Category Archives: Publicystyka

Dokąd zmierza Kościół (refleksje nad codziennością – część II)

Pięć lat temu pisałam na temat rekolekcji prowadzonych przez głośnego księdza z Ugandy – o. Bashobory. Czy coś od tego czasu się zmieniło? Wydaje się, że nic,  więc przypominam przy okazji, to co pisałam wtedy. (https://mariakominekops.wordpress.com/2013/06/27/rekolekcje-z-uzdrowieniami/)

 Teraz szykuje się wielkie spotkanie na Stadionie Narodowym – spotkanie z tymże ojcem, spotkanie po którym niewątpliwie spodziewają się ludzie najróżniejszych rzeczy, nade wszystko uzdrowień.

Nie jest łatwo mówić na temat ludzi pragnących odzyskać zdrowie. Sama ostatnio ciężko choruję i wiem jak to bardzo chce się być zdrowym i jak trudno jest powiedzieć coś w rodzaju:  dobrze, Panie Jezu, niech będę chora i ofiaruje to cierpienie. Ofiarować cierpienie można stosunkowo łatwo, ale dać zgodę na chorobę jest bardzo trudno.

Mało znana u nas bł. Chiara Badano była chora na raka kości. Umarła mając lat 18. Choroba ujawniła się gdy miała 17 lat. Przez rok unieruchomiona w łóżku mówi „tak” Jezusowi Ukrzyżowanemu i Opuszczonemu, łącząc swoje cierpienia z Jego bólem. Powtarza: Dla Ciebie Jezu, jeśli Ty tego chcesz, ja również tego pragnę. Kiedy nie ma już sił fizycznych, mówi: Niczego już nie posiadam, ale mam jeszcze serce, którym mogę kochać.  Swoim rówieśnikom Chiara zostawia przesłanie: Ja nie mogę już biec, ale chciałabym przekazać Wam pochodnię, jak na olimpiadzie. Macie jedno życie, warto przeżyć je dobrze.

Kto z nas potrafi tak teraz powiedzieć? Kto potrafi tak ofiarować się Panu Jezusowi? Nic dziwnego, że Chiara została wyniesiona na ołtarze.

Być może nie będziemy poddani takiej próbie jak Chiara.Być może  mniejsze cierpienia przez nas odczuwane są jako dużo poważniejsze. Jednak jedno jest pewne: każdego dnia Bóg oczekuje od nas powiedzenia Mu TAK..

Powróćmy  do sprawy ewangelizacji na Stadionie. Choć zasadniczo to nie jest ogłaszane jako ewangelizacja, a raczej jako uwielbienie Jezusa na Stadionie (sic!). Uwielbienie z uzdrowieniami. Choć te uzdrowienia są przewidziane na sam koniec spotkania, to one stanowią istotny czynnik całego przedsięwzięcia. Było by na pewno ciekawe zrobić eksperyment – urządzić takie same spotkanie bez zapowiedzi uzdrowień i zobaczyć jaka by była frekwencja.

Wszyscy w dzisiejszym świecie jesteśmy wyjątkowo wrażliwi na swoje zdrowie (przypominam, że wiem cos nie coś o tym, bo sama choruję i cierpię i tez pragnę  powrócić do zdrowia). Jest to zresztą zrozumiałe. Tylko co jakoś mało się staramy o inne rzeczy ( na przykład o zbawienie duszy) w porównaniu z tym jak staramy się (lub jak jesteśmy w stanie starać się ) o odzyskanie zdrowia. Bo o odzyskanie zdrowia jesteśmy w stanie iść wszędzie – do lekarza, do wróżki, do szarlatana, do bioenergoterapeuty, do cyganki… Sama wiele lat temu zaprowadziłam syna do Harrisa  Chorował, więc zaprowadziłam z pełnym zaufaniem – przecież przyjmowali go w swoich murach dominikanie i inni księża. W jego seansach uzdrowicielskich ponoć wzięło udział 9 mln. ludzi. Trwało to dobrych parę lat. Gdy jednak Harris poinformował, że uzdrawia za pomocą duchów – zabroniono mu wstępu do kościołów. Egzorcyści są całkowicie pewni tego, że dopuszczenie Harrisa do kościołów było wielkim błędem i lekkomyślnością, gdyż – według nich – korzystanie z zabiegów bioenergoterapeutów jest praktykowaniem okultyzmu,  co prowadzi do duchowych zniewoleń. Oczywiście nie koniecznie każdy kto się zbliżył do Harisa wpadł w sidła okultyzmu, ale według danych Roberta Tekieliego około 3 mln ludzi zostało zarażone lub bezpośrednio narażone na okultyzm. Mogą to być dane mocno zawyżone, ale nawet jeśli ta liczba jest mniejsza nie zmienia to istoty rzeczy.

Mamy więc do czynienia z psychomanipulacją, nie rozpoznana przez duchownych naszych kościołów. Nie rozpoznaną również przez hierarchię, mało tego – czy to przez zaniedbanie, czy to przez nadmierną pewność – nikt nie kwapił się w ogóle sprawdzić kim jest Harris i jak to się dzieje, że jedni są uzdrawiani, a drudzy nie (mój syn nie miał żadnej poprawy, zresztą wyzdrowiał jakiś czas potem w czasie pielgrzymki sierpniowej na Jasną Górę). 

Czy obecnie wszyscy duchowni maja pewność skąd i jak to się dzieje, że czasami  ludzie będący na modlitwach czy mszach świętych o. Bashobory są uzdrawiani? Jest to Afrykańczyk (nie mam nic do koloru jego skóry – proszę mnie nie zrozumieć opacznie), Haris zaś też dłuższy czas przybywał w Afryce. Może szamani nauczyli go swego rzemiosła. Może szamani uczyli i. o. Bashobory też.

Powie ktoś, że przesadzam. Może – nie mam stuprocentowych dowodów. Może to nie szamani, może po prostu osobiste kontakty. Bo jeśli o. Bashobora potrafi wskazać palcem kogoś chorego na konkretną chorobę i trafić w dziesiątkę – to zna ukryte rzeczy. A ukryte rzeczy zna i ujawnia tylko diabeł. Anioł ukryte rzeczy zna, lecz nigdy nie ujawnia. .

Zresztą uzdrowienia o. Bashobory bywają różne. Czytam umieszczonej w piśmie ChiT ( to się okazuje skrót od Chrystus u TY  – czego to ludzie nie wymyślą,!) pewne świadectwo o uzdrowieniu z raka za pośrednictwem o. Bashobory. Czytam z pełnym zaufaniem, myśląc, że może ja oceniam wszystko za surowo, jestem otwarta na zmianę opinii, jeśli się przekonam, że się myliłam. No i czytam:

Podczas tej niesamowitej mszy świętej o. John prowadził modlitwę na wzór ewangelicznych modlitw o uzdrowienie. Aż czuć było żar tej modlitwy, ludzie nie wstydzili się na głos błagać Pana Jezusa o wszystkie potrzebne łaski… O. John powiedział „Wśród nas jest osoba z rakiem mózgu. Ta osoba teraz zaczyna terapię – to leczenie jest bardzo, bardzo ważne. Ta osoba będzie całkowicie zdrowa.” Moi bliscy wiedzieli, że chodzi o mnie.

Jestem 19 miesięcy po operacji, radio i  chemioterapię przeżyłam bez problemów i skutków ubocznych. Ojciec John jest niesamowicie otwartym i radosnym człowiekiem. Często powtarza, że Pan Jezus jest wielki i On uzdrawia.

No i proszę – cudowne uzdrowienie odbyło się za pomocą operacji, radio i chemioterapii. Ale zaznaczam – każde uzdrowienie jest w jakiś sposób „cudowne” bo nic nie będzie beż woli Bożej. Tu mówimy jednak o takich cudownych uzdrowieniach, gdy zawieszone z woli Bożej zostają prawa natury.

Tak na marginesie – szczerze mówiąc nie bardzo wiem o co chodzi z tymi „ewangelicznymi modlitwami o uzdrowienie”. Czy to chodzi o cuda, które robił Pan Jezus? Czy o coś innego? Ale to akurat jest najmniejszy problem.

Innym problemem jest rozpowszechniony ostatnio w mediach (katolickich) slogan „uwielbiony stadion”. Nie wiem skąd im się to wzięło. Po prostu  dziennikarze chcą być oryginalni, no i wyszła taka zlepka słów absolutnie nie mająca sensu.

Przyjrzyjmy się teraz spotkaniu:

Spotkanie z o. Bashoborą organizuje Kuria Warszawsko- Praska. Obecny na spotkaniu ma być biskup Marek Solarczyk. O. Bashoborę zaprosił na to spotkanie sam Ordynariusz – bp. Henryk Hozer. Spotkanie przewidziane jest na cały dzień. Nie będzie możliwości, by wziąć w nim udziału tylko częściowo, kto raz wyjdzie nie będzie mógł powrócić, mimo, że opłacił cały dzień!  

Dalej następuje zupełnie zaskakująca informacja: Ze względu na dużą ilość osób nie będzie możliwości korzystania z sakramentu pokuty i pojednania. Prosimy skorzystać z tego sakramentu wcześniej, aby księża byli do dyspozycji tylko w szczególnych przypadkach.

Jak to jest możliwe – Dzień w ramach Roku Wiary (tak jest zapowiedziane) bez sakramentów? Bez spowiedzi? Czy to nic nie daje do myślenia?

Inna ciekawostka: W dwóch miejscach będzie trwała adoracja Najświętszego Sakramentu, zapraszamy, by oddać chwałę Jezusowi. Dokładnie tak jest napisane „Jezusowi” – nie ma „Pana Jezusa”. Ja rozumiem, że Stadion jest duży – ale dlaczego w dwóch miejscach?

No i na koniec czytamy: Ofiary składane na tacę przeznaczone będą na potrzeby diecezji warszawsko-praskiej oraz na działalność o. Johna w Ugandzie. pytam wtedy dla kogo są pieniądze zebrane za bilety? Nie dla Kurii Warszawski-Praskiej? Chyba ona powinna opłacić wynajem Stadionu i chyba z biletów (i ewentualnej dokładki)

A ceny są takie:

Koszt udziału

ZWYKŁY – 40 PLN, dla osób od 17 roku życia wg rocznika (urodzonych do 1996)

ULGOWY – 20 PLN, dla osób do 16 roku życia wg rocznika (urodzonych od 1997)

Bonusy
Za każde 20 zwykłych biletów otrzymujesz dodatkowo 1 zwykły bilet GRATIS 

Strona organizatorów podaje liczbę uczestników już po zamknięciu zapisów – 57.128 .

Nie da to wiele pieniędzy – policzmy dla ułatwienia 57.000 x 37 zł = 2.109.000. (37 zł dlatego, że biorę pod uwagę nieletnich uczestników) Nie wiem ile sobie życzy była charyzmatyczka, obecnie prezydent Warszawy, ale na pewno 2.000.000 na odnajęcie Stadionu jest za mało.(Pamiętamy dołożenie do „Madonny” 5 mln…) Więc gdzie jest  kalkulacja? Dlaczego się zaprasza Bashobarę?

Znajdujemy „odpowiedź” na łamach Metra. Ponoć taka odpowiedź uzyskali dziennikarze od bliżej nieokreślonych (nie podano nazwisk) duchownych Kurii Warszawski-Praskiej:

My w Polsce przyzwyczailiśmy się do cichej modlitwy, raczej indywidualnej. Mamy opory, by modlić się w grupie. Rzucamy temu przyzwyczajeniu rękawicę. Dlatego wybraliśmy obiekt, który pomieści najwięcej osób, Atmosfera na stadionie spowoduje, że po dwóch godzinach cały stadion wstanie i będzie wielbił Pana, wznosząc ręce – zachwalają organizatorzy. – Atmosferę ma rozkręcić ugandyjski duchowny o. John Bashobora. Ma wybitny dar do prowadzenia tak dużych modlitw.

            Cały Stadion wstanie i będzie wielbił Pana – proszę się wczytać dobrze w to zdanie. Najpierw zauważmy – jak wszyscy protestanci lub prostantyzujący nie ma ty dokładnego określenia jakiego Pana. Im starczy „Pan”

            Po drugie – atmosfera na Stadionie spowoduje, że cały Stadion wzniesie ręce. Atmosfera! Nie miłość, nie „uwielbienie”, nie wiara, a atmosfera.. Protestanckie? Chyba nikt w to nie wątpi!

            O. Bashobora ma dar do prowadzenia dużych modlitw . Ale chyba ma i dar do mówienia, podobny do tego, którym był obdarzony Fidel Castro, bo jeśli każda z jego trzech konferencji ma trwać półtora godziny, a potem jeszcze ma prowadzić modlitwy ewangelizujące – to musi być wytrzymały. Zresztą nie  tylko jego wytrzymałość nasuwa skojarzenia z Fidelem. Również i sposób potraktowania wiernych: nie będzie możliwości, by wziąć w nim udziału tylko częściowo przypomina wiece z udziałem Fidela. Ludzie tam szli z jedzeniem na cały dzień siedzieli na trawie i słuchali (lub nie) co mówi ich  przywódca. Tu będą siedzieć na ławeczkach (jeśli będzie gorąco to się usmażą na słońcu) ale wyjść im nie wolno i wrócić na inna godzinę, bo liczba mogłaby się zmniejszyć a jakiś nierozgarnięty dziennikarz opublikować zdjęcia, gdzie połowa krzesełek była by pusta.

            No więc jaki jest cel ciągnięcia od lat do Polski o. Bashoborę? I czy on naprawdę uzdrawia?

            Na pierwsze pytanie można odpowiedzieć raczej w trybie przypuszczającym – po to by rozwalać Kościół i go protestantyzować. A jeśli ktoś ma wątpliwości, co do intencji protestatyzacji, niech przyjrzy się programowi modlitw stadionowych i mi powie, gdzie jest mowa o Matce Bożej, gdzie jest Różaniec święty, gdzie inne modlitwy Maryjne, choćby jakaś Litania czy coś innego. Tego w planie nie ma. Podejrzewam, że po kilku oburzonych artykułach mogą zaśpiewać kilka pieśni maryjnych, ważne jest jednak to, że niema tego w planach. Więc wychodzi tak, że nie ma Matki Bożej i sakramentu spowiedzi. Ktoś powie – ale będzie „Eucharystia”. Owszem przewidziana jest msza św. i na pewno Rodanie Eucharystii, ale w jakich warunkach i czy to będzie godne? Nie umiem tego powiedzieć.

            Na drugie pytanie powinna nam odpowiedzieć Kuria Warszawsko-Praska, o. dominikanie, księża z Rychwału, Wałbrzychu, Pionek, Kazimierzu Biskupim, Górce Klasztornej i wiele innych miejscowości, gdzie był lub się wybiera w tym roku. o. Bashobora. Niech sprawdza dokładnie wszystko, by nie powtórzyła się historia z Harrisem.

 

12 komentarzy

Filed under Publicystyka

Rekolekcje z uzdrowieniami

(Ten tekst z roku 2008 umieszczam ponownie, jestem przekonana, że ułatwi on odbioru tekstu napisanego obecnie. )

Jakiś czas temu rozmawiałam z pewnym dominikaninem na temat tego, co się dzieje w Medjugorie. Mówiliśmy o zjawieniach, ich przebiegu i o tym, co ludzie opowiadają po powrocie, a szczególnie o tym, co mówią ci, którzy wracają przekonani co do cudowności zjawisk. Kapłan ów powiedział wtedy, że właśnie to, o czym mówią „żyjący orędziami” najbardziej go utwierdza w przekonaniu, że tam nie ma działania Matki Bożej, a wręcz przeciwnie – widać oznaki działania złego ducha. Otóż ci ludzie więcej mówią o mocy szatana i potrzebie wystrzegania się go, niż o Matce Bożej czy o Panu Jezusie. „Proszę przysłuchać się ich opowiadaniom”, mówił ten kapłan, „zawsze tam będzie coś o szatanie, zawsze będzie o jego działaniu, owszem, bardzo dużo się mówi o nawoływaniu Maryi do postów, do modlitwy itd., ale nie ma relacji, gdzie by nie było mowy o szatanie. Czasami”, mówił dalej, „odnoszę wrażenie, że szatan robi sobie taką cichą reklamę w Medjugoriu”.
Te słowa przypomniałam sobie bardzo wyraźnie w ostatnich dniach, kiedy słuchałam przez radio internetowe pewnych „rekolekcji”. Odbyły się one w dniach 21- 23 listopada w kościele oo. dominikanów na warszawskim Służewie. O mających się odbyć rekolekcjach dowiedziałam się przypadkowo dokładnie dwa dni przed ich rozpoczęciem. Byłam na podwórku kościelnym, gdy pewna dziewczyna zapytała mnie, gdzie można odebrać zaproszenia. Nie wiedząc o jakie zaproszenia chodzi nie umiałam jej pomóc, ale ona mi wyjaśniła, że chodzi o zaproszenia na specjalne rekolekcje, które mają się odbyć w kościele. W swojej naiwności powiedziałam jej, że na pewno się myli, bo gdyby miały być jakieś rekolekcje, to na kościele byłby jakiś plakat, jakieś ogłoszenie, a poza tym rekolekcji nie robi się na zaproszenia. Okazało się jednak, że to ja jestem w błędzie, ponieważ zaproszenia były i to na dodatek płatne. Nie wiem dokładnie ile ta suma wynosiła, chyba jednak nie była wygórowana.
Nie mieszkam w parafii dominikańskiej, jednak z racji swej przynależności do Trzeciego Zakonu Dominikańskiego i dlatego, że moja macierzysta fraternia ma siedzibę przy klasztorze oo. dominikanów na Służewie bywam tam bardzo często, nie na tyle jednak by wiedzieć, że parafianie zostali zawiadomieni o tym, że w czasie „rekolekcji zamkniętych” niektóre msze św. będą się odbywać w tzw. sali parafialnej, bo kościół będzie zamknięty dla niezaproszonych. Nawet w niedziele tylko ranne msze św. były planowane w kościele, popołudniowe miały być w sali. Od znajomych dowiedziałam się wreszcie, że zaproszenia nie były rozprowadzane wśród parafian, co jest powodem wielkiego rozgoryczenia, ponieważ „będzie wiele uzdrowień, ale tylko dla swoich, a nie dla zwykłych parafian”. Wszystko to mnie zainteresowało na tyle, że postanowiłam dowiedzieć się jak najwięcej o rekolekcjoniście i o rekolekcjach. Okazało się to niezwykle łatwe.
Od dłuższego czasu unikam wszelkich nabożeństw w ten czy inny sposób związanych z charyzmatykami. Widziałam parę razy zachowanie się wiernych ogarniętych euforią – zawsze budziło to we mnie pewien niepokój. Słyszę jednak regularnie relacje z takich spotkań, obserwuję co się dzieje po jakimś czasie z tymi, którzy regularnie w takich nabożeństwach uczestniczą. Często więc spotykam się z pewnym rodzajem uzależnienia od spotkań charyzmatycznych, często z różnymi rodzajami zachwiania w wierze, ale najczęściej – z infantylizacją wiary i duchowości. Czasami nawet obawiam się o los ludzi, którzy uczestniczyli w takich nabożeństwach – skutki bywają różne – od zachwiania nerwowego do zatracenia poczucia własnej odpowiedzialności za swoje czyny i zrzucania wszystkiego na „powiązania międzypokoleniowe”, działania „przekleństw”, ingerencję szatańską. Nie chcę być źle zrozumianą. Nie neguję w żadnym wypadku możliwości ingerencji złego ducha, rzucenia czarów czy przekleństw. Jednakże Kościół uczy, że do tego potrzebna jest zgoda człowieka. Nadmierne dopatrywanie się ciągłej ingerencji duchowej grozi zatraceniem poczucia grzechu.
Podobnie jest z nadmiernym dopatrywaniem się wszędzie działania Ducha Świętego. Temat jest niezmiernie trudny – zaznaczę go tylko skrótowo. Oczywiście Duch Święty działa i jak naucza Kościół – nie ma takiego dobrego dzieła, które nie było wykonane dzięki łasce Bożej. Oczywiście – nasze dobre myśli, decyzje, czyny – wykonywane są pod natchnieniem Ducha Świętego. Jednakże nie wolno uważać, że Duch Święty jest na posługach u człowieka i przyjdzie na każde zawołanie, albowiem On tchnie kiedy chce i gdzie chce.
Chyba najbardziej pod tym względem niebezpieczne są dwa rodzaje nabożeństw, w jednym dochodzi do „zasypiania w Duchu Świętym” i do wybuchów „świętego śmiechu”, a w drugim – do tzw. „uzdrowień międzypokoleniowych”. (pisałam na ten temat w zeszłym roku – artykuł „Uzdrowienie czy…”) Stają się one coraz bardziej powszechne, wystarczy wspomnieć, że odbywają się nawet u oo. dominikanów – strażników wiary. Zapewniam, że nie ma nic budującego w oglądaniu padania wieli ludzi na ziemi „pod wpływem Ducha Świętego”, słuchaniu niekontrolowanych wybuchów śmiechu i wycia (tak dosłownie wycia!). Nie ma też nic budującego w wykrzykiwaniu przez wiernych (za wskazówką kapłanów – gości oo. dominikanów z dalekiej Brazylii) „Duchu Święty przyjdź, tu jestem” i podawanie swego imienia Duchowi Świętemu! Wręcz przeciwnie – jest przerażające, że to się dzieje pod okiem właśnie dominikanów. Dlatego tak bardzo zainteresowało mnie jakie będą wspomniane na początku rekolekcje.
Najpierw – pierwszy raz w życiu spotkałam się z faktem zamknięcia dostępu do kościoła parafialnego dla parafian. Po drugie – nie spotykałam dotychczas określenia „konferencje, które są powiązane z rekolekcjami”, a takie określenie tam funkcjonowało (ogłoszenie internetowe oo. dominikanów mówiło o „zamkniętej konferencji”). Po trzecie – moje zainteresowanie wzbudziła osoba głównego rekolekcjonisty – ks. Johna Baptysty Bashobora z Diecezji Mbarara w Ugandzie, współorganizatora konferencji New Dawn (Nowy Świt), która odbywa się w Ugandzie od 2002 r.; członka Narodowego Stowarzyszenia Modlitwy Wstawienniczej. Jak podają strony charyzmatyków: „Był w wielu krajach świata. I jest tam bardzo pożądany z powodu odznaczającej się i rozwiniętej posługi uzdrawiania. Jest również bardzo zaangażowany w posługę uwalniania, która idzie w parze z posługą uzdrawiania.
Jego własny biskup potwierdza 27 przypadków wskrzeszeń, a lokalna społeczność twierdzi, że było tych przypadków znacznie więcej niż 40.” Nic dziwnego, że taka osoba potrafi wzbudzić zainteresowanie. Dodając do tego wpisy o uzdrowieniach liczonych w setki, ba nawet tysiące…
Jednak jeszcze jeden fakt – i ten właśnie był dla mnie najbardziej istotny – to zaangażowanie w przyjazdy ks. Bashobory i w prowadzone przez niego nabożeństwach dwóch osób o wielkim autorytecie. Jedna z nich – to sam abp. S. Dziwisz, pod patronatem którego odbywało się w zeszłym roku spotkanie z ks. Bashoborą w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach. Druga – to jezuita o. Aleksander Posacki, niekwestionowany autorytet w zakresie demonologii, sekt i problematyki okultyzmu i ezoteryzmu. Dlaczego o. Posacki miał włączyć się w coś tak wątpliwego? Dlaczego Pasterz diecezji krakowskiej popiera tego typu nabożeństwa? Te pytania, które zadałam sobie wtedy, dotychczas pozostają dla mnie bez odpowiedzi.
Jak już wspomniałam śledzenie przebiegu konferencji okazało się nadzwyczaj łatwe. W internetowym radiu należącym do „Odnowy w Duchu Świętym” miała miejsce transmisja „na żywo”, a wieczorem były powtórki. Tak więc przy dobrej chęci można było słuchać tego co się działo w kościele służewieckim. A więc słuchałam i nie tylko słuchałam, cały czas na gorąco zapisywałam prawie słowo w słowo, to co tam mówiono. Mam te zapiski. Zacytuję tylko niektóre wyjątki, lecz jeśli ktoś chce – mogę je udostępnić w całości. Chętnie to zrobię, ponieważ same słowa, odarte z nastroju podniecenia i oczekiwania na cud (cudy), mają zupełnie inny charakter i być może pomogą niejednemu zobaczyć jak bardzo są one trywialne i jak mało niosą treści katolickich.
Katolickich… Nigdy w życiu nie słyszałam tak często powtarzanego słowa „katolicki”, odmienianego przez różne przypadki. Katolikami jesteśmy, potrzebni są katoliccy charyzmatycy, katolikos – to znaczy powszechny, katolicka Odnowa w Duchu Świętym… Najczęściej jednak używane słowo, to demon! Nigdy nie słyszałam na raz tyle o demonach! Przez trzy dni nieustannie mówiono o demonach! Inne słowo, które się powtarzało – to „przebaczam”. Należy też podkreślić, że nieustannie nawoływano z ambony do spowiedzi i że konfesjonały były „czynne” – ludzie się spowiadali, ojców spowiedników nie brakło. Wiele też mówiono o Panu Jezusie, nie zapomniano o Matce Bożej, o Eucharystii, różańcu i bierzmowaniu. Jeśli tak, jeśli była mowa o katolickości, przebaczaniu, spowiedzi, innych sakramentach, o Najświętszej Maryi Pannie – to skąd moje obawy? Dlaczego te rekolekcje (śmiem to powiedzieć) wpisują się w całą panoramę zagrożeń dla Kościoła i co za tym idzie – dla wiernych. Żeby to wyjaśnić najpierw zrelacjonuje pokrótce przebieg konferencji (rekolekcji).
Pierwszy dzień był poświęcony zagrożeniom duchowym. Głoszono tzw. „świadectwa” ludzi, którzy mieli do czynienie z okultyzmem w różnej postaci i wykłady specjalistów. Wystąpili m. in. Leszek Dokowicz, Robert Tekieli, o. Aleksander Posacki SJ. Każdy z nich na różny sposób mówił o zagrożeniach demonicznych. Oczywiście z niecierpliwością czekałam na wystąpienie o. Posackiego. Słuchałam go bardzo uważnie (i notowałam). Wszystko co mówił było bardzo dobrze wyważone, poparte argumentami, przekonujące. Jednak cos w jego wypowiedzi mnie zaskoczyło. Bowiem na koniec swego wystąpienia o. Posacki podkreślił, że jego i inne wykłady i świadectwa mają przygotować obecnych „do tego, co się będzie działo tutaj jutro”! Nie do treści, które maja zostać przekazane, nie do lepszego zrozumienia nauki rekolekcjonisty, ale do tego co się będzie działo! A że wszyscy wiedzieli, że maja się dziać cuda uzdrowienia – no to cóż – przygotowanie do cudu!
Następnego dnia o demonach było mniej, choć ciągle z nimi się żegnano! Wystąpił ks. Bashobara i zapowiedział, że „Idziemy i wszędzie zabieramy radość – la, la, la, yes Lord, yes Lord… amen.” I pożegnał demony – „by, by daimon, by, by”. Oto małą próbkę wielokrotnie powtarzanej mowy:
„Uwielbimy Boga teraz. Widzicie ci wszyscy księża co tu są, to tak naprawdę egzorcyści, to coś ten demon może uczynić – by by daimon. Spowiadamy się, ogłaszamy chwałę Boga, ogłaszamy, że jesteśmy córkami i synami Boga i demon ma problem, ale może się ukrywać ten demon. Ilu z was otrzymało bierzmowanie, podnieście ręce, cha – cha; więc staliście się żołnierzami Jezusa. I dlatego tego jest katolicka Odnowa. Powrót do korzeni, stać się żołnierzami Chrystusa, katolikami charyzmatykami, chodząc w świętości Bożej, a wiec głosić świętość gdziekolwiek idziemy!”
Jak się widzi ten tekst to wygląda tak skromnie – ale w rzeczywistości jest to wypowiadane z wielka emfazą, przerywane śpiewem, nuceniem i częstymi okrzykami: „Brawa dla Jezusa!” po których następują frenetyczne oklaski!
Zanim przejdę do opisu zapowiedzianych „cudów uzdrowień”, które miały miejsce trzeciego dnia wspomnę o dwóch wypowiedziach, które upewniły mnie w przekonaniu, że tam, w kościele służewieckim, dzieje się coś bardzo niedobrego i niebezpiecznego.
Pierwsza miała miejsce w czasie „nauczania” Johna Ricka Millera (nie jestem pewna pisowni nazwiska), który przedstawił się jako osoba świecka, posługująca w kościele. O jego posłudze jeszcze będzie mowa.
Otóż pan Miller rozpoczął swoje wystąpienie od słów „Niech wam Bóg błogosławi”, co natychmiast zbudziło moja czujność, bowiem tak może mówić tylko kapłan. Świecki może użyć formuły „niech nam Bóg błogosławi”. Mimo pozorów, nie jest to drobiazg. Po czym odmówił coś na kształt modlitwy i zaklęcia jednocześnie. Zaczęło się całkiem niewinnie: „Św. Michale Archaniele, przyjdź przez przestrzeń czasu i odległości. Pozwól jednemu aniołowi ze wszystkich dziewięciu chórów – by każdy był tu obecny, po jednym z każdego chóru.”
Dalej jednak było już całkiem niepokojące: „wzywam po jednym z każdego z dziewięciu chórów anielskich by tu przybył.” I tak pan Miller wzywał po kolei po jednym z chórów cherubinów, tronów, panowania, mocy, zasług (cnot?), zwierzchności, wreszcie z chóru archaniołów! Potem wezwał anioła stróża Warszawy i Polski, aniołów obecnych w kościele, stróżów tabernakulum i wejścia do tego kościoła i wszystkich aniołów stróżów obecnych w kościele. Wreszcie zakończył najbardziej dziwacznym wezwaniem: „Wzywam Jana Pawła II, aby łaskawie usłyszał mój głos, św. Maksymilianie Kolbe, św. ojcze Pio, św. Charbelu, wzywam was, byście w tej chwili otoczyli kołem to święte zgromadzenie wraz z Maryją, Jezusem i św. Józefem.” Swoje wezwania zakończył po katolicku – odmówiono wspólnie: Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu.
Świecki, który wzywa aniołów (zamiast się do nich modlić!) albo jest zwykłym oszustem, albo nawiedzonym, który nie wie czym może mu to grozić i czym to grozi tym, którzy go słuchają. Pamiętajmy, że nawet wyświęcony kapłan nie może bezkarnie wzywać aniołów i duchów, tym bardziej zwykły świecki. A dodatkowe wezwanie – prawie nakaz – by Pan Jezus wraz z Matką Boża i św. Józefem otoczyli kołem jest tylko zwykła konsekwencją roszczenia sobie praw do wzywania i rozkazywania. Zagrożenia, wynikające z takiej postawy chyba są znane każdemu, kto choć trochę interesuje się nauką Kościoła w tym przedmiocie. A jak się weźmie pod uwagę, że poprzedniego dnia mówcy ostrzegali przed wywoływaniem duchów – to wszystko staje się zupełnie niezrozumiale. Czyżby taki autorytet jak o. Posacki nie wiedział co się mówi i dzieje po pierwszym dniu „przygotowania”?
Do pana Millera i jego „nauczania” powrócę niżej, teraz wracam do ks. Bashobary. Otóż ks. Bashobara też odwoływał się do duchów. Być może dlatego, że sam miał smutne doświadczenia rodzinne (matka go obumarła, chowała go ciotka, która go nie znosiła tak bardzo, że szkodziła mu na każdym kroku aż do próby otrucia), być może dlatego, że spotkał się z wieloma przypadkami ludzi, którzy nie są w stanie zapomnieć krzywd, wyrządzonych im przez przodków, nawoływał do całkowitego przebaczenia wszystkiego swoim przodkom. Bardzo chrześcijańskie i katolickie chciałoby się powiedzieć. Ale… Ale to co on mówił i robił nastręcza wiele wątpliwości.
Najpierw – powiązał mające się odbywać uzdrowienia z przebaczeniem bliskim zmarłym. Po drugie – kazał ich wzywać! Zacytujmy:
„Stań przed tą osobą, o której myślisz, przypomnij sobie tę osobę, stań i przebacz tej osobie. To jest trudne, ale z łaską Boga można to uczynić… Teraz możecie czuć w klatce piersiowej takiej ukrytej złości, która niech teraz odejdzie. Duchu Święty, dotykaj teraz te ukryta złość, oczyszczaj nas z niej. Teraz niech odejdzie, niech odejdzie od nas. Wszystko to co powodowało bóle niech odejdzie w Imię Jezusa, to co powodowało ból pleców niech odejdzie teraz. Odejdź w Imię Jezusa. Widzimy już tę osobę, jest to osoba bliska, która umarła, kiedy umarła czułem się bardzo zły, czułem się smutny, mam w sobie złość i smutek, muszę przebaczyć. Kiedy umarłeś brakowało mi tej miłości.” I tak długo, wymieniając wszelkich bliskich i powinowatych: matko, bracie, dziadku, babciu, ciotko, siostro, sąsiedzi… i zawsze z dodaniem: „Przebaczam ci w Imię Jezusa. Kiedy umarliście brakowało mi waszej miłości – przebaczam wam.”
Przebaczenie – takie katolickie! A dalej:
„Wszyscy którzy umarli byli instrumentami Bożej miłości i brakuje nam ich miłości i to jest powód bólów głowy, nóg, to jest powód. Teraz otwórzcie dłonie, prosimy Jezusa który dal wam waszych bliskich, prosimy Jezu – przybliż mi teraz mego ojca, matkę córkę, brata… by mógł mnie objąć. Pozwól by mnie teraz objęli z miłością, którą przez nich przekazałeś. Więc teraz wasi bliscy są w wyjątkowy sposób z wami, przyjmijcie teraz Bożą miłość przez tych którzy umarli… I Ty Panie, usuń teraz cały smutek od sierot, od matek i ojców itd.. Oczywiście nie możecie pozostawać ze zmarłymi – jeden po drugim oddajcie z powrotem Jezusowi. Matko, oddaje cię Jezusowi, Babciu itd… Pozwólcie niech to odejdzie, oddychajcie, spokojnie oddychajcie. Ta choroba opuszcza was. Niektórzy czuja trzęsienie serca, widziałem, że chorujecie na anemię – to wszystko teraz odchodzi. Oddajcie wszystkich tych, którzy umarli z powrotem Jezusowi.”
Czy to nie jest żonglerka duchami? Czy to jest katolickie? Co to jest za wywoływanie zmarłych i oddawanie ich z powrotem Jezusowi? Czy wołanie duchów staje się normalnym, jeśli się to dzieje w świątyni i bez specjalnego stolika? Czy pod pozorem przebaczenia swoim bliskim wolno wołać zmarłych i to – o ironio! – wołać za pośrednictwem samego Boga, który te procedery zakazał?
Wspomniałam o swoich wątpliwościach w rozmowie z pewnym kapłanem. Skwitował wszystko pobłażliwie słowami: „Och, to Afrykańczyk!” A co to ma za znaczenie, że Afrykańczyk! Jest to kapłan Kościoła i dzieje się to w obecności innych kapłanów i za ich aprobatą!
Wreszcie dochodzimy do uzdrowień. Oto jak ks. Bashobara ogłaszał kolejne uzdrowienia: „Niektórzy cierpieli na migrenę – z waszego czoła to wszystko odchodzi. Niektórzy w całym ciele – ból odchodzi teraz, niektórzy stałe bóle głowy – odchodzi – niektórzy nie mogli słyszeć – jesteście teraz uzdrawiani. Będą ci, co otrzymają duża niespodziankę, noszą okulary i spojrzą normalnie. Niektóre osoby mają wrażenie, jakby chciały wymiotować – Bóg was uzdrawia…. Odrzuć swój grzech i wtedy ta moc będzie przez ciebie przepływać. Dotknij tej części ciała gdzie cierpisz, Jezus mówi – chorobo odejść teraz, bądź uzdrowiony, Jezus mówi – dotykam cię teraz, twoja wiara cię zbawiła, zacznij otrzymywać swoje uzdrowienie…. Ilu z was zostało uzdrowionych – podnieście dłonie, jeszcze wyżej, uwielbimy Boga teraz!” I oczywiście długie oklaski i okrzyk „Brawa dla Jezusa!”
Nie ma sensu cytować więcej. Starczy wspomnieć, że ks. Bashobara oznajmił wiernym, że „w czasie komunii św. Pan mówił do mojego serca o wielu uzdrowieniach, które mają teraz miejsce” i doliczył się 18 uzdrowień z epilepsji (skąd tylu epileptyków na takim spotkaniu i skąd oni, podnosząc ręce do góry wiedzieli, ze są uzdrowieni?), wiedział też o 70 osobach uzdrowionych z nowotworów, którym polecił zrobić badania około 17 stycznia, wiedział, że 25 małżeństw, skłóconych ze sobą połączy się znowu, 17 kobiet, które ma problemy z poczęciem dziecka pocznie około 25 stycznia, osoby zaginione dadzą znać o sobie swoim rodzinom, a na koniec (i to już zacytuję!) – „Tu z przodu siedzą studenci, głównie w naukach ścisłych – Pan w tym kierunku was umacnia, Pan daje wam nową łaskę, bo bardzo źle szła wam matematyka. Chwalmy Pana za to!” Oczywiście każde takie ogłoszenie następujących uzdrowień kończyło się radosnym okrzykiem: „Brawa dla Jezusa!”
Przerywnikiem w radości z uzdrowień była tez piosenka o treści mniej więcej takiej:
Czuję Jezusa w moich stopach, na swoich oczach i moich uszach, Jezus jest w całym moim stworzeniu! Jezus jest w całym mym jestestwie. Przyjdź Jezu i nieś mnie na swoich plecach – je je, je je…. Czuje Cię w moich stopach, w moim żołądku, nawet w moim nosie, jesteś w moich uszach i w całym moim stworzeniu. Idziemy z Jezusem. Amen. Brawa dla Jezusa!
Gwarantuję, że nie dodałam nic od siebie do wymienionych poszczególnych części ciała. Podejrzewam, że nikt nie powiedział ks. Bashobarze co oznacza po polsku „ mieć kogoś w nosie”. Nie dopatruje się tu złej woli. Co nie zmienia faktu, że słowa piosenki, śpiewanej zresztą z emfazą przez zgromadzonych, są głupie i co gorzej teologicznie błędne. A to wszystko działo się w kościele strażników wiary!
Cuda, uzdrowienia, pomoc od Boga nawet w matematyce! To wszystko jest takie chwytliwe, tak bardzo się podoba ludziom, że idą urzeczeni i jakby mieli „oczy na uwięzi”. Mam cichą nadzieję, że ten artykuł może pomóc niektórym, by ujrzeli jakie to wszystko jest płaskie i dalekie od wiary. Coś innego jest przeczytać słowa ks. Bashobary i na spokojnie przyjrzeć się treści, coś innego jest być w pełnym kościele i poddawać się sterowanym nastrojom, uczuciom, rozbudzać w sobie nadzieję, że może to ja jestem jednym z tych uzdrowionych. Ale czy to jest etyczne? Chory człowiek często jest gotów chwycić się wszystkiego, nawet iść do czarodziejów, wróżek, szamanów i wszelkich innych szarlatanów, byleby odzyskać nadzieję na uzdrowienie. Chorego można zrozumieć, lecz nie wolno go prowadzić na manowce.
W roku 2000 Kongregacja Nauki Wiary wydała specjalną Instrukcję nt. modlitwy o uzdrowienie. Miała ona zapobiec wszelkim i licznym nadużyciom. Wydaje się jednak, że ci którzy organizują konferencje, rekolekcje czy inne spotkania „z uzdrowieniami” nie do końca zapoznali się z przedstawionymi tam normami dyscyplinarnymi. Zacytuje tylko dwie z krótkim komentarzem:
Art. 5. § 2. Powinno się troskliwie unikać pomieszania tych wolnych modlitw nieliturgicznych z celebracjami liturgicznymi w ścisłym tego słowa znaczeniu.
Mowa tu o modlitwach o uzdrowienie. Niestety, ks. Bashobara natychmiast po Komunii świętej, jeszcze przed błogosławieństwem nie tylko miał „przekaz od Pana”, ale i modlił się, wzywał takimi słowami: „Duchu święty. przyjdź teraz, wypełnij wszystkich tutaj obecnych, poruszaj się w nas, Ty umacniasz nasze życie, poruszaj się w nas Panie, Ty przynosisz radość tam gdzie nie ma. Poruszaj się wśród tych co chorują na astmę, poruszaj się w naszych głowach, wśród tych co nie widza, przyjdź, poruszaj się…” Mamy do czynienia z poważnym nadużyciem liturgicznym, bowiem następny § 3 brzmi:
Jest poza tym rzeczą konieczną, aby w ich realizacji nie dochodziło, przede wszystkim ze strony tych, którzy je prowadzą, do form podobnych do histerii, sztuczności, teatralności lub sensacji.
Tu chyba komentarz nie jest konieczny – sensacji i teatralności było co nie miara.
Wspomniałam powyżej, że pod koniec artykułu powrócę do „nauczania” pana Ricka Millera. Otóż oznajmił on zgromadzonym, że dostał specjalną misję od samej Najświętszej Maryi Panny. Misja ta polega na głoszeniu „głowom państw i głowom kościoła (?) w poszczególnych państwach” konieczności poświęcenia danego państwa Najświętszemu Sercu Jezusowemu i Niepokalanemu Sercu Maryi. Przy okazji opowiedział jak był w Kolumbii, „która kiedyś była konsekrowana NSJ, a potem rozkonsekrowana” i rozmawiał z prezydentem, który jednak mu powiedział, że teraz nie jest dobry moment polityczny, ale jednak odmówił z nim w TV różaniec, co pan Miller potraktował jako cud. Nasuwa się kilka pytań: pierwsze – ściśle teologiczne – co to oznacza rozkonsekrować państwo? Drugie – jakie „chody” musi mieć zwykły świecki, by został przyjęty przez prezydenta i odmawiać z nim różaniec w TV (prawdopodobnie prezydent wykorzystał to w jakimś swoim celu). Ludzie jednak w swej naiwności się zachwycali „cudem odmówienia różańca w TV”.
Na koniec pan Miller ogłosił (według własnego określenia) „radosną nowinę”. Przyjechał do Polski, by rozmawiać z „głową państwa i głową kościoła” i namówić ich na konsekrację Polski NSJ i NSM. Przyjęto to długimi oklaskami. Pan Miller zaznaczył, że teraz wiele zależy od wiernych, muszą oni zacząć tworzyć grupy modlitewne, inaczej nie uda się nic. Te grupy będą jego zapleczem modlitewnym i wtedy dojdzie do konsekracji Polski i Najświętszemu Sercu Jezusowemu i Niepokalanemu Sercu Maryi. Szkoda tylko, że nikt nie powiedział Millerowi, by nie wywalał otwartych drzwi. Otóż Naród Polski był poświęcony trzykrotnie NSJ – w roku 1920 w Częstochowie, w czerwcu 1921 r. w Krakowie i w 1951 r. w Warszawie. Poświęcenie Niepokalanemu Sercu Maryi dokonał zaś Prymas Polski, kardynał August Hlond, 8 września 1946 roku.
Nie bez kozery rozpoczęłam swój artykuł od przypomnienia Medjugoria. Właśnie w słowach pana Millera ukazuje się bezpośredni, choć zawoalowany związek z tym, co tam się dzieje. Tam słyszy się ciągłe nawoływanie o ogłoszenie Maryi Królową Pokoju i jakoś nikt z wiernych się nie zastanawia, że tytuł ten Maryi został już dawno nadany (zrobił to Benedykt XV w 1917 r.). Tam ciągle mówi się o demonach i o szatanie, czego efektem jest to, że wierni przestają rozumować logicznie i wszędzie (tam gdzie jest i tam gdzie go nie ma) dopatrują się szatana. Ostatecznie wszystkie niepowodzenia są przypisywane działaniu złego ducha, co prowadzi do zatracenia poczucia własnej odpowiedzialności, w konsekwencji – do zatracenia poczucia grzechu. Podobnie w Warszawie, w kościele służewieckim, mówiono bardzo dużo o demonach. Nadmiernie dużo, o wiele więcej niż potrzeba, by ostrzec wiernych przed działaniem złego ducha. Podobnie jak i w Medjugoriu mówiono o wielu domniemanych uzdrowieniach. Nie wspomniano ani razu o zamiarze zbadania prawdziwości uzdrowień.
Art. 9 wspomnianej już Instrukcji nakłada obowiązek by ci, którzy przewodniczą celebracji zebrali obiektywnie i sumiennie ewentualne świadectwa i przedłożyli fakt kompetentnej władzy kościelnej. Podobnie od lat dzieje się w Medjugoriu – ludzie mówią o uzdrowieniach, nikt jednak nie bada ich prawdziwości.
I jeszcze jedno – zwolennicy Medjugoria łączą się w grupy modlitewne, najczęściej zwane „Wspólnotami Królowej Pokoju”. Jeśli apel Millera okaże się skuteczny doczekamy się i grup modlitewnych zebranych wokół idei konsekracji Polski NSJ. Będą nowe „wieczerniki”, powoli oddzielające się od normalnego życia Kościoła, jak to ma miejsce z grupami medjugoryjskimi. Szatanowi to na razie wystarczy – powolne rozbijanie Kościoła, powolne podkopywanie tradycyjnych nabożeństw, wreszcie powolny rozkład formacji wiernych i sprowadzenie nabożeństw do swoistych happeningów.
Więc bądźmy czujni, unikajmy sensacji w wierze i pozostańmy przy zdrowej nauce Kościoła.
5 grudnia 2008

2 komentarzy

Filed under Publicystyka

Ekumeniczne migawki

(Na bezdrożach ekumenizmu)

Rozpoczął się Rok Wiary. Dobrze by było wykorzystać tę okazję i uświadomić sobie jaka jest nasza wiara, ta prawdziwa, katolicka wiara. Nie rozmyta, nie rozwodniona, a taka – prawdziwie rzymsko-katolicka. I dobrze by było, byśmy byli postrzegani przez „braci odłączonych” i innowierców jako rzymscy katolicy. Tak jak było kiedyś. Ale chyba te czasy (miejmy nadzieję, że tylko chwilowo) minęły. Teraz już nas tak nie widzą. Takie są niestety skutki ekumenizmu, który coraz bardziej zbliża się do koncepcji synkretyzmu.

Ekumeniczna migawka z pobytu w Bułgarii:

W czasie podróży po Bułgarii zwiedziliśmy jeden z prawosławnych górskich klasztorów. Gdy tam weszliśmy okazało się, że za chwilę rozpocznie się chrzest. Oczywiście zostaliśmy, by przyjrzeć się całemu rytuałowi. W tym miejscu należy podkreślić, że rytuał jest bardzo bogaty w treść i zasadniczo bardzo podobny do „trydenckiego”. Kapłan odmawia egzorcyzmy, odmawia z wiernymi Credo, podaje sól egzorcyzmowaną, wyjaśnia chrzestnym ich obowiązki, pyta o ich wiarę i żąda od nich wyrzeczenia się szatana. Chrzci przez zanurzenie. Po chrzcie dziecko jest przebierane w nowe białe ubranie (zastąpione obecnie w nowym katolickim rytuale białą chusteczką). Ta pierwsza część rytuału odbywa się przy chrzcielnicy, potem kapłan podchodzi z dzieckiem pod carskie wrota (za którymi jest prezbiterium), udziela sakramentu bierzmowania i klęcząc z dzieckiem przestawia go Bogu jako nowego członka kościoła.

W ciągu całego rytuału staliśmy dość blisko, a że ludzi było nie wielu, kapłan nas widział i wyraźnie zwrócił na nas uwagę. Nic dziwnego, bo gdy należało zrobić znak krzyża –zegnaliśmy się (po katolicku), gdy wspominał Trójcę Przenajświętszą – schylaliśmy głowy. W ogóle wiedzieliśmy jak się zachować (w różnicy od rodziców i chrzestnych, których musiał kilka razy pouczać).  Więc, gdy skończył rytuał i przedstawił już dziecko Bogu, zwrócił się do obecnych krótką przemową.

Najpierw wyjaśnił co to jest chrzest i to całkiem poprawnie. Nie mówił (tak jak słyszę regularnie u nas w czasie chrztu według nowego rytu), że wspólnota z radością przyjmuje dziecko, tylko że dziecko zostało wszczepione w Chrystusa. I wyjaśnił, patrząc na nas, że prawosławni, tak jak katolicy też chrzczą, że chrzest i katolicki i prawosławny jest ważny. No i dodał, że w różnicy od katolików to prawosławni udzielają bierzmowania od razu po chrzcie, a katolicy czekają z tym i udzielają go dopiero na łożu śmierci.

Reagując jak zwykle za szybko i żywiołowo musiałam jakoś jawnie mu pokazać, że coś jest nie tak, bo po skończonych obrzędach przyszedł do nas i zaczęliśmy rozmawiać. Od razu przeprosił, że mu się pomyliło i że wie, że to ostatnie namaszczenie jest na łożu śmierci, ale nie bardzo wie kiedy jest udzielane bierzmowanie. I tak, od słowa do słowa, zaczęliśmy rozmawiać na tematy teologiczne. Kapłan (młody) okazał się oczytany i stwierdził, że to co kiedyś było, teraz już jest zupełnie inaczej. I że różnice między prawosławiem i katolicyzmem już nie są brane pod uwagę przez katolików. (sic!). Powołał się na rozmowy z katolickimi kapłanami (n. b. pracującymi w Bułgarii kapucynami z Polski), którzy go zapewnili, że już nikt nie chce nawracać prawosławnych na katolicyzm. Czasy się zmieniły. Jedynie co chcą, by prawosławni byli jeszcze lepszymi prawosławnymi, niż obecnie są.

Istotnie – musiałam mu przyznać rację – czasy się bardzo zmieniły, bo bardzo dobrze pamiętam jak jakieś może z 20 lat temu byłam zaproszona na chrzest dziecka znajomych w Sofii i kapłan, który wtedy udzielał chrztu nakazał mi wyjść i mu się na oczy nie pojawiać. A było to tak: gdy doszło do odmówienia Credo odmawiałam głośno wraz z kapłanem i na słowa o Duchu Świętym powiedziałam „który od Ojca i Syna pochodzi”. Otóż prawosławie nie uznaje tej formuły i ma tylko „który od Ojca pochodzi”. Ów kapłan powiedział od razu, że nie życzy sobie katolików w czasie chrztu prawosławnego i że mam sobie pójść. Oczywiście musiałam wtedy wyjść.

Gdy opowiedziałam o tym temu młodemu kapłanowi i na wpół żartobliwie powiedziałam, że tym razem udało mi się być do końca, to on się roześmiał i powiedział (cytuję prawie dosłownie, choć z pamięci): teraz to już nie ma znaczenia. To wasz polski Papież wszystko zmienił. Teraz jest obojętnie czy mówicie tak czy siak. Nawet w tej deklaracji Dominus Iesus jest podane Credo po naszemu, a nie po waszemu. Nas tak uczyli na teologii. (Niestety ma rację w tym przypadku). Teraz, mówił dalej, jest ekumenizm. Niech Pani przeczyta sobie Ut unum sint – to wasz Papież napisał, nie ma teraz tak jak dawniej, nas uczyli, że wy teraz już nie jesteście tacy jak dawniej i że wasza wiara się zmieniła.

Ale jak jest wszystko jedno, zapytałam, czy on by nie zechciał odmówić Credo po naszemu – z Filioque.  

Nie, odpowiedział, to wam jest wszystko jedno, my zostajemy przy naszej świętej wierze.

No i tak skończyła się moja „ekumeniczna rozmowa”. Została mi po niej gorycz, bo nie miałam argumentów – to niestety wszystko prawda, w Dominus Iesus nie ma Filioque (każdy może to sobie sprawdzić na oficjalnej strony Opoki (http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WR/kongregacje/kdwiary/dominus_iesus.html) lub http://www.nonpossumus.pl/encykliki/KNW/dominus_iesus/wstep.php

Tylko proszę tekst Deklaracji sprawdzać właśnie na oficjalnych stronach, a nie w broszurce wydanej przez Wydawnictwo M (Warszawa 2000). W tej ostatniej znajduje się Credo w wersji katolickiej (z Filioque – „od Ojca i Syna pochodzi”), o czym swego czasu było bardzo głośno. Ponoć opuszczono Filioque, ponieważ jest „kontrowersyjne ekumenicznie”…

22. 10. 2012

 

 

2 komentarzy

Filed under Publicystyka

A ja chcę wiedzieć!

Trzy lata temu napisałam artykuł pt. „Czy wessie nas muł?” (można znaleźć na www.krajski.com.pl w dziale „artykuły” pod moim nazwiskiem). Rok później na podobny temat napisałam artykuł „Koncert”(znajduje się też na stronie krajski.com.pl w dziale „artykuły”). Pierwszy z nich dotyczył bluźnierczego występu tzw. „Madonny” 15 sierpnia 2009 r., drugi – żałosnego uczestnictwa niektórych dominikanów w koncercie zespołu satanistycznego Metallica w 2010 r. Dziś znowu muszę się wypowiedzieć na ten temat.

Po trzech latach wydaje się nie ulegać wątpliwości, że osiągnęliśmy dno. I nie mamy szans odbić się od tego dna, bo ono okazało się muliste, a ten muł jest głęboki i wsysa nas powoli, ale skutecznie.

Zaplanowano na 1 sierpnia 2012 koncert bluźnierczyni „Madonny” na Stadionie Narodowym. Trzy lata temu sponiewierano (za zgodą lub przyzwoleniem wszystkich władz państwowych i kościelnych) Święto Matki Bożej i Oręża Polskiego, teraz ma dojść do profanacji Rocznicy Powstania Warszawskiego.

Najpierw dwa słowa o Stadionie Narodowym. Wybudowany za około 2 mld złotych należy do najdroższych na świecie i fundowany jest z kieszeni podatnika. Z tej samej kieszeni teraz będzie zafundowane usunięcie kolejnej murawy z płyty stadionu, ponieważ „koncert zagra Madonna i obiekt trzeba przywrócić więc do standardowego układu z betonową płytą”. Tak informuje przedstawicielka Narodowego Centrum Sportu. Więc dla występu bluźnierczyni musimy znowu wejść w koszta. To bardzo przyziemne widzenie sprawy, ale ostatecznie ważne, bo za chwile okaże się, że znowu zabiorą nam jakąś ulgę albo podwyższą nam kolejne opłaty, by zrekompensować wydatki na następne imprezy. No i jeszcze sam fakt, że Stadion został nazwany „Narodowy” i tam odbywać się ma profanacja Powstania Warszawskiego jest bardzo wymowny. Bowiem Powstanie Warszawskie nie tylko jest ważne dla Warszawy, nie tylko dla Polski, ale również ma i wymiar ponadnarodowy – było przecież walką z bolszewizmem, próba zatrzymania zarazy komunistycznej, próba owszem nieudaną, bo już karty były rozdane i tzw. Wielkie Siły podzieliły Europę pomiędzy sobą.

Więc w Rocznicę Powstania bluźniercza piosenkarka będzie mogła pokazać światu, że Warszawa, Miasto, które nigdy nie uległo, zostało splugawione jej występami. Za zgodą lub milczącym przyzwoleniem wszelkich władz państwowych i kościelnych!

W Rosji Cerkiew Prawosławna protestuje przeciw Występom „Madonny”. U nas protestów prawie nie ma. Bardzo nieśmiało odzywają się kombatanci. Nieśmiało – to nie to słowo. Raczej trzeba by było powiedzieć – groteskowo. Otóż czytam, że płk. Edmund Baranowski, wiceprzewodniczący Związku Powstańców Warszawy, stwierdza, że koncert w dniu 1 sierpnia to duży nietakt, dlatego chcemy by przed koncertem odbył się pokaz kronik powstańczych i minuta ciszy.  Tylko „nietakt”? Czyżby płk. Baranowski uważał, że osoby decydujące o terminie koncertu popełniły faux-pas, że to jest po prostu taka zwykła pomyłka, niezręczność, bez żadnego podtekstu. Ależ oczywiście, że  nie! Ten termin był dokładnie i starannie wybrany. Tak samo jak trzy lata temu wybrano 15 sierpnia, wtedy przekonano się, że można bezkarnie poniewierać Polską, ale na wszelki wypadek jeszcze raz zdecydowano sprawdzić jak daleko można się posunąć. Nie, to nie jest nietakt – to jest dobrze przemyślana prowokacja!

Propozycja pokazu Kronik Powstańczych i minuty ciszy przed koncertem bluźnierców jest co najmniej dziwna. Najlepiej moim zdaniem skomentował to pewien internauta. Napisał: Powiedzcie, że to żart, proooszę! To dopiero będzie kpina z Powstańców i Powstania.

No właśnie – powiedzcie, że to żart! Ale nikt tak nie powie! Skąd taki pomysł u niektórych Powstańców? Nie wiem. Być może chcą jakoś załagodzić sprawę, może wydaje się niektórym, że taki pokaz pomoże fanom „Madonny” nauczyć się coś o Powstaniu, zrozumieć jego sens. Ale to tylko złudzenie. Większość fanów to młodzi, którzy demonstracyjnie się opowiadają przeciw patriotyzmowi, kpią z obchodów Świąt Narodowych, kpią z polskości. Więc przykro czytać, że powstańcy spotykają się z miejskimi urzędnikami i organizatorami koncertu z nadzieją usłyszeć o pewnych kompromisowych propozycjach, jak zapewnia nas płk. Baranowski.

Panie Pułkowniku, to nie Wy macie prosić o „kompromisowe propozycje” tych, co Wam do pięt nie dorastają! Wy staliście w obronie Warszawy, Wy walczyliście o wolność! Oni Wami poniewierają! Nie poddawajcie się manipulacji! Nie poniżajcie się do rozmów z nimi!

 Jest jeszcze jeden protest. (Jak na razie tylko jeden!) Organizuje go Krucjata Młodych przy instytucie im. Ks. Piotra Skargi. Jest to protest internetowy pod hasłem „Nie idę na koncert Madonny”. Organizatorzy mają nadzieję zebrać 100 000 podpisów i wysłać je do organizatorów koncertu, Hanny Gronkiewicz–Waltz i właściciela Stadionu. Mam nadzieję, że uda się zebrać tyle podpisów. Ale niestety jest oczywiste, że nie poruszy to sumienia ani H. Gronkiewicz-Waltz, ani innych. Jednak ten protest pokaże, że są tacy ludzie, którzy nie mogą się zgodzić z występami bluźnierczyni. I tylko tyle. Lub aż tyle! Rozpędzonej maszyny się nie da zatrzymać.

Jednak dobrze, że Krucjata Młodych organizuje ten protest. Chwała Instytutowi im. Piotra Skargi za to!

No i co dalej. Zaprotestujemy, porozmawiamy, stadion wypełni się fanami, będą wyć i skakać do późnej nocy, swoim uczestnictwem będą bluźnić Bogu i wielu z nich, być może nawet większość, nie będzie tego świadoma! Bo między fanami jest wielu katolików – może niedzielnych, może trochę letnich, ale jednak. Oto mały przykład: znajomi dostali jako prezent ślubny bilety na koncert „Madonny”. Ślub katolicki, wszyscy regularnie chodzą w niedziele do kościoła, a gdy im powiedziałam, że pójście na ten koncert to grzech – wyśmiali mnie! Grzech – dlaczego? Pytali i nie mogli zrozumieć, w końcu z uśmieszkiem pobłażania odeszli. Uśmieszek wyraźnie mówił – starsza pani przesadza!

A jest to grzech. Kodeks Prawa Kanonicznego wyraźnie mówi:

Kan. 1369 – Kto w publicznym widowisku, w kazaniu, w rozpowszechnionym piśmie albo w inny sposób przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiada bluźnierstwo, poważnie narusza dobre obyczaje albo znieważa religię lub Kościół bądź wywołuje nienawiść lub pogardę, powinien być ukarany sprawiedliwą karą.

Sprawiedliwa kara – więc ekskomunika. No, ale – powie ktoś – to „Madonna” bluźni, ja nie bluźnię, ja tylko słucham. I wraz z nią podśpiewuję, ale to po angielsku.

Kan. 1399 – Poza wypadkami przewidzianymi w tej lub w innych ustawach, zewnętrzne naruszenie prawa Bożego lub kanonicznego, tylko wtedy może być ukarane sprawiedliwa karą, gdy domaga się tego szczególna ciężkość przekroczenia i przynagla konieczność zapobieżenia zgorszeniom lub ich naprawienia.

No właśnie – zgorszenie! Ilu zostanie zgorszonych po takim występie? Czy nie jest chrześcijańskim obowiązkiem zapobiegać zgorszeniom, by ludzie nie stawali się gorszymi.

Więc ja chcę wiedzieć! Chcę wiedzieć kiedy kościół hierarchiczny się włączy w protesty! Kiedy z ambony usłyszę, że uczęszczanie na koncerty satanistyczne, bluźniercze, takie jak koncerty „Madonny” też jest grzechem i to ciężkim. Bo ten, kto się włącza w publiczne zgorszenie staje się gorszycielem też. A Pan Jezus mówi:

Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie. (Mt 18, 6-7)

Chcę wiedzieć kiedy duszpasterze zaczną nam pomagać i prowadzić do dobra. Nie tylko słowami o miłości bliźniego, a przez czynną miłość bliźniego. Bo ta miłość domaga się wyjaśnienia jakie zło płynie z koncertów „Madonny” i innych tego typu. Ta miłość domaga się wyjaśnienia jakie zło popełniono w stosunku do Ojczyzny przez pozwolenie na przyjazd osoby zajmującej się kabałą żydowską i obrażająca Chrystusa Pana i Jego Najświętszej Matki. Miłość bliźniego domaga się, by bliźni nie był pozostawiony na pastwę gorszycieli.

Chcę wiedzieć kiedy duszpasterze staną w obronie Matki Bożej, Królowej Polski! Kiedy powiedzą otwartym tekstem, że osoba która używa pseudonimu „Madonna” nie ma prawa wstępu do katolickiego kraju. Kiedy powiedzą, że katolik nie ma prawa swoimi pieniędzmi utrzymywać nierządnicę i bluźnierczyni. I że idąc na jej występy przyczynia się do szerzenia bluźnierstw. Przecież każdy bilet, to zarobek dla niej i dla jej protektorów, którzy są również wrodzy Kościołowi świętemu.

Chcę wiedzieć kiedy usłyszę z ambony, że ci, którzy organizują i dają koncerty różnych „madon”, „metalików”, techno itp. są zasadniczo w ekskomunice, bo przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiadają bluźnierstwo, poważnie naruszają dobre obyczaje albo znieważają religię lub Kościół bądź wywołują nienawiść lub pogardę.

I chcę wiedzieć kiedy usłyszę imiennie kto za tym stoi. Bo taka sobie nierządnica staje się aktorką nie z powodu talentu. Ktoś robi z niej aktorkę, ktoś na tym korzysta i materialnie i ideowo. Ten „ktoś” – to odwieczny wróg człowieka, wróg Kościoła, zły duch, czyli szatan, który podburza uległych sobie ludzi.

Mam nadzieję, że usłyszę. Gdy z ambony zaczną odważnie padać słowa wyjaśnienia i gdy duszpasterze zajmą się opieka nad duszami, to może się okazać, że już nie znajdą się naiwni urzędnicy, którzy się podpiszą pod zgodą na taki czy inny koncert tego typu. Może się okazać, że gorszyciele zostaną osamotnieni i będą musieli szukać gdzie indziej miejsca dla swoich bluźnierstw.

Ale jak na razie nic się nie zmienia. Muł wsysa nas powoli, lecz jeszcze jest nadzieja.  Możemy i musimy publicznie wyrażać swoje protesty, nawet jeśli wiemy, że są skazane na niepowodzenie. Możemy i musimy stawać w obronie historii, uczyć młodych patriotyzmu i miłości do Ojczyzny. Możemy i musimy ofiarować akty ekspiacji za obrażanie Chrystusa Pana i Jego Najświętszej Matki!

No więc ja chcę wiedzieć czy będziemy dalej sami, jak owce bez pasterza. Bo jeśli tak – to ten muł może nas wessać i już nie puścić. Ale jeśli z nami będą pasterze – może wyprowadzą na brzeg, pomogą przedostać się przez bagna i zaprowadzą na zielone pastwiska.

13 lipca 2012

Dodaj komentarz

Filed under Publicystyka

Niepokojący Pomnik (Pomnik Smoleński w Rembertowie)

Do napisania tego artykułu zabierałam się bardzo długo. Zastanawiałam się jak go napisać, by nie urazić uczuć Rodzin tych, co zginęli w tzw. „katastrofie smoleńskiej”.

Na początku chcę bardzo wyraźnie podkreślić, że uważam, że tym, co zginęli 10 kwietnia 2010 roku należy się Pomnik i to Pomnik godny, wyrażający cała prawdę o zamachu. Taki pomnik powinien stanąć w Warszawie w pobliżu Pałacu Namiestnikowskiego, a przed Pałacem powinien wrócić Krzyż. Ale na taki Pomnik to chyba jeszcze za wcześnie, nie znamy bowiem prawdy o „katastrofie”. Na Krzyż jednak nigdy nie jest za wcześnie i nigdy nie jest za późno, więc powinien on jak najrychlej wrócić na swoje miejsce. Tymczasem powstało kilka pomników czy płyt pamiątkowych, które upamiętniają 10 kwietnia, ale nie odnoszą się do prawdy o „katastrofie”. I to jest właśnie bardzo niepokojące.

Pomnik Smoleński w Rembertowie przy kościele Matki Bożej Zwycięskiej odsłonięto 14 kwietnia 2012 r. Oczywiste jest, że należy się uznanie ks. Proboszczowi za zainicjowanie upamiętnienia ofiar zamachu. Ale niestety – pomnik ten dostarcza wiele powodów do niepokoju.

Twórcą pomnika jest prof. Cz. Dźwigaj. Sam ten fakt zdecydował o tym, że pojechałam do Rembertowa by obejrzeć i sfotografować pomnik z bliska. Miałam nadzieję, że tym razem prof. Dźwigaj się ustrzegł wprowadzania masońskich symboli, ale niestety – widać pan profesor musi wyrazić swoja tożsamość w każdym swoim dziele.

Zacznijmy od formy pomnika – nie jest to krzyż, choć niektórzy chcą się dopatrzeć krzyża. Bardziej jest to skrzydło samolotu, jakiś wrak, symbol mało określony. Zostańmy przy interpretacji złamanego skrzydła, ponieważ odpowiadałoby to posadzonej obok brzózki, wkomponowanej w całość pomnika. I ta brzózka jest pierwszą rzeczą,, która niepokoi ludzi odwiedzających  pomnik. Póki tam byłam, kilka osób pytało się po co ta brzózka, kilka było wręcz oburzonych. I nic dziwnego, bowiem posadzenie brzózki jest akceptacją kłamstwa. Kłamstwa, które służy do wmawiania nam, że zwykła brzoza była w stanie zniszczyć ogromny samolot, łamiąc mu skrzydło. Choć tym razem brzózka może okazać się pożyteczna, bowiem brzoza to drzewo szybko rosnące i ponadto potrafi wytwarzać odrośla z pnia, więc może szybko zakryje ten pomnik.

Pomysł pomnika nie jest samodzielny. Niewątpliwie Cz. Dźwigaj czerpał z pomysłów M. Biskupskiego, którego Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie, stojący w Warszawie u zbiegu ulic Muranowskiej i Andersa jest pomnikiem genialnym, wzruszającym, mówiącym, oddającym prawdę. Podobieństwo do „Wagonu” rzuca się natychmiast w oczy. Słyszałam tego typu komentarze: Ten mu się nie udał. Tamten przy Muranowskiej jest bardzo dobry, a ten to chyba w pośpiechu robił. Kilku osobom udało mi się wyjaśnić, że kto inny robił słynny „Wagon”, a kto inny ten pomnik w Rembertowie.

Pomnik Dźwigaja łączy w sobie dwa wydarzenia – Smoleńsk i Katyń.  Po prawej stronie, na wyższym fragmencie „skrzydła” jest symbolika Smoleńska, po lewej na niższej – Katynia.

Po „stronie Katyńskiej” jest Matka Boża, podtrzymująca rozstrzelaną głowę polskiego oficera. Ma się to kojarzyć z Matka Boża Katyńska. Ale… Ale, dlaczego Matka Boża ma zamiast aureoli sierp? I dlaczego Jej twarz jest taka złośliwa? I dlaczego po Jej prawej stronie jest odwrócony krzyż?

Co ma oznaczać ten sierp? Czyżby znowu poniżanie Matki Boskiej? Czy nie starczy monumentów na Matysce, gdzie Matka Boża doznała ogromnego znieważenia?

Sierp nad głową Matki Bożej, pochylającej się nad polskim oficerem można odczytać jednoznacznie: komunizm w Katyniu zwyciężył Matkę Boża! Jest to straszliwa obraza Tej, która jest Królową Polski i Królowa świata!

Poniżej zupełnie niezwiązana z postacią oficera zwisa ręka. Spotkałam się w Internecie z opinią, że jest to ręka tegoż oficera, lecz „za bardzo wyrzucona na boki”. Jednak Autor tej opinii nie zdawał sobie sprawę z tego, że tak ułożona ręka jest symbolem ucznia masońskiego, tego nieszczęśnika, który nie doszedł do wyższych stopni. By nie było wątpliwości co do tego, włożono do tej ręki różaniec! Spotykamy to samo, co już znamy z Matyski – wierzący, chrześcijanin, katolik, to nieudacznik, nic dziwnego, że spotkała go haniebna śmierć. (Zresztą nad tą ręką jest jeszcze jeden odwrócony krzyż.)

Spójrzmy teraz na stronę „smoleńską”. Biało-czerwona szachownica ma obrazować lot polskim samolotem, co nawiązuje też do już wspomnianej brzozy.

Nad tym „skrzydłem” siedzi (nie unosi się) orzeł. Orzeł – symbol naszej państwowości ma jedno przetrącone skrzydło! Drugie, to nad napisem Smoleńsk jest całe, ale ptak z jednym skrzydłem nie jest już zdolny do lotu. Wymowa jest jasna: Orzeł nie poleci, Polska – tak samo – nie podniesie się po „katastrofie smoleńskiej”. Dla Cz. Dźwigaja jest to jasne – Orzeł to zaledwie „uczeń” – ma takie same kołki na głowie jak Pan Jezus na Matysce. A uczeń nie ma szans –  jest skazany na łaskę i niełaskę masonerii.

Tak to widzi Cz. Dźwigaj, lecz zapomina, że Naród Polski ma w sobie wiele sił i Jeszcze Polska nie zginęła…

Tak wygląda pomnik „z przodu”, ale ma przecież on jeszcze i tylna część. Tam w gąszczu kresek, czasami układające się w krzyże pojawiają się dłonie. Same dłonie, trzymające się tych linii. Jest ich dziewięć. Tyle samo ile na stacji VII Drogi Krzyżowej na Matysce.  Zbieg okoliczności? Liczba dziewięć ma wiele znaczeń symbolicznych, ale pamiętajmy, że w symbolice masońskiej należy do najważniejszych licz. Dlaczego występuje ona na tym pomniku trudno ocenić. Może to stopień w Rycie Szkockim Dawnym i Uznanym? (Dziewiąty stopień to rycerz – mistrz wybrany z dziewięciu.) A może chodzi o symbolikę numeryczną czy wprost okultystyczną?

Wspomnijmy na marginesie, że pomysł bezbronnych dłoni oderwanych od ciał  pojawił się pierwszy raz w projekcie Maksymiliana Biskupskiego. Była to propozycja obelisku na którym miało być 96 dłoni – liczba odpowiadająca ilości ofiar

Na tym można by było zakończyć rozważania o Niepokojącym Pomniku. Jednak uważam, że należy dodać jeszcze coś  – moim zdaniem niezmiernie istotnego. Otóż na Jasnej Górze 3 maja b.r. poświęcono Epitafium Smoleńskie. Nie widziałam go w rzeczywistości (nie omieszkam przy pierwszej okazji bytności na Jasnej Górze obejrzeć go dokładnie). Jednak z tego co czytam i widzę na zdjęciach jest na nim wyraźnie utrwalone kłamstwo o brzozie, lasku brzozowym i rozbicia się samolotu z powodu utrącenia skrzydła.  (http://jasnagora.com/galZdjecMiniNews.php?ID=7233&idz=4) . Jest to kolejny niepokojący sygnał – zaczynamy utrwalać na pomnikach kłamstwo, uciekamy od prawdy, śpieszymy się z postawieniem pomnika, tablicy, epitafium.

Naprawdę lepiej poczekać z pomnikami, póki nie poznamy prawdy o zamachu. Nie oznacza to by nie upamiętniać ofiar i samego zamachu. Zawsze można (i należy) postawić krzyż, symbol miłości Boga i pod tym krzyżem wypisać imiona wszystkich ofiar. Tych, o których wiedzieliśmy, że byli niewierzący też. W swej ostatniej chwili niezależnie od swojej wiary czy niewiary spotkali się z Bogiem. Być może wtedy powiedzieli Mu „tak”, być może powiedzieli Mu „nie”. My tego nie wiemy. Dlatego stosowne jest stawianie Krzyży przy których można się pomodlić za wszystkie ofiary. Nie ma wtedy zgody na kłamstwo smoleńskie, bo Krzyż jest sama Prawdą.

Maria Kominek OPs

19 maj 2012

 

Dodaj komentarz

Filed under Publicystyka

Kamienie wołać będą…. (pogrzeb św. p. Marii Trzcińskiej)

W czwartek 29 marca odbył się pogrzeb św. p. Marii Trzcińskiej. Choć uroczysty, był to pogrzeb bardzo skromny.

Postać św. p. Marii Trzcińskiej jest znana i jednocześnie nieznana. Znają Ją ci, którzy interesują się Polską i polskością, szczególnie osoby ze starszego, już po woli odchodzącego pokolenia. Nie znają natomiast młodsi, nawet zaangażowani w sprawy patriotyczne. Nie znają zupełnie ludzie, którzy swoje wiadomości czerpią tylko z oficjalnych mediów. Nie znają ci, którzy nie chcą uwierzyć w istnienie KL Warschau.

Nie będę szczegółowo pisać na temat dorobku pani Marii Trzcińskiej. W Internecie można znaleźć informacje – co prawda bardzo skąpe, bo nawet słynna Wikipedia nie raczyła zamieścić choć by kilka linijek biogramu. Przypomnę tylko, że dzięki wieloletnim staraniom pani Sędzi wyszła na jaw prawda o KL Warschau, obozie zagłady w sercu Warszawy, gdzie zginęło około 200 000 (dwustu tysięcy) Polaków. Koniec swego życia pani Sędzia poświęciła walce o powstanie Pomnika ku uczczeniu tych ofiar.

Pomnika na dobrą sprawę do dziś nie ma. I choć w końcu zostało przyznane miejsce, o którym upominała się p. Sędzia (Skwer Alojzego Pawełka na Warszawskiej Woli), choć kamień węgielny został poświęcony przez bł. Jana Pawła II, akt erekcyjny został wmurowany i sam św. p. ks. Zdzisław Peszkowski przyniósł krzyż z Katynia, to pomnik nie powstał. Owszem stoi tam krzyż i tablica informacyjna, a ludzie, Polacy, sami budują pomnik.  Przynoszą kamienie i układają, przynoszą te kamienie z całej Polski, przynoszą tam, bo tam  KAMIENIE WOŁAĆ BĘDĄ!

Budowę Pomnika torpedowali wszyscy, poczynając od św. p. Lecha Kaczyńskiego, który był przeciwny jako Prezydent Warszawy i jako Prezydent Państwa, Hanny Gronkiewicz-Waltz, obecnej prezydent Warszawy, ministrowie, działacze różnej maści.

Taka jest wkrótce historia Sędzi Marii Trzcińskiej i Pomnika. Zainteresowanych odsyłam do niewielu publikacji w Internecie, z których szczególnie polecam blog KL Warschau: http://kl-warschau.blogspot.com/2012/03/zamiast-nekrologu-sp-sedzi-marii_26.html i http://www.naszawitryna.pl/ksiazki_123.html. Ja wracam do tematu śmierci i pogrzebu pani Marii Trzcińskiej.

Pani Maria Trzcińska umarła w drugiej połowie grudnia ubiegłego 2011 r. Znaleziono zwłoki w jej mieszkaniu 22 grudnia 2011. Podobno były wątpliwości co do tożsamości osoby i co do powodu śmierci. Wkroczyła więc prokuratura. Wiadomość o Jej śmierci przeszła niezauważalnie przez media. Nie wiem czy oprócz kilka prywatnych stron internetowych i Nasz Dziennik ktokolwiek jeszcze informował. Ludzi z Jej otoczenia oczywiście wiedzieli i domagali się od prokuratury wyjaśnienia okoliczności  śmierci i oddania ciała dla godnego pochówku. Szczegółów nie znam. Do mnie jako do osoby postronnej te wiadomości nie docierały i ze wstydem muszę się przyznać, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, że pogrzeb się nie odbył. Po prostu byłam przekonana, że przepuściłam informację  o pogrzebie.

Pogrzeb odbył się aż trzy miesiące po odnalezieniu zwłok! Dowiedziałam się, że na jakiś miesiąc przed pogrzebem powstał Społeczny Komitet do ochrony ciała św. p. Marii Trzcińskiej przed spaleniem! Świadkowie powoływali się na fakt, że pani Sędzia wielokrotnie opowiadała się przeciw kremacji, prosili o zachowanie ciała Zmarłej, by mogła mieć godny pogrzeb katolicki, przypominali też, że spopielenie zwłok uniemożliwi jakichkolwiek dalszych badań genetycznych. Jednakże zwłoki zostały spalone i Msza św. pogrzebowa odbyła się nad urną.

Tragiczny to widok ta skrzyneczka niewielkich wymiarów, postawiona na postumencie, okrytym biało-czerwona flagą. Tragiczny w swej wymowie. Nie tylko dlatego, że w tej skrzyneczce zmieściło się spopielone ludzkie ciało, przecież Pan Bóg „da sobie radę” w Dniu Ostatecznym i z prochów wskrzesi Zmarłą. Ale głównie dlatego, że pani Sędzia całe swoje życie była poniewierana, poniżana, wyśmiewana, w końcu nawet nie dano Jej spocząć w trumnie, tak jak sobie życzyła.

Pogrzeb odbył się 29 marca 2012 – można sobie policzyć ile czasu zwłoki leżały czy to w lodówce w prosektorium na ul. Oczki w Warszawie, czy być może w jakieś skrzynce uprzednio już spopielone. Termin pogrzebu, jak podają  źródła,  wyznaczyła Prokuratura. Pani Maria Trzcińska była osoba samotną, nie bardzo wiadomo czy „odnalezieni” siostrzeniec i siostrzenica są na pewno z Jej Rodziny. Podobno odnaleźli ich panowie Sendecki i Zakrzewski, osoby o wiarygodności których negatywnie wyrażała się sama Zmarła. Jakby nie było, nikt nie miał nic do powiedzenia w sprawie terminu pogrzebu i msza św. pogrzebowa odbyła się w kościele św. Katarzyny Aleksandryjskiej na Fosa w Warszawie. Dlaczego tam? Nie wiem. Nie wiem czy miejsce to wyznaczyła też Prokuratura, czy ks. prałat Józef Maj sam wyraził pragnienie pochowania św. p. Marii Trzcińskiej, dość, że uroczystości odbyły się w miejscu symbolicznym. Symbolicznym, bo związanym z żołnierzami wyklętymi. Takim żołnierzem wyklętym była pani Sędzia Maria Trzcińska.

Pogrzeb był skromny. Kościół św. Katarzyny był pełen, ale nie przepełniony, a jest to kościół niewielki. Gdy obejrzałam się popatrzeć kto jest na pogrzebie, widziałam samych starszych ludzi. Ludzi, których osobiście w większości nie znam, ale których od lat widuję na rożnych patriotycznych mszach, spotkaniach, przemarszach. Po prostu – znajome twarze. Twarze ludzi, którzy starzali się w tym samym czasie, co ja, na tych samych patriotycznych wiecach, śpiewając te same pieśni patriotyczne, być może noszące w sobie te same nadzieje, że jednak coś przekażemy dalej, że jeszcze nie wszystko jest stracone. Kilka młodych osób wydawało się nie pasować do ogólnego tła, tak jakby byli nie na swoim miejscu. Bogu dzięki i za tych kilku młodych!

Mszę św. koncelebrowało trzech księży: ks. J. Maj – zawsze wierny Ojczyźnie, zasłużony wielce w ocaleniu od zapomnienia potajemnie zabitych przez UB bohaterów, ks. prałat J. Godzisz, były proboszcz kościoła św. Stanisława Biskupa i Męczennika na Woli, gdzie regularnie odbywały się i odbywają mszę za Ojczyznę 9 dnia każdego miesiąca, ponieważ 9 października uważany jest jako oficjalna data rozpoczęcia funkcjonowania KL Warschau i oczywiście ks. St. Małkowski, niezłomny opiekun Solidarności, obrońca Krzyża, obrońca spraw Polski i Kościoła. Tylko trzech. Nie będę pytać ilu księży koncelebrowało mszę św. na pogrzebie  Czesława Miłosza, ilu tam było biskupów, ilu przedstawicieli władzy państwowej. A Miłosz był zdrajcą…

Nie było przedstawicieli władz państwowych, nie było przedstawicieli Stołecznego Ratusza, nie było przedstawicieli Kurii Archidiecezji Warszawskiej, ani Warszawsko – Praskiej. Co prawda, ks. J. Maj przekazał na początku wyrazy współczucia i uznania w imieniu Jego Eminencji kard. K. Nycza, ale nie było chociażby wiązaneczki czy kwiatka od Kurii. A Ratusz nawet i tego nie zrobił – nie przekazał choćby sms-em słowa uznania dla pani Sędzi. Były wieńce, były wiązanki, były kwiaty – od przyjaciół, współpracowników, zwykłych ludzi.

Nie było dominikanów czy marianów, choć ich kościoły znajdują się w odległości osiągalnej bez trudu na piechotę, nie było uczniów żadnej szkoły, choć tych szkól w pobliżu jest wiele – państwowe i tzw. katolickie. Były trzy poczty sztandarowe – tylko trzy. Sprężyście idący starsi panowie, którzy wiedzą jak należy prowadzić poczet sztandarowy, oddali należny hołd pani Sędzi.

Po zakończeniu mszy św. przemówiło trzech panów. Niestety nazwiska trzeciego nie udało mi się usłyszeć, więc nie umiem go podać. Pierwszym mówcą był Władysław Terlecki – bardzo to mnie zdziwiło, bo to przed nim przestrzegała pani Maria Trzcińska. Bardzo wyraźnie mówiła o tym w Radio Maryja w 2010 r., w ostatniej audycji, w której w tym Radio wystąpiła. Być może ks. J. Maj się nie orientował, że pani Sędzia nie miała zaufania do niego. Jakby nie było, przemówienie osoby, niemile widzianej przez panią Marię Trzcińską, ma też swoją symboliczną wymowę.

Najważniejsze w mojej ocenie było przemówienie prof. J. Wilczura z Komisji Badania Zbrodni na Narodzie Polskim i wykładowcy Uniwersytetu Warszawskiego. On właśnie (a nie Terlecki jak błędnie podaje M. Bober w Naszym Dzienniku) nazwał panią Marię Trzcińską  Warszawską Antygoną. On wołał do swojej zmarłej Koleżanki: Należy Ci się salwa honorowa, ale wiem, że jej nie będzie!

Nie było salwy honorowej nad grobem Sędzi Marii Trzcińskiej. Nie było głośnego uroczystego pogrzebu. Nie było wzmianki w gazetach czy w Internecie (z wyjątkiem Naszego Dziennika) na temat pogrzebu. Tylko mała urna z prochami przeszła kolo pomnika Polskich Termopili przed kościołem św. Katarzyny na Fosa. Koło kamienia, na którym przeczytać można:

Przechodniu, pochyl czoło, wstrzymaj krok na chwilę…..

Przechodniu, pochył czoło… Skąd byś nie był, Przechodniu, gdy będziesz w Warszawie pójdź na Skwer Pawełka i złóż tam kamień na pamiątkę. Oddaj hołd 200 000 Warszawiaków, którzy zginęli za to, że byli Polakami i Warszawiakami. Oddaj hołd jednej słabej kobiecie, która walczyła, by prawda o ich zagładzie ujrzała światło dziennie. Nie będzie ci łatwo znaleźć Jej grób gdzieś na Bródnie. Wstrzymaj więc swój krok przed Krzyżem na Skwerze Pawełka i pomódl się tam za Jej duszę. Pamiętaj, tam kamienie wołać będą! I jeśli nikt ich wołania nie usłyszy, to wiedz, że słyszy je Bóg Wszechmogący w Trójcy Jedyny. Część pamięci Sędzi Marii Trzcińskiej. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym!

31.03. 2011

 

Dodaj komentarz

Filed under Publicystyka