznie myśląc planujemy jedzenie na kilka dni do przodu, używamy zdobycze techniki (chłodziarki i zamrażarki) i nie marnujemy darów Bożych.

Wreszcie – oddajemy Bogu chwałę, klękamy przed Nim i dziękujemy Mu za Jego Ofiarę i wchodzimy w „przepaść Jego Męki”.

 

 

 

I na koniec kilka słów o dawnych, już niemalże zapomnianych zwyczajach Wielkiego Postu. Nie będę tu przypominać staropolskich zwyczajów postnych – można to sobie przeczytać na wielu stronach internetowych (oczywiście niezastąpiony jest w tym Jędrzej Kitowicz!) przypomnę tylko niektóre zwyczaje, które były żywe jeszcze niedawno – może jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat temu, zwyczaje w których wychowaliśmy się my (starsze pokolenie) i w których wychowywaliśmy nasze dzieci (obecnych czterdziestolatków).

Otóż Wielki Post różnił się stanowczo od innych okresów roku. Zasadniczo nie jadło się mięsa, chyba że w niedziele i w św. Józefa (dni, które nie wchodzą do postu). Nie piekło się ciast, nie robiło się spotkań towarzyskich (popularne imieniny ( na prz. Krystyny) przenoszono tylko na niedziele (potem po woli zaczęły wchodzić w grę soboty). Nie było mowy o żadnych „integracjach”, unikało się chodzenie do kina czy teatru, w domu nie nastawiano głośniej muzyki, a w Wielki Tygodniu w ogóle nie wolno było włączać żadnej muzyki. Kobiety ubierały się skromniej, noszenie wystawnych futer czy innych nadmiernie eleganckich ubrań  w Poście było bardzo źle widziane. Dzieciom nie wolno było bawić się głośno, a gwizdanie było karane! W niektórych domach jeszcze był zwyczaj zakrywania luster płótnem w Wielkim Piątku – by się nie oglądać, nie rozpraszać i skupić się na Męce Chrystusowej. Dopiero w Wielką Sobotę, gdy się szło „na groby” panie ubierały się jak najpiękniej potrafiły, a na stołach układało się jedzenie na Wielkanoc – ciasta, mazurki, jajka.

 

Czy byliśmy świętoszkowaci? Myślę, że odsetek ludzi spełniających posty tylko dla zwyczaju nie był większy niż teraz. Ale ogółem więcej ludzi pościło i więcej ludzi zdawało sobie sprawę z tego, że Post jest okresem rozpamiętywania Męki Pańskiej.

Może ktoś zapyta – jeśli było tak dobrze, dlaczego teraz jest tak źle.  Przyczyn jest wiele – wspomnę tylko o dwóch. Pierwsza – komuniści bardzo mądrze przeciwdziałali – jedzenie w stołówkach (poniedziałki bezmięsne, piątki z mięsem), sprowadzenie jakiegoś ciekawego filmu z zachodu akurat w Wielkim Poście, „rzucenie” ciekawych i trudno dostępnych artykułów spożywczych, prześladowania w pracy… No i druga przyczyna – rozluźnienie dyscypliny kościelnej. Te dwie rzeczy się zbiegły w czasie i na efekty nie potrzeba było długo czekać.

 

Teraz mamy do czynienia ze zmiana nie tylko obyczajów, ale i myślenia teologicznego. Wierzymy i owszem w Boga w Trójcy Jedynego, ale widzimy Go przez pryzmat antropologiczny. Wszystko dla człowieka, wszystko skierowane jest na człowieka. Zaprzestaliśmy widzieć i wiedzieć, że to Bóg jest celem, a nie człowiek. I że Post jest po to, by żałować za grzechy i uczcić Mękę Chrystusa Pana.

Dodaj komentarz

Filed under Polemiki

Czy Dekalog jest przekleństwem?

Czytam rozważania o. D. Jarczewskiego OP na Trzecia Niedzielę Wielkiego Postu (na portalu dominikanie.pl pod tyt. „Dar i obietnica”) i się zastanawiam – manipulacja, nowa teologia czy nieznajomość Biblii (w szczególności pism św. Pawła). Nie wydaje mi się, by chodziło o nieznajomość, myślę, ze o. Jarczewski teksty św. Pawła zna. Manipulacja? Ale po co? Po co manipulować tekstem św. Pawła i co da się tym osiągnąć? Może więc jednak nowa teologia, taka, którym młode pokolenie duchownych w wielkim stopniu nasiąkło i nieświadomie głosi, nie zdając sobie sprawę z tego, że daleko odchodzą od nauki Kościoła.

Na Trzecią Niedzielę Wielkiego Postu przewidziano jako pierwsze czytanie Wj 20, 1-17. Krótko mówiąc jest to Dekalog w jego wersji rozbudowanej. Otóż o. Jarczewski ubolewa, że do czytania nie włączono tekstu Wj 20,20: „Mojżesz rzekł do ludu: «Nie bójcie się! Bóg przybył po to, aby was doświadczyć i pobudzić do bojaźni przed sobą, żebyście nie grzeszyli»” Gdyby włączono, gdyby wierni mogli go usłyszeć, to przekonaliby się, że Dekalog nie jest po to, by wzbudzał strach. A strach wzbudza, ponieważ: traktuje się (go) w pierwszym rzędzie jako pewien kodeks nakazów i zakazów. Boimy się, stwierdza dalej dominikanin, bo zbyt dobrze wiemy, jak nieraz trudno im podołać. Stanowią miarę, do której już z założenia nie dorastamy.

Dziwne stwierdzenie! Z założenia nie dorastamy? Co to oznacza? Bóg dał przykazania, wiedząc, że są one niemożliwe do spełnienia? Zrobił sobie taki żart – Ja wam dam przykazania, a wy i tak tego spełnić nie możecie, no to popatrzę jak się z tym borykać będziecie.  Takie rozumowanie oczywiście ubliża Panu Bogu.

Przypomnijmy sobie, że przykazania (Dekalog) dany jest Mojżeszowi dla ludu, na wiele lat przed Narodzeniem się Zbawiciela. Bóg dał takie przykazania, które człowiek jest w stanie spełnić. Sam Pan Jezus mówi do bogatego młodzieńca „Spełniaj przykazania”. Dopiero gdy bogaty młodzieniec stwierdza, że od młodości przykazania te spełnia, Pan Jezus mu proponuje „iść za sobą”, czyli drogę głębszego zaangażowania.

Jak dalej idzie rozumowanie o. Jarczewskiego? Stwierdza on: Jeśli ograniczymy Dekalog do ściągawki do rachunku sumienia, to rzeczywiście, jak stwierdza święty Paweł, okazuje się on nie błogosławieństwem, ale przekleństwem. I w tym miejscu mamy do czynienia z czymś, co bardzo przypomina manipulację. Nie ma odniesienia do tekstu Pawłowego, nie wiadomo z którego listu pochodzą słowa o przekleństwie i czytelnik, który nie musi znać dokładnie treść listów Pawłowych może odnieść wrażenie, że rzeczywiście św. Paweł mówi coś takiego na temat Dekalogu. Proponuję więc przeczytanie trzeciego rozdziału Listu do Galatów, gdzie mowa jest o prawie i o uznawaniu prawa jako środka do zbawienia. Tylko co św. Pawel nie ma na myśli Dekalogu, ale całe skomplikowane prawo żydowskie zawarte w Torze. Ciekawe byłoby przeczytać opinie badaczy żydowskich na temat Listu do Galatów. Oni jednogłośnie uznają, ze św. Paweł mówi o całej Torze, szczególnie o księdze Powtórzonego Prawa i spór z nim prowadzą w tym kierunku.

Jednak o. Jarczewski uważa (?), że słowa św. Pawła o przekleństwie prawa odnoszą się do Dekalogu! Zapomina, że Apostoł pisał do Galatów w obawie przed ich odwróceniem się od prawdziwej nauki i pójścia w stronę herezji judaizantes. Nie bierze pod uwagę szczególną wymowę piątego rozdziału Listu do Galatów, – trzeci bowiem nie może być czytany w oderwaniu od innych rozdziałów.  Po prostu stwierdza pośrednio, że Dekalog jest za trudny dla człowiek i zasadniczo jest to opinia św. Pawła. Wierni, nie będąc biblistami z zasady zaufają osobie duchownej. (A biblistami być nie muszą!)

Trzeba przyznać o. Jarczewskiemu, że wspomina również o znaczeniu laski Bożej: Prawo to w pierwszym rzędzie nie obciążenie, ale dar. Dar i obietnica Boga, że da nam Łaskę do dobrego życia. Że jeśli On jest naszym Bogiem – Bogiem z nami – to, skoro wyprowadził nas z niewoli grzechu, to dalej, po krętych drogach pustyni, prowadzić nas będzie do Ziemi swoich Obietnic. Że – Cierpliwy – będzie nas oczyszczał i umacniał w tej wędrówce.

No tak – chciałoby się jednak powiedzieć – niby tak. Niby tak, bo jest mowa o łasce, ale nie ma mowy, że choć łaska zawsze jest darmo dana, nie jest dawana automatycznie. We wspomnianym piątym rozdziale Listu do Galatów św. Paweł bardzo dokładnie wymienia czyny, które prowadza do zguby i takie, które prowadzą do usprawiedliwienia. Wypadałoby w tym miejscu zacytować (ale trzeba by było skopiować cały piąty rozdział), więc ograniczam się tylko do wersetu 14: całe Prawo wypełnia się w tym jednym nakazie: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. I nie to prawo ma św. Paweł namyśli, gdy mówi o przekleństwach!

Rozważania swoje o. Jarczewski kończy tak: Jeden jest tylko warunek, w którym uwidacznia się, jak poważnie Bóg traktuje Twoją wolność: ON ma być Twoim Bogiem i Panem – rzeczywiście. W Tym wyborze nikt Cię nie zastąpi.

No i podsumujmy: Dekalog jest za trudny do spełniania. Rachunek sumienia według Dekalogu (był kiedyś w każdej książeczce do nabożeństwa) staje się przekleństwem. Łaska Boża owszem jest potrzebna, ale by ją zyskać starczy wybrać Boga jako Pana „rzeczywiście”. To wystarcza, ale co to w nowej teologii oznacza? Tego o. Jarczewski nie wyjaśnia. Choć można się domyśleć, że jeśli Bóg jest cierpliwy, a Dekalog za trudny, to można iść po krętych drogach pustyni, a Bóg i tak nas zbawi. A może oznacza coś innego? Może to, że jedynym warunkiem zbawienia jest wiara (sola fide, jak nauczał Luter). A może jeszcze coś innego…

 

 

 

Dodaj komentarz

Filed under Polemiki