Category Archives: Rozważania

Dokąd zmierza Kościół (refleksje nad codziennością – I część)

Kilka dni temu (22 czerwca 2013) Episkopat podał do wiadomości, że w piątki już nie obowiązuje zakaz organizowania „hucznych zabaw” ani uczestnictwa w nich. Na pewno ucieszy to tych wszystkich, którzy „z braku odpowiedniego lokalu” urządzali wesela w piątki – być może ktoś z nich miewał jednak wyrzuty sumienia.

Pierwszy raz  spotkałam się z tym „zwyczajem” jakieś 5-6 lat temu. Wychodząc z wieczornej mszy św. właśnie w piątek, zobaczyłam jak szykują się do ślubu nowożeńcy i ich goście. Nie wiele myśląc podeszłam do panny młodej i się zapytałam czy dzieje się coś strasznego, że ślub jest w piątek. Ona była zdziwiona moim pytaniem – bo co się może dziać. Wyjaśniłam – może być tak, że któreś z nich jest bardo chore i grozi mu ciężka operacja lub jutro wchodzi do szpitala, albo do wojska – daleko może od Polski, gdzieś gdzie są nasi żołnierze lub jeszcze coś. Nić takiego – odpowiedział  mi młoda pani – po prostu nie było wolnego miejsca w żadnym lokalu na sobotę. A kto dał zgodę – ona nie wiedziała, wiedziała, że proboszcz jakoś to załatwił. Proboszcz z kolei mi powiedział, że był u ordynariusza i dostał prawo decydować w takich przypadkach. Zostało mi tylko powiedzieć co sobie myślę o takim potraktowaniu świętego dnia piątkowego.

No a teraz czytam w komunikacie, że w miejsce dotychczasowego zapisu czwartego przykazania kościelnego przyjęto nową formułę, obejmującą jedynie Wielki Post: Zachowywać nakazane posty i wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, a w czasie Wielkiego Postu powstrzymywać się od udziału w zabawach.   

Jak zaznaczył biskup Marek Mendyk decyzja jest podyktowana faktem, że wielu wiernych coraz częściej organizowało zabawy w piątek. Dotychczasowy zapis zagubił swoje znaczenie – powiedział  biskup.

Więc ja już nic nie rozumiem – to kto jest prawodawcą? Tłum, który poniewiera Panem Jezusem? Tłuszcza, która myśli o swojej zabawy i o tym jak napełnić brzuch? Zgraja żądnych rozrywki? Czy Kościół święty, Matka nasza, który nie jest z tego świata i do tego świata nie powinien się dostosowywać?

A może to kolejne aggiornamento? Tym razem Kościoła w Polsce, po to by szybciej dogonić kościół na Zachodzie. Ale tam praktycznie (oprócz grup wiernych Tradycji) nie ma kościoła.

No i na koniec – czy możemy się spodziewać innego aggiornamento – prawa do kradzieży, aborcji, eutanazji, prawo by nie chodzić w niedziele i w święta do kościoła? Przecież wielu wiernych tak robi…

Maria Kominek OPs

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Refleksje na temat duszpasterstwa szpitalnego

Od kilku miesięcy poważnie choruję. Nie bardzo mam sił o ochoty na prowadzenie blogu. Ale spróbuję, spróbuje odezwać się raz na  jakiś czas.

Tak się złożyło, że w czasie tej choroby kilka razy musiałam być hospitalizowana, trafiłam do kilka szpitali. Mam więc pewne spostrzeżenia, którymi chce się wkrótce podzielić.

Sprawa dotyczy opieki duszpasterskiej nad chorymi.

Jest oczywiście, że nie mam pełnego rozeznawania i jest bardzo prawdopodobnie, że jest wiele miejsc, gdzie ta opieka jest bardzo dobra, ale tam gdzie ja byłam, było po prostu smutno.

W jednym ze szpitali (nie będę wymieniać konkretnych szpitali) ksiądz przychodził codziennie, przeszedł szybciutko pytając się: czy ktoś sobie życzy? (Komunii świętej) i jeśli ktoś sobie życzył – dawał szybciutko i mówiąc: „wszystkiego dobrego” odchodził. Nie było czasu się pomodlić przed przyjęciem Komunii, nie mówiąc już o tym, by się skupić. Ksiądz odchodził dalej, pytając „czy ktoś sobie życzy”. Tak jakby chodziło o dobrą bułeczkę na śniadanie lub coś w tym stylu. Mało kto przyjmował Komunii św., bo ludzie się nie orientowali, czy mogą przyjąć – ksiądz przychodził w różnych godzinach i nie wiedzieli czy po jedzeniu mogą przyjąć Komunii św. czy nie, niektórzy chcieli się wyspowiadać, ale ksiądz tak szybko przechodził pytając czy „ktoś sobie życzy”, że nie było jak się z nim rozmówić.

W innym szpitalu była kaplica, ale czynna tylko w soboty! o 11tej. W niedzieli mszy św. nie było. Ksiądz podobno chodził z Komunią raz na kilka dni, ale póki ja byłam nie dotarł do mego pokoju.

W jeszcze innym nie było krzyży w pokojach – podobno dlatego, że nie wszyscy są wierzący. oczywiście ludzie wyjmują swoje obrazki  i w ten sposób w pokojach są wizerunki i  Matki Bożej i Pana Jezusa, ale oficjalnie jest „ekumenicznie”.

Będąc  w szpitalach – co jest normalne – spotrkałam się z ogromna ilością cierpieniem i ogromnymi problemami. Czasami jest tak, że ludzie pomiędzy sobie rozmawiają i pomagają sobie duchowo, ale ogromnie brakuje pomocy duchowej. Brakuje normalnej kapelanii szpitalnej. Brakuje księdza, który pomógłby uporać się z pewnymi problemami, brakuje zachęty do skorzystania z sakramentów. Brakuje w szpitalach jakiejś lektury religijnej, coś, co można by było zaproponować chorym, brakuje nabożeństw,  brakuje po prostu dobrej opieki duszpasterskiej. Jestem przekonana, że nie byłoby wielkich problemów z urządzeniem jakiegoś kącika w szpitalnych korytarzach, gdzie ludzie mogliby się spotkać na różańcu. I że ludzie by chętnie się wspólnie pomodlili. Tylko potrzeba by było trochę więcej inicjatywy ze strony duszpasterzy.

A taka szkoda! Właśnie człowiek chory, postawiony w sytuacji pełnej zależności od woli Bożej, właśnie wtedy może zbliżyć się do Boga, może wiele przemyśleć, może po prostu się nawrócić.

Kiedyś była w Internecie taka strona „adalbertus.net”. Nie wiem co się z nią z stało i co się stało z kapłanem, który ja prowadził. O ile się nie mylę, kapłan ten został kapelanem szpitalnym i nagle uświadomił sobie jaka to ważna funkcja. I jak istotne jest być z chorymi. Szkoda, że nie ma już tej strony, była bardzo pouczająca.

Zostaje mi na koniec życzyć sobie i  innym chorym, by kapelania szpitalna stanęła na innym poziomie. By księża w szpitalach zaopiekowali się duchowo chorymi i nie traktowali pracy szpitalnej jako gorszej.

I by Komunia święta była podawana z odpowiednim szacunkiem, by chory mógł się pomodlić i uwielbić Pana Jezusa.  I gdzieś w kącie by był wizerunek Matki najświętszej, przy którym można by było odmówić wspólnie z innymi chorymi roznieć.Tyle można by było zrobić w szpitalach.

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Droga krzyżowa o krzyżach i kapliczkach przydrożnych (tekst z roku 2002)

 Krzyże na rozstajach i wśród pól, krzyże zapomniane w lasach przy dróżkach zarośniętych – jesteście świadkami, świadkami miłości niepojętej, która tak bardzo się uniżyła, że przyjęła na siebie wszystkie cierpienia i wszystkie grzechy człowieka. Jesteście świadkami dziejów Boga – Człowieka i świadkami historii ludzkiej. Wzniesione do nieba, jesteście świadectwem odkupienia winy Adama, świadectwem Zbawienia. 

 

I. Pan Jezus na śmierć skazany

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Staję przed krzyżem, który kiedyś chłop postawił na swym polu, by Chrystus z góry widział, że gospodarz o Nim pamięta i słucham wiatru, jak opowiada o niesprawiedliwym wyroku i widzę przez zawieję śnieżną biały pałac Piłata i słyszę krzyk tłumu – „ukrzyżuj Go, ukrzyżuj”. Naokoło białe pole i tylko gdzieś tam daleko jakieś czarne ptaki próbują znaleźć coś w zamarzniętej ziemi. A z wiatrem dochodzą słowa z lat dawnych, modlitwy wieśniaków – o zdrowie, za dom i za dzieci, o plony, o miłość i przebaczenie. I słowa z lat nowych i nowszych – nie daj Panie, by nas też skazano niesprawiedliwie na zapomnienie i na tułaczkę, daj ziemią ojców zachować i uprawiać, nie pozwól by nam ją odebrano i obcym sprzedano. Od niesprawiedliwych wyroków strzeż nas, Panie.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

II. Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Ten krzyż stoi na skraju lasu. Jest tak stary, że już sczerniał. Jest bardzo wysoki, a na samej górze widać małą pasyjkę. Jak to, Panie Jezu! Tak duży krzyż, a Twoja figurka jest tak mała! Wydaję się, że ktoś się pomylił kiedy robił ten krzyż. Ale nie! Ta mała figurka w porównaniu z tym potężnym krzyżem dokładnie obrazuje jak ciężko było wziąć krzyż na swe ramiona – krzyż całego świata, krzyż naszych grzechów. Sczerniały ze starości krzyż przy drodze przypomina o miłości. Daj nam, Panie tak miłować innych, jak Ty nas nauczyłeś. I wybacz nam, gdy za mało miłujemy. Prosimy Cię, Panie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

III. Pan Jezus pierwszy raz upada pod ciężarem Krzyża

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

„Krzyż ten postawiła

            Wioska uboga

· O zlitowanie woła

            Codziennie do Boga”

Taki jest napis na kapliczce niedaleko mego domu. Często przechodzę obok i powtarzam sobie te słowa. Krzyż jest kamienny, takich krzyży teraz już się nie stawia. Dawniej wioska była uboga, ale kapliczka była okazała. Dawniej ludziom nie szkoda było grosza na okazanie czci Temu, który dla nich niósł krzyż i pod jego ciężarem upadał na drodze. Chcieli swemu Panu coś ładnego dać i pokazać Mu, że choć nieudolnie, ale jednak Go kochają. Rzadko teraz ktoś się zatrzymuje przed kapliczką. Wszyscy zajęci, pędzą samochodami, biegną, śpieszą się. Czasami z trudem przykuśtyka staruszka. Zmówi różaniec i wraca do domu. Do kościółka ma za daleko. A wnuki się śpieszą, mają ważne sprawy, nie podwiozą, nie podprowadzą. A staruszka błaga Pana za nich i za nas wszystkich.

 Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

IV. Pan Jezus spotyka Matkę Bolesną

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Wiosną w lesie przechodzę obok małej kapliczki z obrazkiem Matki Bożej. Kapliczka jest bardzo skromna – drewniana, przybita wysoko do pnia sosny, trochę przypomina budkę dla ptaków, oszklona z przodu, a w środku niewielki papierowy obrazek Matki Bożej Częstochowskiej, trochę spłowiały i słowa: „Matko, módl się za nami”. Co by z nami było, gdyby nie Matka Boża! Jej Chrystus Pan powierzył nas i Ją dał nam za Matkę. Do niej wznosimy wszystkie nasze prośby i modlitwy.

Spotykam Matkę na swej drodze, Matkę czuwającą i czekającą na mnie w małej kapliczce przydrożnej. To moje spotkanie z Nią jest podobne do tego, które miała z Synem na Drodze Krzyżowej. Bo Ona zawsze czeka na swe dziecko na drodze, – jaka by nie była ta droga. Gdy jest to droga dobra – Matka się cieszy, gdy jest zła – cierpi.

Za wybór złych dróg – przepraszam Cię Jezu!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

I Ty, Któraś współcierpiała, Matko Bolesna, przyczyń się za nami!

V. Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Chrystusowi

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

W roku jubileuszowym proboszcz parafii postawił na drodze do wioski nową kapliczkę – na wysokim postumencie, w małej szklanej skrzyneczce siedzi Chrystus Frasobliwy i patrzy na nas. Patrzy jak codziennie wyjeżdżamy zabiegani do swoich spraw i jak wracamy do domów po południu, zmęczeni, zniechęceni, marzący tylko o jednym – o nic nie robieniu i nie myśleniu, o totalnym zapomnieniu o kłopotach. A w domu czeka tyle zajęć i tyle spraw. Jak chętnie się je odstawi, odłoży na jutro, na pojutrze, na kiedy indziej. Ale wśród tych spraw są także sprawy ludzi, ludzi czekających na słowo, uśmiech, pomoc. Czasami na zwykłą rozmowę, by powiedzieć, że też są zmęczeni, że też mają kłopoty.

Chryste, uczyń, żebyśmy byli czuli na sprawy ludzkie. A jeśli jesteśmy oporni – przymuś nas, tak jak Szymona z Cyreny do wzięcia krzyża drugiego człowieka. Naucz nas pamiętać, że każdy krzyż, który bierzemy jest Twoim krzyżem, a Twoje jarzmo jest słodkie i brzemię lekkie. Naucz nas miłości! Prosimy Cię, Panie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

VI. Pan spotyka Matkę Bolesną

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

To była bardzo piękna kapliczka, mały postument i wysoko wzniesiona na nim oszklona z czterech stron kapliczka. W środku duża figura Chrystusa, obok niego klęczące dzieci i kobiety. Stała niedaleko głównej drogi, na dróżce polnej. Obok troskliwe ręce zawsze sadziły kwiaty i pielęgnowały je aż do późnej jesieni. Potem obok przeprowadzono drogą dla samochodów i wybudowano olbrzymi super market. Kapliczka została, chyba nikt nie miał odwagi jej ruszyć. Ale kobietom zakazano sadzenia kwiatów, powiedziano im, że teraz właściciel super marketu zadba o kapliczkę. I zadbał. Posadził w czterech stron duże tuje i kapliczki już nie widać.

Codziennie przyjeżdża do marketu wielu ludzi – parkują, kupują, wchodzą, wychodzą. Nie widzą kapliczki, bo schowana jest w tujach.

Kto ukaże Twoje Oblicze ludziom, Panie? Powołaj nowe Weroniki, które obetrą Twoją Twarz i ukażą Ją ludziom. Niech Twoje Oblicze stanie się nam sztandarem, niech nigdy nie zapominamy o Tobie. Prosimy Cię Panie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

VII. Pan Jezus upada po raz drugi

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Ten krzyż stoi na rozstaju dróg. Jest wysoki na dwa metry, metalowy, z pasyjki na środku patrzy Chrystus. Opowiadają, że dawniej tam stał inny krzyż, zwany rozstajnym. Gdy ktoś wyruszał z wioski za chlebem, zawsze tam długo stał i się modlił. Prosił o dobrą drogę, o prowadzenie na drogach życia. A potem bywało różnie – szedł człowiek do miasta i tam się zagubił.

Teraz też jest podobnie, tylko mało kto staje na drodze rozstajnej. Idzie taki do miasta za chlebem, a w mieście wszystko na niego czyha i nie wie kiedy zagubił i siebie i Boga. A Chrystus czeka na rozstaju. Czeka, kiedy wróci syn marnotrawny i przeprosi, i znowu się odnajdzie. Jakby mówił z krzyża do przechodniów: Dla ciebie, człowiecze upadałem na Drodze Krzyżowej, by twoje upadki zgładzić. Popatrz na Mnie, odzyskasz siły i nie odchodź. Tak jak Ja cię nie opuszczam, tak i ty bądź zawsze przy Mnie!

Panie Jezu, nie pozwól nam zagubić się na drogach życia i wspomagaj nas, byśmy umieli podnieść się z upadków.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

 

VIII. Pan Jezus spotyka płaczące niewiasty

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Jeszcze w naszym Kraju wszędzie na drogach są krzyże i kapliczki. Jesteś w nich Jezu i z nich spoglądasz na ludzi. W tych przydrożnych kapliczkach spotykasz kobiety i mężczyzn. Dzieci i starców. I zawsze mówisz im to samo – „nie płaczcie nade Mną, lecz nad synami swoimi”. Nad tymi, co już zapomnieli gdy przechodzą obok krzyża, że należy się przeżegnać; nad tymi, którzy już nie wiedzą, że w Kościele należy uklęknąć przed tabernakulum; nad tymi, którzy nie pozwalają przyjąć Komunii na klęczkach, i nad tymi, co pozwalają dzieciom przepychać się i rozmawiać w „kolejce” po Komunię. A zwłaszcza nad tymi, co świadomie chcą odzwyczaić ludzi od szacunku do Ciebie i wprowadzić Komunię „na rękę”. Nad tymi co robią z Twego domu już nie targowisko, ale miejsce do przyjemnego spędzania czasu, bo zapomnieli o modlitwie i pokucie.

Daj nam, Panie, pamiętać o Twoje Męce i Twoim Krzyżu. Daj nam niczym innym się nie chlubić, jak Twoim Krzyżem! Naucz nas jak zachować wiarę świętą i jak nauczyć dzieci szacunku do Ciebie! Prosimy Cię, Panie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

IX. Pan Jezus upada po raz trzeci

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

W podwórku jednej z niewielu zachowanych starych warszawskich kamienic jest kapliczka. Takie podwórka nazywano kiedyś „studniami”. Kapliczka jest okazała, z okienka spogląda Matka Boska, bryła kapliczki uwieńczona jest krzyżem. Ozdobiona kwiatami – trochę kwiatów sztucznych i trochę prawdziwych. Ta kapliczka zna całe dzieje kamienicy. Postawiono ją ponad sto lat temu, gdy wybudowano dom. Widziała Matka Boża różnych lokatorów – i tych bogatych z paradnej klatki i tych biedniejszych – z oficyny. Widziała wchodzących butnie Niemców i słyszała płacz wyrzuconych ludzi. Widziała młodych, wychodzących, by walczyć w Powstaniu i słyszała wybuchy bomb i walących się niedaleko domów.

Ta kamienica się ostała. Ostała się i kapliczka. Pod tą kapliczką kobiety chowały powstańców, których ciała leżały na pobliskiej ulicy. By po wojnie ekshumować je i przenieść na cmentarz.

Rzadko kiedy ktoś teraz pamięta o dziejach kamienicy. Tylko stare już wnuczki tamtych kobiet kładą kwiaty pod kapliczką i w maju odmawiają Litanię.

Spójrz, Panie w swym trzecim upadku na nasze dzieje I wybacz nam wszystkie odejścia od Ciebie, a katom daj nawrócenie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

X. Pan Jezus z szat rozebrany

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Bloki wybudowano na dawnym polu, gdzie kiedyś siano pszenicę i żyto. Na skraju pola stał od dawna krzyż. Kiedy wybudowano bloki, krzyż znalazł się na skraju osiedla. Od lat jest zaniedbany, ale drewno jest mocne i krzyż stoi do dziś.

Narzekali mieszkańcy osiedla, że nie ma rozrywek dla młodzieży. Że młodzież się nudzi i się włóczy bez celu, więc zrobiono coś i dla młodzieży. Naprzeciwko krzyża postawiono barak i otwarto w nim dyskotekę.

Z miłości dla nas przyjąłeś wszystko na siebie, Chryste! Zgodziłeś się nawet, by Cię z szat rozebrano i uniżono. A teraz poniżają Cię dalej. Ci, co wiodą tę młodzież na pokuszenie, co dają jej jako rozrywkę dyskoteki, co grają w orkiestrach „pomocy”, ci, co oszukują młodych i ukazują im życie lekkie i przyjemne, życie w zabawie, którzy niszczą duszę młode, ci poniżają Cię i ogałacają dalej. Oni odbierają wstyd i czystość młodym, oni prowadzą ich na bezdroża. Daj, Panie, by nasza młodzież nie ulegała pokusom świata, a fałszywym dobroczyńcom daj nawrócenie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

XI. Pan Jezus przybity do krzyża

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

W lecie w lesie mazurskim był obóz oazowy i uczestnicy Oazy zamierzali odprawić Drogę Krzyżową. Ksiądz prowadzący oazę zamówił u chłopów duży krzyż i chłopi zbili krzyż trzymetrowy. Chcieli zamówić i figurkę Jezusa, ale ksiądz się nie zgodził. Na Drogę Krzyżową, mówił, nie potrzeba.

Cała wioska przyszła na oazowe nabożeństwo. Krzyż nosili wszyscy po kolei. Na koniec poszli w głąb lasu i krzyż postawili na małej polance. Wieczorem pod krzyżem rozpalili ognisko, długo śpiewali i cieszyli się. Chłopom się to wszystko nie podobało, ale ich proboszcz tylko pokiwał głową i uspokoił: „ Nie ma o czym mówić, będziemy mieli w lesie nowy krzyż” Jak oaza odjechała, stolarz wykonał figurkę Chrystusa i cała wioska poszła do lasu. Zamontowali pasyjkę i tabliczkę ze słowami: „Tobie się polecamy”, proboszcz krzyż poświęcił i teraz w lesie jest nowy krzyż. By wszyscy pamiętali, że bez Chrystusa krzyż jest bez sensu.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

XII. Pan Jezus na krzyżu umiera

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Na rogu, gdzie jedna z większych warszawskich ulic krzyżuje się z małą uliczką stoi zawsze pięknie zadbana kapliczka. W niej jest obraz Serca Jezusowego. Patrzy Chrystus z miłością i ukazuje swoje Serce, przebite za nas na krzyżu. Promienie miłości otaczają Serce Jezusowe, miłość chce spłynąć na otaczający świat.

W narożnym budynku jest teraz Pizza Hut. Przed budynkiem stoją motocykle roznosicieli pizzy do domów, do pizzerii nieustannie wchodzą ludzie, przeważnie młodzi. Zajęci sobą, nie zauważają kapliczki.

Ktoś jednak o nią dba, bo nigdy tam, ani zimą, ani latem nie brakuje świeżych kwiatów i zawsze są pięknie ułożone.Może to kobieta, starsza albo młodsza, a może mężczyzna,

Który potrafi tak pięknie ułożyć kwiaty. Kto by to nie był, na pewno kocha Chrystusa i stara się nie zmarnować Jego zbawczej Krwi i śmierci. Ta kapliczka, która ma nam przypominać o twojej miłości jest też świadkiem i naszych wierności i niewierności.

Jak często, Panie, przechodzimy obok Ciebie i zapominamy o Twojej miłości! O tym, że Twoje Serce dla nas boleje i dla nas zostało otwarte na Krzyżu! Nie pozwól nam, Panie, lekceważyć symboli Twojej miłości. Bo jeśli będziemy lekceważyć te symbole, zapomnimy i o Tobie. Naucz nas miłości! Prosimy Cię Panie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

XIII. Pan Jezus z krzyża zdjęty i na rękach Matki Bolesnej położony

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Ciało Chrystusa zostało złożone na ręce Matki. Ręce Matki! Ręce zwrócone ku ziemi, a z dłoni spływają strumienie łaski. Te ręce, które trzymały martwe Ciało Syna, są dla nas źródłem łaski!

Na drodze do Niepokalanowa, niedaleko słynnego młyna w Szymanowie stoi kapliczka z Matką Boską Niepokalaną. Kapliczka jest nietypowa, Matka Boska nie stoi na kuli ziemskiej, a na starannie ułożonych workach z mąką. Strumienie łaski, spływające z Jej rąk jakby były skierowane ku workom. Matka Boża błogosławi pracy ludzkiej i wspomaga w codziennych kłopotach. Jak piękny to symbol nieustannej opieki Matki Najświętszej i jednocześnie jak bardzo wymowny. Mąka, owoc pracy rąk ludzkich, błogosławiona przez Matkę przemieni się w żywe Ciało Chrystusa. Ona trzymała na swoich rękach Ciało martwe, my otrzymujemy Ciało prawdziwe i żywe. Taka jest miłość Boga, niezgłębiona i nieogarniona.  

Za Matkę, daną nam na Opiekunkę, dziękujemy Ci, Panie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

I Ty, Któraś współcierpiała, Matko Bolesna, przyczyń się za nami!

XIV. Pan Jezus do groby złożony

Kłaniamy Ci się Panie Jezu i błogosławimy Tobie,

żeś przez Krzyż i mękę swoja świat odkupić raczył.

Wiele jest bezimiennych krzyży przy drogach. Znaczą one miejsca, gdzie ktoś zginął tragicznie. Czasami ktoś z bliskich kładzie tam kwiaty, czasami są one już zapomniane i zaniedbane. Różnie ludzie na nie reagują, najczęściej odbierają je jako przestrogę – zmniejsz prędkość, może stać się nieszczęście! Czasami pomodlą się za tych, którzy tak głupio zginęli.

Na każdym cmentarzu stoi samotny duży krzyż. Gdy przychodzi dzień zaduszny, pod nim pali się wiele lampek, palą je ci, którzy mają daleko groby swoich bliskich i nie mogą do nich dotrzeć. Przychodzą więc i zapalają lampkę pod krzyżem. Na znak tego, że śmierć swoją i swoich bliskich chcemy połączyć ze śmiercią Chrystusa. Na znak wiary, że złożenie w grobie jest tylko czasowe, że czekamy na zmartwychwstanie.

Daj nam, Panie, gdy przyjdzie nasz czas, być przygotowanymi na spotkanie z Tobą. Daj nam tak żyć, by nie odkładać do chwili ostatniej powrotu do Ciebie. Od nagłej i niespodziewanej śmierci – zachowaj nas, Panie!

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami!

I Ty, Któraś współcierpiała, Matko Bolesna, przyczyń się za nami!

1 komentarz

Filed under Rozważania

Podziękowanie

Wszystkim, którzy wspomagali mnie modlitwą w chorobie, dziękuję z całego serca i obiecuję różaniec św. w ich intencji. W ich intencji również zamówiłam trzy Msze święte – u dominikanów na Służewie, w Gidlach u Matki Boskiej Gidelskiej Uzdrowienie Chorych i w moim kościele parafialnym w Michałowicach.

1 komentarz

Filed under Rozważania

Jak rozmawiać z księżmi o sposobie przyjmowania Komunii świętej

Nie długo zacznie się okres wizyty duszpasterskiej, zwanej powszechnie Kolędą. W niektórych większych miejskich parafiach zaczyna się ona w grudniu, a nawet czasami trwa cały rok. Jest to niewątpliwie dobra okazja na rozmowy z kapłanem na temat sposobu przyjmowania Komunii św. Taką rozmowę musimy rozpocząć sami (mało prawdopodobnie, że ksiądz wybierze taki temat). Nie możemy dać się zbić z pantałyku, powinniśmy starać się do końca wyczerpać temat, pamiętając, że od nas też zależy i dobro dusz, i oddanie Bogu należnej My chwały.

Zaczynamy rozmowę na temat sposobu przyjmowania Komunii św., nawet jeśli my osobiście nie mamy z tym problemu, bo księża parafialni nas znają jako zwolenników postawy klęczącej i nie odmawiają nam udzielenia na kolanach. Dopominamy się o przywrócenie balasek lub (jeśli nowa architektura kościoła uniemożliwia wbudowanie balasek) prosimy o postawienie kilku klęczników przed stopniami do prezbiterium, co umożliwi nawet starszym lub schorowanym ludziom klęknięcie. Możemy się spodziewać różnych reakcji. Ksiądz może po prostu odmówić rozmowy na ten temat i odejść. Jeśli jednak mamy do czynienia z księdzem kulturalnym do rozmowy dojdzie. Nawet może się okazać, że wikary myśli tak jak my, ale się boi proboszcza lub że proboszcz myśli jak my, ale się boi biskupa. Jak postąpić w takim przypadku będzie jednak tematem osobnych artykułów.

Teraz bierzemy pod uwagę sytuację, kiedy ksiądz jest przeciwny klękaniu i będzie miał dla nas różne argumenty. I na te argumenty postaram się dać odpowiedź w kilku krótkich rozważaniach.

1. Predyspozycje wewnętrzne

Jeśli zależy nam na to, by Komunia św. była przyjmowana przez coraz to większą liczbę wiernych na klęcząco, musimy przygotować się na rozmowy z kapłanami. Należy wiedzieć o tym, że bardzo dużo kapłanów jest przeciwnych temu. Szczególnie kapłani średniego wieku. Mają oni wpojone, że postawa stojąca jest lepsza, bo wyraża pielgrzymowanie Ludu Bożego do nieba. Uważają, że postawa stojąca, połączona z procesją jest z jednej strony znakiem dążenia ku pełni świętości w Chrystusie, z drugiej zaś ukazuje świętość, w której już jako Lud Boży uczestniczymy.

Nie będę rozwijać tej myśli, bowiem wydaje się, że nawet dla człowieka mało zorientowanego w teologii jest jasne, że tu chodzi o pewną wizję Kościoła, o pewien sposób rozumienia roli Komunii św., sposób, który niestety daleko odbiega od tego, w co Kościół od początku wierzy.

A Kościół wierzy, że Komunia św. jest rzeczywistym, żywym, prawdziwym Ciałem Pana Jezusa. Więc gdy będziemy rozmawiać z kapłanami – nie dajmy się wciągnąć w dywagacje teologiczne, a od razu zacznijmy od faktu, że wiara nas poucza o rzeczywistej i prawdziwej Obecności Chrystusa Pana w Komunii św.

Oczywiście nie jest to argument wystarczający dla kapłana, który jest zwolennikiem przyjmowania Komunii św. procesyjnie i na stojąco. Taki kapłan prawie na pewno powie nam, że nie jest ważna postawa, ale ważna jest czystość serca. I że Pan Jezus widzi serce i zważa na serce człowieka. I że może być, że ktoś wygląda pobożnie, ale pobożnym nie jest i przyjmuje niegodnie Komunię św.

Takie argumenty najczęściej „stawiają nas pod ścianę”, bo i jak tu się temu sprzeciwić. Więc większość wiernych uznaje racje księdzu, który tak argumentuje i w sumie jest na pozycji przegranej. Dalej dyskusji nie prowadzi.

Ale te argumenty, choćby i słuszne, nie do końca są używane w sposób uprawniony.  A to dlatego, że podstawowy warunek przystąpienia do Komunii św. jest stan łaski uświęcającej. I niezależnie od tego jak wierny zamierza przystąpić do Komunii św. – na kolana, na stojąco czy nawet na rękę – nie może przystąpić, jeśli nie jest w stanie łaski uświęcającej (zakładamy, że wierny uczciwie robi sobie rachunek sumienia i nie ma grzechów ciężkich). Więc z założenia wszyscy przystępujący do Komunii mają czyste serca, czyli odpowiednią predyspozycję. Jeśli nie mają – nie wolno im przystępować. Więc ten argument o odpowiedniej predyspozycji jest po prostu chybiony. I to należy w jakiś sposób powiedzieć swemu współrozmówcy (księdzu).

Jeśli wszyscy mają (a już wiemy, że powinni mieć) odpowiednią predyspozycję – to postawa przyjmowania Komunii św. zaczyna mieć pierwszorzędne znaczenie. Dokładnie odwrotnie niż usiłują nam wmówić kapłani, którzy uważają, że komunia powinna być przyjmowana na stojąco (lub na rękę).

Obrazowo można kapłanowi pokazać to tak: Otóż Pan Jezus patrzy na idących do Komunii św. i widzi wszystkich właściwie przygotowanych. Jednak jedni z nich chcą Mu okazać szacunek i klękają przed Nim powtarzając ( w duchu) za św. Tomaszem Pan mój i Bóg mój, uznając Go swoim Bogiem, który się do nich zniża i chcę ich uzdrowić duchowo, podtrzymywać, karmić swoim Ciałem, a drudzy idą stanąć przed Nim jak równy z równym, bo dowiedzieli się swego czasu od swoich katechetów lub proboszczów, że postawa klęcząca to zabytek feudalny. I jeszcze inni idą bezmyślnie – nie rozważają dlaczego taka, a nie inna postawa – idą tak „jak wszyscy”.

Powiedzmy przy okazji naszemu księdzu, że nigdy nie było i nie będzie ideału. Nigdy nie było tak, by każdy był całkowicie świadomy jak wielką sprawą jest przystąpienie do Komunii św. Ale gdy wszyscy przystępowali na klęcząco nawet niewierzący, patrzący z boku wiedział, że tu dzieje się coś wielkiego. Ten sam niewierzący teraz, jak zobaczy kolejkę – nie będzie miał poczucia wielkości i sacrum, które zawarte jest w akcie przyjęcia Komunii św. Będzie widział coś bardzo codziennego, odartego od misterium.

Rozmawiajmy z księżmi. Naszym celem nie może być wywalczenia tylko dla siebie przywileju przyjmowania na kolanach. W imię miłości bliźniego musimy się starać by w każdym kościele przywrócono balaski i chwalebny zwyczaj przystępowania do Komunii św. na klęcząco.

2. Zarzut tradycjonalizmu

 Jak wspomniałam na początku, rozmowy z kapłanami nie będą łatwe. Jeden z trudniejszych do odparcia argumentów jest zarzut tradycjonalizmu. Określenie „tradycjonalizm” nabrało w ustach wielu współczesnych księży znaczenie pejoratywne. Tradycjonalista dla nich to ktoś, kto ma poglądy wsteczne, należy do bliżej nie określonego „Ciemnogrodu”, sprzeciwia się postępowi.

Nie raz zdarzało mi się być świadkiem takich rozmów. W chwili gdy padało określenie: „pan (pani) jest tradycjonalistą (tradycjonalistką)”, sprawa już była przegrana. Bo biedny wierny zaczynał się bronić, że on tradycjonalistą nie jest, że nie jest przeciw rozwojowi, że jest w zgodzie ze współczesnym światem. I nie miał jak się  obronić.

A może warto wiedzieć jak odpowiedzieć na taki zarzut. Proponuję od razu zgodzić się z tym. I owszem – jestem tradycjonalistą, jestem bardzo przywiązany do tradycyjnych nabożeństw – różaniec święty to moja ulubiona tradycyjna modlitwa, tak samo nabożeństwa majowe, czerwcowe, tradycyjnie lubię odmawiać pacierz rano, uwielbiam Godzinki… Ważne jest móc się wypowiedzieć. No i jako tradycjonalista pragnę by Panu Jezusowi okazywano najwyższą cześć. Dlatego smuci mnie widok ludzi idących w kolejce po Najświętszy Sakrament. A dzieci?  No i dać konkretne przykłady – wiemy przecież jak dzieci zachowują się idąc do komunii, jak przed przyjęciem i jak po przyjęciu. A na pewno inaczej by to wyglądało, gdyby podchodziły na kolana przy balaskach.

Tak jestem tradycjonalista, bo pragnę by dzieci dostawały dobre katolickie wychowanie. By młodzież była uformowana w tradycyjnej moralności. A ile teraz jest młodych ludzi żyjących w „związkach partnerskich” przy aprobacie swoich katolickich rodziców!

Jeśli uda się nam powiedzieć kilka z tych rzeczy kapłanowi, mamy szanse na nawiązanie rozmowy o przywróceniu balasek.

Ale może paść zarzut bardzo mocny, zarzut o niezrozumienie współczesnego Kościoła. Oto autentyczny przykład:

Ci którzy chcą przyjmować komunię na kolanach, to najczęściej ludzie związani z różnymi środowiskami tradycjonalistycznymi, a ich zachowanie nie wynika z obawy przed profanacją Eucharystii, ale z całokształtu pewnego myślenia o współczesnym Kościele.

No i mamy problem, bo nie wiemy jak poradzić sobie z tą teologią.

Zasada powinna być taka: Jeśli kapłan próbuje nas zaskoczyć teologią, my zostajemy przy swoim zdroworozsądkowym myśleniu i nie próbujemy odpowiedzieć mu teologicznie (zawsze będzie w tym lepszy od nas, chyba że akurat jesteśmy obeznani w teologii). Starczy mu powiedzieć, że taka to tradycja, by wierzyć tak jak wierzyli nasi przodkowie, a oni wierzyli w rzeczywistą Obecność, przed Bogiem klękali i się przed Nim korzyli. Taka to nasza tradycja, że zawsze przed Chrystusem i Jego Matką kolana zginano.

I teraz też tak jest, bo jak się idzie do jakiegoś Sanktuarium to się wchodzi na kolanach, a i obrazy na kolanach się obchodzi, a tu Najprawdziwszy, Żywy Pan Jezus, więc to dlaczego nie uklęknąć.

A koncepcja współczesnego Kościoła – to taka tradycyjna – to miejsce gdzie jest Pan Jezus i łaski udziela. I do Matki Bożej można się modlić i o pomoc Ją prosić. Warto zapytać wtedy księdza – czy coś się w tej sprawie zmieniło? Bo jeśli nic się nie zmieniło – to niech ksiądz działa, by balaski wróciły do kościoła.

Nie wiem czy uda się poprowadzić podobna rozmowę. Być może kapłan szybko się wymówi ogromną ilością wizyt duszpasterskich. Ale niedokończoną rozmowę zawsze można spróbować dokończyć w zakrystii.

 

9 komentarzy

Filed under Rozważania

Problem z dyni? A może to problem z szatanem?

Swoje refleksje snuję wieczorem 31 października. Przed chwilą dzwoniły do mnie jakieś dzieciaki – oczywiście chciały cukierka lub straszyły psikusem. Na pytanie czy były w kościele w niedzielę i czy słyszały, że uczestnictwo w Halloween jest grzechem odpowiedziały, że cukierek to nie Halloween i trzeba wiedzieć co to jest Halloween, by się na ten temat wypowiadać. Wyraźnie uważały, że nie wiem o czym mówię.

Kolejna grupa dzieciaków (podobnie jak pierwsza w wieku około 10 – 12 lat) na pytanie czy rodzice wiedzą gdzie oni się o takiej późnej porze wloką, odpowiedziały, że wiedzą i nie mają nic przeciwko temu. Oni przecież tylko chcą cukierki. Większość tych dzieciaków miało jakieś maski na twarzy – chyba też za wiedzą rodziców. Na pytanie czy chodzą do kościoła, odpowiedziały, że tak. Ale z tego spowiadać się nie będą, bo to nie jest grzech. Katecheta mówił, że grzech, ale to nie prawdą. I poszły do kolejnego domu.

Jak widać apel hierarchów przyszedł stanowczo za późno. Za późno w tym roku, bo wiele szkól już miało przygotowane imprezy, w niektórych odbywały się jeszcze w ubiegłym tygodniu. Za późno również ze względu na to, że od lat ten pogański i satanistyczny zwyczaj był wdrażany w społeczeństwie, a hierarchia milczała. Teraz okaże się za późno, bo handlarze nie zrezygnują ze sprzedaży dyni, a ci, którzy chcą Halloween propagować – nie muszą zbytnio się wysilać.

By się przekonać jak sprawy stoją, można przejrzeć sobie Internet. Dziś – w wigilię Wszystkich Świętych – pełno w Internecie różnych opinii. Większość to wyśmiewanie się z apelu hierarchów, wyśmiewanie się z powiedzianej prawdy. Tak jak w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej, gdzie niejaka Katarzyna Wiśniewska stwierdza, że „kościół strzela sobie samobója”, gdy tłumaczy wiernym, że Halloween to święto zasadniczo satanistyczne. I że uczestnictwo w imprezach hallowenowych jest grzechem i to grzechem ciężkim. Bardzo to martwi K. Wiśniewską, osobę oczywiście mocno zatroskaną o Kościół i dlatego poucza ona nas, że kościół powinien zamiast straszyć Halloween lepiej proponować coś w zamian.

Oczywiście znajdzie się w Internecie mnóstwo innych opinii, ale chyba najistotniejszy jest przekaż, który dociera do największej grupy odbiorców. A takim przekazem jest przekaz telewizyjny.

Nie mam telewizora i nie oglądam telewizji. Co nie oznacza, że w ogóle nie wiem, co TV pokazuje. Na ogół włączam  portal TVN 24 i czytam nagłówki, co jest wystarczające, by się zorientować o czym TV informuje wiernych swoich widzów. Czasami tez otwieram niektóre linki – należy jednak wiedzieć co ludzie oglądają albo inaczej rzecz biorąc – jaki jest konkretny temat podawany im do wierzenia przez massmedia.

I tak obejrzałam dziś program Faktów, nazwany „Problem z dyni”: http://fakty.tvn24.pl/problem-z-dyni,285897.html

Sama nazwa programu jest podła, bo problem nie wynika z dyni – nie dynia jest problemem, ale sposób jej używania i cel. Jak to zwykle bywa w takich programach zapytano kilka osób o ich opinię. Sprzedawca dyni oczywiście jest za – bo przecież to są dla niego pieniądze. Potem wypowiada się o. A. Smolka, egzorcysta, który stanowczo ostrzega przed satanistycznymi wpływami obchodów Halloween. Podobnie, choć nie tak stanowczo ostrzega ks. J. Sikorski. Pojawia się komunikat Pasterza diecezji szczecińsko-kamieńskiej abp. A. Dzięgi na temat zagrożeń duchowych Halloween, nie wspomina się o podobnym komunikacie kard. K. Nycza. W końcu pojawia się o. dominikanin T. Franc z Dominikańskiego Ośrodka Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach. I tu dowiadujemy się, że apel hierarchów Kościoła i ostrzeżenia przed możliwymi skutkami zabawy w Halloween to: w słusznej wierze strzelanie z armaty do wróbla!! Mówi to bądź to bądź specjalista od sekt (czyli i od satanizmu), jego wypowiedź pełna lekceważenia dla wypowiedzi biskupów (zgodnych zresztą z nauką Kościoła) następuje po wypowiedzi egzorcysty, czyli jest odbierana jako ważniejsza (tak naucza socjotechnika – dawać na koniec to, co ma być zapamiętane). Dla o. Franca zagadnienie Halloween to rzecz mało ważna. Porównanie armaty z wróblem ma nam uświadomić, że nie ma co mówić o grzechu w tak błahej sprawie. I konkluduje – nie spotkał nigdy nikogo, kto z powodu zabawy z dynia stał się satanistą.  Przekaz jednoznaczny – nie obawiajcie się – satanizm wam nie grozi.

Ostatecznie pokazany jest przykład pewnego księdza, który stwierdza, że nie ma zamiaru walczyć z czymkolwiek, zamiast Halloween  on proponuje Bal Wszystkich Świętych. Najciekawsza jest wypowiedź pewnego chłopczyka  (może 6 a może 7 lat), który stwierdza, że teraz zamienili Halloween na bal świętych. Dziecko ostatecznie wszystko jedno – ważne, że będzie zabawa!

Wniosek, który wyciąga reporterka jest pouczający – najistotniejsze to mieć dobrą zabawę, a która nowa tradycja (tak, dokładnie tak – nowa tradycja! ona ma na myśli Halloween i Bal świętych) zwycięży, zależy od poczucia estetyki. Bo jednych kują rogi, a drugich aureole.

No i widzowie dostali porcję wiadomości, z których mogli wyciągnąć pożądany wniosek:

Nic strasznego nie ma w zabawach Halloween. Egzorcysta widzi wszędzie diabła, ksiądz Sikorski owszem ostrzega, ale zaznacza, że nie wiele wiemy o duchach – więc należy uważać (nie wiemy o szatanie, o demonach?), biskup grzmi i straszy wiernych, nawet się powołuje na policyjne statystyki, które mówią o wzmożeniu aktów przemocy o charakterze okultystycznym właśnie w tym czasie. No i następuje natychmiast uspakajające zapewnienie – nie bójcie się słów biskupa – to po prostu strzał z armaty do wróbla. A wprowadzanie Halloween to jest promocja bylejakości! Tak właśnie powiedział dominikanin z Ośrodka Informacji o Sektach!  Dla niego promocja satanizmu to tylko promocja bylejakości!

No i niech będzie wesoło.

Może za długi opis tej kilkuminutowej telewizyjnej migawki. Ale zatrzymałam się nad nią tak długo, ponieważ jest ona majstersztykiem manipulacji. Jest pokazówką jak należy ustawiać opinię publiczną. Jest ona skierowana do ludzi niezdecydowanych. Jeśli po apelach hierarchów, ktoś miał jakieś wątpliwości, jeśli pomyślał choć na chwilę, że uczestnictwo w zabawach Halloween może być jednak grzechem, to jego wątpliwości zostały rozwiane. Przecież dominikanin mówi, że to nic takiego – taki „wróbelek”, do którego nie warto strzelać. Szczególnie z armaty!

A zresztą – jeśli można wybierać między rogami a aureolą – to nie jest tak istotne – jedna zabawę można zamienić na inną (to sugeruje równowartość). Jednemu się podobają rogi, drugiemu aureole.

I to zostanie zapamiętane przez ogromną ilość widzów.

Kończę ten artykuł w momencie, gdy prawdopodobnie „zabawa w duchy” w wielu miejscach trwa na całego. Jedyne co mi zostaje, to przeżegnać się wodą święconą i pomodlić się do Matki Bożej, by nikt nie wpadł dzisiaj w ręce szatana.

31.10.2012

6 komentarzy

Filed under Rozważania

Nadużycia przy rozdawaniu i przyjmowaniu Komunii świętej.

W poprzednich swoich rozważaniach na temat kultu dla Najświętszej Eucharystii zatrzymałam się tylko na sposobie przyjmowania Komunii świętej. Teraz chcę zwrócić uwagę na inny aspekt przyjmowania i rozdawania Komunii świętej – mianowicie na nadużywanie funkcji nadzwyczajnych szafarzy.

Wszystko, co dzieje się w czasie liturgii w mniejszy lub większy sposób przyczynia się do ugruntowania wiary w Rzeczywistą Obecność lub do jej zaniku. Zatrzymajmy się więc tylko na problemie świeckich szafarzy. Wprowadzenie tej funkcji na szeroką skale okazało się bardzo niebezpieczne dla wiary. Takie stwierdzenie jest w pełni uzasadnione –  potwierdzają to lata praktyki, szczególnie w krajach zachodnich, gdzie nadużycia są bardzo duże. To, że u nas jeszcze nie ma aż tak wielkich nadużyć nie powinno nas ani uspakajać, ani usypiać. Z roku na rok tych nadużyć jest coraz więcej, a wierzących w Rzeczywistą Obecność – coraz mniej.

Najpierw powołam się na pewne dokumenty Magisterium. Robie to z dwóch powodów – by pokazać, że to, o czym będzie dalej, nie jest moje „widzimisię”, a ma oparcie w dokumentach, a po drugie – by przypomnieć, że każdy z nas ma obowiązek dbać o szacunek dla Najświętszej Eucharystii. (wszelkie podkreślenia i wytłuszczenia w cytowanych tekstach są moje)

 

 Z instrukcji Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Redemptionis sacramentum z 25 marca 2004 r.:

183. Stosownie do możliwości każdego, wszyscy mają obowiązek wykazywać szczególną troskę o chronienie Najświętszego Sakramentu Eucharystii przed brakiem szacunku i wszelkiego rodzaju deformacjami oraz o dokładne usuwanie wszystkich nadużyć. Ten poważny obowiązek, zlecony wszystkim członkom Kościoła i każdemu z osobna, należy wypełniać z wykluczeniem wszelkiego względu na osobę.

Z Kodeksu Prawa Kanonicznego:
Kan. 212
§ 2. Wierni mają prawo, by przedstawiać pasterzom Kościoła swoje potrzeby, zwłaszcza duchowe, jak również swoje życzenia.
§ 3. Stosownie do posiadanej wiedzy, kompetencji i zdolności, jakie posiadają, przysługuje im prawo, a niekiedy nawet obowiązek wyjawiania swojego zdania świętym pasterzom w sprawach dotyczących dobra Kościoła, oraz – zachowując nienaruszalność wiary i obyczajów, szacunek wobec pasterzy, biorąc pod uwagę wspólny pożytek i godność osoby – podawania go do wiadomości innym wiernym.

Zacytujmy teraz dokument zezwalający na ustanowienie funkcji nadzwyczajnych szafarzy. Tym dokumentem jest Instrukcja Świętej Kongregacji ds. Kultu Bożego, wydana 29.01.1973 r., zatytułowana Immensae caritatis. Zarządza ona użycie nadzwyczajnych szafarzy w przypadkach rzeczywistej konieczności. Oto lista tych przypadków:
a/ gdy nie ma księdza, diakona lub akolity;
b/ gdy w/w nie mogą dysponować Komunią Św., ze względu na inną posługę pasterską, chorobę lub zaawansowany wiek;
c/ gdy liczba wiernych pragnących Komunii Św. jest tak znaczna, iż odprawianie Mszy albo rozdawanie Eucharystii poza Mszą nadmiernie by się przedłużyło.

Instrukcja zastrzega , iż:
Ponieważ uprawnienia te przyznaje się tylko dla duchowego dobra wiernych i w przypadkach rzeczywistej konieczności, księża winni pamiętać, iż nie są on zwolnieni z obowiązku rozdawania Eucharystii wiernym, którzy w sposób uprawniony tego żądają, a w szczególności, z zanoszenia i rozdawania jej chorym.
Wyraźnie widać, że wyżej wymienione warunki spełnione mogą być tylko w krajach misyjnych, i to nie wszędzie. Jeśli bowiem w kraju misyjnym jest grupa katolików nie za bardzo liczna i zamieszkująca niewielkie terytorium – nie widać potrzeby  wprowadzania nadzwyczajnych szafarzy.

Praktyka jednak jest inna. Wprowadzono ich w wielu krajach katolickich, co przyczyniło się natychmiast do spadku powołań. Co gorzej – pozwolono również kobietom rozdawać Komunię, ale o tym będzie mowa niżej.

W Polsce ostatnio jest coraz więcej nadzwyczajnych szafarzy. Zaznaczmy, że nie ma w ogóle takiej potrzeby. Według statystyk, publikowanych przez KAI, jest u nas około 30 000 księży diecezjalnych i zakonnych. Są oczywiście takie parafie, gdzie jest nadmiar księży i takie, gdzie mogłoby być jednego czy dwóch więcej. Nie ma jednak nie obsadzonych parafii. Skąd więc tak nagminne stanowienie nadzwyczajnych szafarzy?

Dla przykładu do parafii św. Dominika na Warszawskim Służewie, która obejmuje Osiedle Nad Dolinką należy około 20 000 mieszkańców. Parafia św. Dominika jest parafią przyklasztorną i jest w niej bodajże 26 (dwudziestu sześciu) czynnych ojców (nie liczę starszych i chorych). Jeśli według statystyk liczba dominicantes wynosi maksymalnie około 40% – to na jednego kapłana przypada około 320 wiernych. Znowu licząc według statystyk communicantes jest około 140 – 160 osób na kapłana. Są to obliczenia według najwyższych wskaźników. Prawdopodobnie w rzeczywistości jest ich mniej.  I w tej parafii działa aż sześciu nadzwyczajnych szafarzy! Z jakiego powodu? Nawet jeden to za dużo, a sześciu?

A co na ten temat dokumenty Kościoła?

List Jana Pawła II Dominicae Cenae(1980 r.):

Dotykanie konsekrowanych hostii, a także rozdawanie ich własnymi rękoma, jest właśnie przywilejem wyświęconych.

W innym miejscu w tym samym liście Jan Paweł II przypomina, że:
Nie wolno zapominać o najważniejszym urzędzie kapłanów, którzy zostali konsekrowani przez ich święcenia dla reprezentowania Chrystusa Kapłana: z tego względu ich ręce, jak również ich słowa i ich wola, stały się bezpośrednimi narzędziami Chrystusa. Poprzez ten fakt, tj. jako szafarze świętej Eucharystii, oni pierwsi biorą odpowiedzialność za święte hostie, ponieważ jest to pełnia odpowiedzialności. Ofiarują oni chleb i wino, konsekrują je, a następnie rozdają święte hostie tym uczestnikom zgromadzenia, którzy pragną je przyjmować.

 Przytoczmy jeszcze cytat z Instrukcji Inaestimabile Donum (1980):

 (…) Te pozytywne i napełniające otuchą aspekty nie mogą jednakże przytłumić niepokoju, z jakim obserwuje się najrozmaitsze i częste nadużycia, o których dowiadujemy się z różnych stron świata katolickiego; pomieszanie funkcji, zwłaszcza gdy chodzi o posługę kapłanów i o rolę świeckich (odmawianie razem z kapłanem Modlitw eucharystycznych, wygłaszanie homilii przez świeckich, rozdzielanie Komunii św. przez świeckich, gdy mogą to czynić kapłani); pogłębiające się zatracenie poczucia sacrum (zarzucanie stroju liturgicznego, sprawowanie Eucharystii bez uzasadnionej konieczności poza kościołem, brak czci i poszanowania wobec Najświętszego Sakramentu, itd.); uznawanie kościelnego charakteru liturgii (używanie tekstów prywatnych, mnożenie Modlitw eucharystycznych bez aprobaty kościelnej, wykorzystywanie tekstów liturgicznych do celów społeczno – politycznych). W tych przypadkach mamy do czynienia z rzeczywistym fałszowaniem liturgii katolickiej: „fałszerzem byłby, kto by w imieniu Kościoła sprawował Kult Boży wbrew sposobowi ustanowionemu powagą Bożą przez Kościół i uświęconemu zwyczajowi”(7).

 Takie są dokumenty – jednoznacznie jest powiedziane – tam gdzie nie ma prawdziwej potrzeby – nie wolno stanowić nadzwyczajnych szafarzy. Prowadzi to do zatracenia poczucia sacrum, do upadku wiary, spadku powołań kapłańskich, dezorientacji wiernych. Jednym słowem – prowadzi to do protestantyzacji Kościoła.

Ale szafarze (nadzwyczajni) są i jest ich coraz więcej. W niektórych diecezjach biskupi nawet nakazują proboszczom wskazania mężczyzn na szafarzy i określają ich liczbę. Proboszczowie są w trudnej sytuacji – albo muszą narazić się biskupowi, albo być wiernymi zarządzeniom Magisterium. I w większości wypadków decydują się na szafarzy. Jest to zrozumiałe (co nie oznacza, że prawidłowe). Biskup jest blisko i może przenieść na gorszą parafię, a Magisterium jest daleko… Przypomina się stare ruskie powiezienie: Bóg wysoko, car daleko, a tu trzeba słuchać pana…

Proboszczowie szafarzem z różnym skutkiem szukają mężczyzn, którzy wyrażą zgodę na bycie nadzwyczajnym. Zdarza się, że nie mogą znaleźć (i Bogu dzięki!) Ale często znajdują. Wypada więc zapytać dlaczego są tacy, którzy się godzą być szafarzami?

Myślę, że można podzielić ich na dwie kategorie.

Pierwsza – to tacy, którzy nie uświadamiają sobie, że ich nowa funkcja jest szkodliwa dla Kościoła. Oni przyjęli bezkrytycznie zapewnienia, że będą pomocni Kościołowi. Być może wielu z nich nawet nie zna odnośnych dokumentów.  Często są oni przekonani, że postępują zgodnie z wymaganiami Magisterium, że niosą dobro dla ludzi i dla Kościoła. Są ogłupieni przez ciągłe mówienie o miłości do ludzi, więc po mało zaczynają wierzyć, że wchodzą w szlachetną misję czynienia dobra dla ludzi i Kościoła.

Nadzwyczajni szafarze nie tylko, że rozdają Komunię świętą, ale i chodzą do chorych. W tej posłudze znajduje się pułapka dla szafarzy (i dla samych chorych). Powiedziano im, że gdyby nie oni, to chorzy rzadziej by dostawali Komunię, a tak – dostają częściej. I poczuli się bardzo ważni, zapomnieli, że chory potrzebuje pociechy kapłańskiej. Oczywiście często się zdarza, że chora osoba nie życzy sobie wizyty nadzwyczajnego szafarza, lecz jeśli (a i to się zdarza), ksiądz jej powie, że albo szafarz, albo nikt, ostatecznie przyjmie Eucharystię i od świeckiego.

Eucharystię przyjmie, ale pociechy duchowej nie dostanie, nie wspominając już o tym, że nie może przystąpić do sakramentu spowiedzi. No bo i o jaką pociechę duchową może być mowy? O czym rozmawiać z nadzw. szafarzem? O jego żonie i dzieciach, czy o jego pracy? Przyjęcie Komunii świętej nie bardzo sprzyja takim rozmowom, a słuchanie banałów o miłości i cierpieniu, których nauczył się nadzw. szafarz jest nużące.

Chodzenie „szafarzy”do domu chorych często jest powodem do pewnego zgorszenia. Lub co najmniej do obaw o naruszenie intymności domu. Tak to jest gdy jest to sąsiad – przychodzi do domu, widzi co i jak w nim jest, a czy na pewno nie będzie opowiadał dalej? Jak nie rozpowie po całej okolicy czy aby na pewno nie opowie swojej żonie? A jeśli ten sąsiad to zwykły sklepikarz, może w masarni pracuje i rąbie mięso, a może robi ciastka i ręce ma na co dzień całe w mące. To nie są ręce święcone, może i dobrze umyte, ale ręce masarza, cukiernika, może handluje na bazarze ziemniakami lub sprzedaje stare ubrania. Itd., itd. Przecież gdy stanowi się nadzwyczajnych szafarzy nie uzależnia się to od ich zawodu. Wymaga się by „szafarz” był mężczyzną w wieku od 25 do 65 lat, żonaty lub stanu wolnego, mający poważanie wśród duchowieństwa i wiernych, pozytywną opinię moralną, pobożność eucharystyczną, aktywność w życiu parafialnym.

Proszę zwrócić uwagę na wymagania co do wieku. O ile można się domyśleć dlaczego dolną granicą wieku jest 25 lat (widać Kościół uważa, że młodsi są niedojrzali), to z jakiego powodu ograniczono ten wiek „od góry”? Obawia przed starczą demencją? Ale przypomnijmy, że obecnie mężczyzny będą pracować obowiązkowo do 67 roku życia, więc chyba nie o utratę zdolności fizycznych czy umysłowych chodzi. Zresztą – „początkowy” wiek też jest dziwny – mając 18 lat się jest pełnoprawnym obywatelem (prawo do głosu czynne i bierne) i można zawrzeć związek małżeński – czyli być dojrzałym do założenia rodziny. Nie ma wzmianki w tych wymaganiach, że „szafarz” musi być ochrzczony i bierzmowany. Jest jednak jakiś pozytywny element w stanowieniu „szafarzy” – stanowione są na rok i funkcja podlega ponownemu zatwierdzeniu. Więc każdy może sam po roku zrezygnować. Ale trzeba silnego samozaparcia by to zrobić – taka rezygnacja zawsze będzie odczytywana przez otoczenie w sposób różny, więc wielu się boi, by nie stracić dobrej opinii u współparafian czy sąsiadów. By nikt nie pomyślał, że naraził się biskupowi, że stał się mniej katolicki itd.

No tak. To wszystko może być, ale czy w ogóle godzi się być nadzwyczajnym szafarzem? Co jest tego człowieka pierwszym obowiązkiem – zając się domem, zapewnić byt rodzinie, czy wyręczać księdza?

Takim ludziom da się na pewno po woli wyjaśnić, że nie godzi się świeckiemu być „szafarzem”. Gdy poznają dokumenty, gdy zastanowią się, gdy zostanie im pokazane jak to wygląda na Zachodzie, gdzie kościoły są puste, a seminaria jeszcze bardziej, gdy zobaczą jak groteskowo wyglądają w kościele, prawdopodobnie wielu z nich zrezygnuje. A gdy jeszcze zrozumieją, że z ich powodu wielu ludzi zaprzestaje wierzyć w Rzeczywistą Obecność Chrystusa Pana w Najświętszej Eucharystii, jeśli na prawdę posiadają „wymaganą” pobożność eucharystyczną – zrezygnują.

Z nimi powinno się rozmawiać, udostępniać im dokumenty, lekturę, pokazywać filmiki, jednym słowem – powinno się im wyjaśniać szkodliwość funkcji nadzwyczajnego szafarza.

Druga kategoria szafarzy, o której wspomniałam wyżej, to mężczyźni, którzy się dowartościowują. Coś im w życiu wyszło nie tak, jak chcieli, czasami próbowali zostać kapłanami, ale coś przeszkodziło, czasami tylko taka myśl się snuła – nie podjęli na czas decyzji, nie wstąpili do seminarium, a teraz jest za późno. Czasami muszą komuś udowodnić, że są lepsi, bardziej cenieni od innych, prawie kapłanami, choć nie do końca, ale zawsze lepsi od zwykłych wiernych. Rozpycha ich duma (pycha?). I choć zachowują się łagodnie (niemal jak owieczki) i mają usta pełne słów o miłości, służbie i pokorze, w rzeczywistości każdemu dają odczuć, że oni są wyróżnieni, inni niż ten cały szary tłum wiernych. Ci czują się w pełni usprawiedliwieni i z nimi nie ma sensu podejmować rozmowy. Za nich można tylko się pomodlić – by dobry Bóg rozjaśnił im umysły.

Jest jeszcze jeden (trochę inny) rodzaj „szafarzy” – ten jest najbardziej tragiczny. Chodzi zasadniczo nie o „szafarzy”, lecz o „szafarki”.

W marcu 2006 Konferencja Episkopatu Polski przyjęła Wskazania odnośnie do nadzwyczajnego szafarza Komunii świętej (http://www.episkopat.pl/?a=dokumentyKEP&doc=2007425_0)

Czytamy tam:

Biskupi diecezjalni mogą upoważnić mężczyzn, a także siostry zakonne i niewiasty życia konsekrowanego w wieku 25 do 65 lat do posługi nadzwyczajnego szafarza Komunii świętej.

Od razu nasuwa się pytanie: A dlaczego tylko siostry zakonne czy inne niewiasty życia konsekrowanego? Dlaczego nie samotne panny czy mężatki? A wdowy? Jaka to różnicą jeśli wymagania w dalszym ciągu są:

Kandydaci powinni odznaczać się zaangażowaniem w życie Kościoła, wzorowym życiem moralnym oraz poważaniem wśród duchowieństwa i wiernych.
Kandydat winien znać podstawowe prawdy katechizmowe oraz najważniejsze zagadnienia teologiczno-liturgiczne…

Czy mężatka lub panna nie może mieć poważania u duchowieństwa? Czy nie może żyć życiem moralnym? Czy nie jest obowiązkiem każdego wiernego znać podstawowe prawdy katechizmowe i najważniejsze zagadnienia teologiczno-liturgiczne?

Ale nie – widać, że jest jakaś specyficzna różnica między kobietami a kobietami. Więc niektóre zakonnice się tym przejęły, uwierzyły, że tak ma być i zaczęły rozdawać Komunię świętą.

Pierwszy raz o kobietach „szafarkach” słyszałam w Lublinie. Było to za czasów nieżyjącego bp. J. Życińskiego, więc szczególnie mnie to nie zdziwiło.

Parę miesięcy temu na zaprzyjaźnionym blogu (http://sacerdoshyacinthus.wordpress.com/2012/06/13/zuchwalosc-w-czestochowie/) pojawiała się refleksja kapłana rzymskokatolickiego na temat  zuchwałości sióstr, rozdających Komunię święta w kościele rektorackim w Częstochowie. Praktyka ta istnieje po dziś dzień.

Że też tym siostrom ręka nie zadrży, napisał ze zdziwieniem kapłan. A dlaczego miała by im ręka zadrżeć, jeśli nie drży im serce, jeśli dusza ich nie boleje? Nie wiem jaka jest ich wiara – jedno jednak wydaje się pewne, że (tak jak pisze zaprzyjaźniony kapłan) dają one wyraz ogromnej pychy i lekceważenia Najświętszego Sakramentu. Widać biedne siostry uwierzyły banałom o samorealizacji i o tym, że one niosą pomoc Kościołowi. Biedne oszukane kobiety, które zapomniały jakie jest ich powołanie zakonne. Biedne kobiety, które nie wiedzą co godzi się kobiecie i co nie. Biedne zakonnice, które zamiast oddawać cześć Najświętszemu Sakramentowi mniej lub bardziej świadomie Go poniżają!

Artykuł ten zatytułowałam: Nadużycia przy rozdawaniu i przyjmowaniu Komunii świętej. Dotychczas mowa była o nadużyciach przy rozdawaniu. Wypada teraz parę słów powiedzieć o przyjmowaniu Komunii Świętej z rąk „szafarzy”. 

Otóż w ogóle nie wolno przyjmować Komunii z ich rąk. Jeśli obecni są szafarze należy ich omijać i przyjmować Komunię św. tylko z rąk kapłana (ew. diakona). Nie możemy stawać się wspólnikami w obrażaniu Pana Jezusa, nie możemy godzić się na to, by działać na szkodę Kościoła. Jeśli nawet uda się nam przekonać kogoś z szafarzy, że jego funkcja jest szkodliwa, to i tak będzie za mało. Wydaje się dużo łatwiej rozmawiać i uświadamiać liczną rzeszę znajomych, tłumaczyć im jakie są niebezpieczeństwa dla wiary, jak bardzo przyczyniają się do spadku powołań tym, że przyjmują Komunię od „szafarza”.

Jeśli w czasie Mszy św. Kapłan nie rozdaje Komunii, należy po skończeniu pójść do zakrystii i poprosić o udzielenie Komunii. Jeśli i takiej możliwości nie ma – należy przyjmować Komunię świętą duchowo.

Więc należy rozmawiać z wiernymi. Większość ludzi przyjmuje za dobrą monetę to, że proboszcz lub inny kapłan pozwala „szafarzowi” udzielać Komunii. Ksiądz u nas jeszcze cieszy się szacunkiem i autorytetem, więc wierni myślą, że jeśli on pozwala, to chyba wszystko jest w porządku.

Posłużę się pewnym przykładem z życia. Rozmawiam z bardzo pobożna osobą, mieszkająca w Częstochowie. Powołuję się na fakt, że w kościele rektorackim siostry rozdają Komunię. Moja znajoma o tym wie, w tym kościele bywa i nie ma oporów co do tego faktu. Przyjmuje to jako coś, co jest normalne, bo to przecież kościół rektoracki, tam na pewno wiedzą co i jak ma być. Otóż – być może wiedzą co i jak ma być. Ale robią tak, jak nie powinno być. I robią to świadomie! I prowadzą dusze na manowce.

I ostatnia uwaga. Dokument KEP o nadzwyczajnych szafarzach stwierdza: Szafarz nadzwyczajny podczas pełnienia tej posługi w czasie Mszy św. winien być ubrany w albę, a jeśli trzeba przepasany cingulum. Pełniąc swą posługę poza Mszą św., może nosić zwykłe ubranie. Siostry zakonne spełniają posługę nadzwyczajnego szafarza w swoim stroju zakonnym, a osoby życia konsekrowanego w swoim stroju.
Podejmuje ten wątek ze względu na to, że strój może pomylić wiernych. Może się wydawać, że mężczyzna w albie jest jakimś duchownym, więc należy szczególnie uważać kto rozdaje Komunię św. Co do sióstr – rozróżni się według płci (i należy unikać za wszelka cenę! przyjęcia Komunii od nich). A osoby życia konsekrowanego – mogą to być bracia zakonni w habitach – trudno dla zwykłego wiernego odróżnić czy to nie jest przypadkiem ksiądz, który zapomniał stuły. A panie konsekrowane chodzą w ubraniach świeckich – więc tylko płeć staje się wyznacznikiem. I niedługo nie będziemy wiedzieli czy to osoby konsekrowane („lepsze” do rozdawania Komunii), czy inne panie – odpowiednio dobrane.

Kto ma jakieś wątpliwości niech sobie obejrzy na serwisie you-tube filmiki z różnych krajów i kościołów.  Przekona się, że groza wieje i że nas czeka to samo, co od dawna zniszczyło kościół w innych krajach. Chyba że będziemy się modlić i działać. Uświadamiać wszystkich, do których mamy dostęp i nie dopuszczać do tego, by szafarze czuli się potrzebnymi. Samym szafarzom można między innymi polecić pewne forum, na którym się wypowiadają małżonki szafarzy – może to im otworzy oczy na niektóre zagadnienia. (http://www.netkobiety.pl/t23660.html)

Więc przeciwstawmy się niszczeniu wiary, protestantyzacji Kościoła i pamiętajmy słowa Stefana kard. Wyszyńskiego: Jedna kobieta w prezbiterium udaremnia 40 powołań kapłańskich z danej parafii. A odnosi się nie tylko do ‘szafarek”, ale i do wszystkich „lektorek” i „kaznodziejek”. Ale to już inny temat.

24 września 2012

 

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Jeszcze raz o klękaniu przed Bogiem

Po opublikowaniu artykułu „Dlaczego nie klękamy” dostałam kilka listów, w których zwrócono mi uwagę (jak najbardziej słuszną), że pominęłam parę ważnych aspektów. Postaram się więc uzupełnić braki.

Poprzednie rozważania pisałam jako bezpośrednią odpowiedź na artykuł S. Krajskiego: „Klękajmy przed Bogiem”. Zasadniczo odnosiłam się do jego propozycji „skrzyknięcia się i pójścia razem do komunii św. na kolana”. Wyraziłam swoje wątpliwości co do skuteczności takiej metody. Zwróciłam uwagę na zewnętrzną stronę sposobu przyjmowania komunii św. Teraz spróbuję spojrzeć na sprawę pod trochę innym kątem. Co – obawiam się – zaprowadzi nas bardzo daleko…

Najpierw sprawa, która tylko pozornie odnosi się do strony zewnętrznej – usunięcie balasek z większości kościołów. Zostały gdzieniegdzie albo dlatego, że proboszcz nie chciał usunąć, albo dlatego, że konserwator zabytków nie pozwolił. Ale w ogóle brak balasek utrudnia niezmiernie mniej sprawnym ludziom klękanie. Nie mówiąc już o ludziach starszych. Pozwolę sobie zacytować fragment pewnego listu:

Otóż nikt pewnie nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego po V2 wraz ze zmianą liturgii, zmianą pozycji Ołtarza (a właściwie jego likwidacji i zamienieniu na stół) wszędzie ochoczo porąbali tzw. balaski…Ci, co klękają, narażeni są na gimnastyczne wygibasy i wypinanie się, kiedy mają wstać z niskiego stopnia… Przed reformą podchodziło się do stołu Pańskiego, nakrytego przez ministranta białą wykrochmaloną serwetą, przystępowanie do Komunii św. odbywało się uroczyście i pięknie.

Zostały tu poruszone bardzo istotne sprawy. I tak – po kolei:

Najpierw – czy na pewno nikt nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego usunięto balaski? Jest to niestety oczywiste – w ramach reformy liturgii balaski stają się niepotrzebne. Reforma bowiem zakłada, że msza święta przestaje być postrzegana jako Ofiara, lecz bardziej jako uczta liturgiczna. Uczta jako taka zakłada wspólny stół, naokoło którego znajdują się biesiadnicy. Ksiądz, jako przewodniczący liturgii jest jednym z nich – inni to wierni, ewentualnie też koncelebransi.  Zresztą ta teologia – Msza święta jako Uczta Eucharystyczna – pozwala na wprowadzenie niezliczonej ilości koncelebransów.

Warto w tym momencie zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt tej zmiany. Księża, a za nimi i wierni zaczęli używać określenia „Eucharystia” zamiast „Msza św.”. Powszechne stały się wyrażenia: Idziemy na eucharystię, witam na tej eucharystii, zapraszamy na eucharystię. [1]

Zmiana treści tego terminu została przyjęta i rozpowszechniona już na dobre. Doprowadziło to do wielu niejasności, wierni nie bardzo wiedzą jaka jest różnica między mszą św. a Eucharystią. Oczywiście te dwa terminy w pewnym stopniu się uzupełniają lub nawet pokrywają. Gdybyśmy mówili o liturgii eucharystycznej byłoby jasne, że mamy na myśli mszę św. Ale kult eucharystyczny nie ogranicza się do mszy św. Bez mszy św. nie byłoby kultu eucharystycznego, nie było by nabożeństw eucharystycznych, adoracji, czuwań. Dlaczego więc teraz uparcie unika się terminu „msza św.”, a używa się „eucharystia”? Wydaje się, że jedyna odpowiedź na to jest fakt, że termin „msza św.” kojarzy się wyłącznie z katolicyzmem. Więc chyba chodzi o to, by nie drażnić „braci odłączonych”, bowiem termin Eucharystia jest mniej drażliwy dla protestantów niż termin Ofiara Mszy Świętej.

Zwrócę uwagę na jeszcze jeden, bardzo powszechny ostatnio sposób unikania terminu „msza święta”. Często możemy usłyszeć takie słowa: Na tej eucharystii będziemy się modlić w sposób szczególny za… Co to oznacza sposób szczególny? Jak się modlić w sposób szczególny? Oczywiście celebrans ma myśli to, że msza jest zamówiona w pewnej intencji. Ale nie mówi już: Msza św. w intencji … lub Ofiara mszy św. złożona będzie w intencji… Nie! On się modli w sposób szczególny. Kiedyś próbowałam wymóc od księdza powtórne odprawienie mszy św. Zwróciłam uwagę na to, że nie dawałam ofiary po to, by on się modlił w sposób szczególny, ale by odprawił msze św. w danej intencji. Więc według sprawiedliwości należy się odprawić mszę w tej intencji. Wątpię czy się porozumieliśmy. Oczywiście mszy św. powtórnie nie odprawił.

Należy zwrócić uwagę również i na to, że ksiądz stał się „przewodniczącym liturgii”, przestał być ofiarnikiem. I chociaż element ofiary jest uwzględniony w Nowej Mszy (NOM) całość jednak bardziej przypomina Wieczerzę Pańską – na pamiątkę Wielkiego Czwartku z elementami Wielkiego Piątku. Nowa Msza różni się od protestanckiego nabożeństwa zasadniczo tylko faktem konsekracji. Nie tu miejsce na szczegółową analizę tego tematu – zresztą jest on bardzo dobrze opracowany i na różnych stronach internetowych można znaleźć wiele cennych informacji. Wspominam tylko dlatego, że padło zdanie nikt pewnie nie jest w stanie powiedzieć dlaczego usunięto balaski. Wydaje mi się, że wielu wiernych zadaje sobie to pytanie.  Więc powtarzam – usunięcie balasek jest logicznym następstwem reformy liturgicznej, tak samo zresztą jak wprowadzenie procesyjnego przyjmowania komunii św. I właśnie dodatkowe znaczenie ma zmuszanie do gimnastyki – jest to skalkulowane – nie wiele ludzi będzie chciało się narażać na wysiłek lub nawet na śmieszność (to wypinanie się, o której wspomina moja respondentka).

Przed reformą wszystko było uroczyste i piękne. Ja bym dodała do tego: i godne! Wszystko odbywało się z szacunkiem, nikt się nie śpieszył, każdy mógł podejść do komunii św. skupiony. Nas uczono iść do komunii z rękoma modlitewnie złożonymi, a po przyjęciu Pana Jezusa położyć skrzyżowane dłonie na piersi i skromnie patrząc w dół wrócić na swoje miejsce, uklęknąć i klęczeć aż do zamknięcia tabernakulum. Zamknięcie ogłaszano dzwonkami. Teraz rzadko można usłyszeć te dzwonki. Są takie kościoły gdzie w ogóle się nie używa dzwonków (na przykład u dominikanów na Służewie). Często jeden  ksiądz rozdaje komunię, drugi puryfikuje, trzeci siedzi i odpoczywa. I wielu wiernych przyjmuje komunię, potem siada i odpoczywa. Więc powtórzę myśl z poprzedniego artykułu – jak pasterze czynią – tak i owce. Gdyby pasterze inaczej postępowali – to i owce byłyby inne.

A dlaczego pasterze tak postępują? Odpowiedź na to nie jest łatwa. Jednak jeden z moich respondentów zwrócił mi uwagę na to, że nie wspomniałam o podstawowej przyczynie. Zacytuję kilka zdań z jego listu:

Dlaczego nie klękamy? – To nie jest kwestia zwyczaju, ja się z tym nie zgadzam. To jest kwestia Wiary. Wiary w Prawdziwa Obecność Chrystusa Pana w Eucharystii. Tej wiary nie ma wielu księży… Gdzie jest wiara w to, ze nawet w najmniejszej cząsteczce Hostii jest cały Prawdziwy Chrystus. Niektórzy maja czelność deptać po miejscu gdzie upadla Hostia…

Trudno nie zgodzić się z tymi słowami. Gdyby była głęboka wiara, ujawniała by się ona również w sposobie rozdawania komunii św. Faktem jest, że nagminne jest podawanie komunii św. bez ministranta z pateną, co może doprowadzić do tego, że wiele partykuł będzie leżało na podłodze i zostanie podeptanych.

Faktem jest, że gdy upadnie komunikant – nikt specjalnie się tym nie przejmuje.  Kapłan podniesie, najczęściej włoży głębiej do puszki (by ten kto to widział nie pomyślał, że dostanie „z podłogi”) i tyle. Albo wkłada się do vasculum. Jak bardzo teraz lekceważy się upadek komunikantu można się przekonać czytając różne wypowiedzi internautów. Oto cytat ze strony poradnictwa duchowego ks. jezuitów:

Pytanie: Co należy zrobić, kiedy upadnie komunikant? Dziś podczas przyjmowania Komunii św. nie zdążyłam uchwycić komunikant, spadł na posadzkę, kapłan przydepnął go, udało mi się go podnieść dopiero, kiedy przesunął stopę Włożyłam do ust…

Odpowiedź: Można komunikant po prostu podnieść i spożyć. Mogłoby być też tak, że kapłan bierze taki komunikant, który został znaleziony gdzieś w kącie, po czym zostawia go w specjalnym naczyniu z woda, by po jakimś czasie wodę wraz z rozpuszczonym komunikantem wylać do doniczki z kwiatkiem. Nie martw się tym wydarzeniem. Ciesz się z tajemnicy Wcielenia, którego częścią jest właśnie Komunia święta. (wytłuszczenia moje)

Oto mamy dokładnie to o czym mówiłam poprzednio – pasterz poprowadzi albo w dobrą stronę, albo na manowce. Pierwszy kapłan nawet nie zauważył, że przydeptał komunikant, wierząca osoba ciężko przeżyła upadek Hostii, lecz kolejny kapłan jej poradził, by się tym nie martwiła – ma się cieszyć z Tajemnicy Wcielenia. I mimochodem jakby wspomniał, że Hostie można znaleźć gdzieś w kącie. Czyżby to było tak częste? Ale przecież właśnie to przeciw Tajemnicy Wcielenia popełniono niewolne świętokradztwo. Jak tu się cieszyć. Nie należy przepraszać?

I jeszcze jedna porada innego jezuity (w imię miłości chrześcijańskiej nie podaję nazwisk):

Pytanie: Dziś, gdy przyjmowałam Komunię świętą mi również zdarzyła się taka sytuacja, że Komunikant upadł na posadzkę, ministrant nie zdążył go przyjąć na patenę. Ksiądz szybko schylił się podniósł Go, włożył do kielicha a mi udzielił innego. jest mi tak bardzo smutno i przykro z tego powodu, a może ja nie jestem godna na przyjmowanie Pana Jezusa, może to jakiś znak dla mnie??? tylko jaki??? cały wieczór myślę o tej sytuacji i aż płakać mi się chce. Proszę o modlitwę.

Odpowiedź: Nie przesadzaj. Każdemu mogło się zdarzyć. To żaden znak, co najwyżej niezręczność kapłana. Pan Jezus w takie znaki się nie bawi.[2] Tym, który chce Ci odebrać radość z Eucharystii na pewno nie jest Pan Bóg, ani Jego anioł. Nie daj sobie tej radości odebrać. Pomyśl raczej, że pokusa takich myśli pozwala Ci bardziej stanąć przy Panu, pokazać, że Mu ufasz, że wierzysz Jego miłości i żaden głupi przypadek tego Ci nie odbierze. (wytłuszczenia moje)

Otóż to – dla kapłana to jest „głupi przypadek”, a osoba, która ciężko przeżywa to, że komunikant upadł – przesadza.

Ale zwróćmy uwagę na jeszcze jeden element tej korespondencji – ani wierna, ani kapłan nie zastanawiają się nad tym, że obrażono Pana Jezusa (co prawda w sposób niezamierzony). Ona martwi się o sobie (czy Pan Jezus jej nie odrzucił), a kapłan ją (skądinąd słusznie – to nie jest znak odrzucenia) uspakaja. I wszystko było by dobrze, gdy by kapłan nie określił tego zdarzenia jako głupi przypadek, gdyby wyjaśnił, że upadek komunikanta wiąże się z naruszeniem czci, należnej Bogu. Mamy piękny przykład na indywidualizację wiary. I ze strony kapłana i ze strony wiernego.

A jak było dawniej? Dawniej miejsce, gdzie upadł komunikant zabezpieczono, tak by nikt tam nie stanął. Mógł to zrobić ministrant lub inny świecki. Potem ksiądz podniósł Hostię i partykuły (jeśli były widoczne), w końcu miejsce zwilżono i wytarto dokładnie puryfikaterzem. Z puryfikaterzem postępowano różnie – można było umieścić w sacrarium, ewentualnie opłukać trzy razy, a wodę od płukania wylać do doniczki z kwiatami.

A propos zabezpieczenia miejsca, gdzie upadł komunikant, czytałam wyjątkowo zabawną odpowiedź pewnego księdza na pytanie wiernego. Wierny pytał czy to prawda, że przed Soborem Watykańskim II miejsce gdzie upadla Hostia zabezpieczano obrysowując go.. Otóż duszpasterz radzi mu by nie wierzył we wszystko, co się mówi o liturgii przedsoborowej. Bo gdyby tak było, to dziś posadki w starych kościołach byłyby upszczone zarysami w takiej ilości, że tworzyłyby istny labirynt. A tego nie ma, więc niech nie wierzy, że robiono jakieś specjalne zabezpieczenia – podniesiono Hostię, włożono do vasculum i tyle. Niestety – odpowiadający na pytania wiernych duszpasterz nie pofatygował się nawet przeczytać w Internecie jak to przed reformą liturgiczną (a nie przed Soborem Watykańskim II) było.

Na koniec jeszcze jeden przykład braku wiary lub co najmniej braku zwykłych wiadomości teologicznych osoby odpowiadającej na pytania na portalu wiara.pl

Pytanie dotyczyło, tak jak w poprzednich przykładach, upadku Hostii na ziemię, a szczególnie upadku partykuł. Oto odpowiedź (wytłuszczenia moje):

Kościół uczy, że Pan Jezus jest pod postacią chleba, nie pod postacią okruszków. Oczywiście nie znaczy to, że mamy z tymi drobinami obchodzić się bez szacunku. Ale z całą pewnością nie musimy odczuwać wyrzutów sumienia z powodu drobin, których nie byliśmy w stanie zauważyć czy zebrać trzymając patenę. Nawet jeśli teoretycznie wiemy, ze te okruszki spadły na ziemię, nie potrafimy nic sensownego wymyślić, żeby się przed tym zabezpieczyć.

No o proszę uważnie przeczytać wypowiedź – Pan Jezus jest pod postacią chleba, a nie pod postacią okruszków! I ponoć tak naucza Kościół!

Nie wiem jak nazwać taką wypowiedź – kręceniem, manipulacją czy po prostu zwykłą głupotą. Bo jak okruszki chleba to nie chleb, to być może bochen chleba też nie chleb, krople wody to nie woda, kawałki mięsa to nie mięso itd., itd.

Ale jak okruszki chleba to nie chleb, to i okruszki Hostii, to nie Hostia – więc nie musimy mieć wyrzutów sumienia, takie jest logiczne następstwo nauki udzielanej na portalu wiara.pl. No i stwierdzenie – nie potrafimy nic sensownego wymyślić,  by zabezpieczyć się przed upadkiem okruszków. Nie potrzeba nic wymyślać – od dawna wymyślono – balaski, obrus na balaskach, podtrzymywany od spodu przez wiernych, przyjmujących Komunię świętą.

Ale czytajmy dalej: Profanacją jest celowe porzucenie Świętych Postaci, celowe lekceważące obchodzenie się z nimi, a nie to, ze mimo dokładanych starań nie zdołaliśmy wszystkich okruchów uchronić przed spadnięciem na ziemię czy przylepieniem się do dłoni czy palców.

I w tym miejscu zadajmy pytanie – czy usunięcie balasek przyczyniło się do profanacji? Niestety tak, bo usunięcie balasek nie jest przypadkowe, jest przemyślane i wkomponowane w nowa liturgię (NOM).

I tak – wiara w prawdziwą, rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii zanika. Jak w Ludzie Bożym, tak i u kapłanów. Lub raczej odwrotnie – jak u kapłanów, tak i w Ludzie Bożym. Aż tu nagle cztery lata temu w Sokółce zdarzył się cud. Cud Eucharystyczny uwidaczniający prawdziwą obecność Chrystusa Pana w Hostii Przenajświętszej. Niewątpliwie ten Cud ma na celu wzmocnić, odnowić w nas wiarę. I pokazać nam, że czas się opamiętać, czas powrócić do szacunku dla Najświętszej Eucharystii.

Na początku tych rozważań napisałam, że zaprowadzą nas one daleko. Mam na myśli, że nie możemy się ograniczyć tylko do opisywania stanu faktycznego. Musimy w końcu powiedzieć parę słów na temat jego przyczyn.  Otóż nie ulega wątpliwości, że wszystko zaczęło się od wprowadzenia Reformy Liturgicznej Pawła VI. Nowa msza (NOM) odbiega daleko od tzw. starej, czyli Trydenckiej. Zatracono charakter ofiarny mszy św., stała się ona pewnego rodzaju ucztą, bardziej zgromadzeniem wiernych wraz z kapłanem niż Ofiarą Bogu złożoną. Jak zaświadcza Jean Guitton, francuski teolog i filozof, audytor świecki Va II i co istotne w tym przypadku – osobisty przyjaciel Pawła VI – papież chciał upodobnić Nową Mszę św. jak najbardziej do liturgii protestanckiej, co mu się udało i z czego był zadowolony. I tak dochodzimy do wniosku, że gdy liturgia została sprotestantyzowana, to nie ma powodu do zdziwienia, że zanika wiara w Obecność Chrystusa Pana w Eucharystii. Wszak protestanci nie wierzą w Rzeczywistą i Prawdziwą Obecność, mszy św. nie mają, sakramentu Eucharystii nie mają.

Protestantyzacja mszy doprowadziła do protestantyzacji wiary.

 PS. W tym artykule starałam się o krotką analizę istniejącego stanu rzeczy. W sposób zamierzony nie przeprowadziłam analizy teologicznej. Jak już wspomniałam, można znaleźć wiele dobrych pozycji z bardzo dokładnie opracowaną teologią.  Moim celem jest wskazanie wiernym, którzy nie są zorientowani w teologii, jak niebezpieczne jest bezkrytyczne spojrzenie na wszystko, co się dzieje „na mszy św.” I uczulić ich na te sprawy, zaniedbanie których może doprowadzić do utraty wiary. Temat jest bardzo rozległy i nie da się wyczerpać nawet dłuższym artykułem. Więc, jeśli Pan Bóg pozwoli, powrócę do spojrzenia z jeszcze innej perspektywy.

[1] Sprawia to kilka problemów – między innymi lingwistyczne. Jak bowiem mam pisać słowo Eucharystia – z dużej czy z malej litery? Jeśli zostalibyśmy przy dawnym rozumieniu terminu – Eucharystia to Najświętszy Sakrament – jasne, że należy pisać z dużej litery. Jeśli zaś rozumiemy pod słowem eucharystia mszę św. – to należy pisać z małej litery – termin bowiem staje się rzeczownikiem pospolitym.

 [2] Ciekawie czy cuda eucharystyczne, jak na przykład w Sokółce, ten kapłan też by określił jako coś w co bawi się Pan Jezus?

 

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Dlaczego nie klękamy?

(zamiast komentarza do artykułu S. Krajskiego „Klękajmy przed Bogiem” – http://kukonfederacjibarskiej.wordpress.com/2012/07/15/klekajmy-przed-bogiem/)

To, że Komunię świętą należy przyjmować zawsze na kolanach nie powinno być w ogóle kwestionowane. Przed Bogiem należy się ukorzyć, klęknąć, oddać Mu chwałę. Szczególnie w momencie, gdy On przychodzi do nas, gdy zniża się do tego, by z nami się połączyć. Dlaczego więc nie klękamy, gdy przyjmujemy Komunie św.? Przecież jeszcze nie tak dawno wszędzie klękano do przyjęcia Komunii św. Chwalebny ten zwyczaj utrzymał się obecnie w bardzo niewielkiej liczbie kościołów.

Wydaje się, że jest kilka powodów. Uczono nas przez wiele, wiele lat, że należy iść do Pana z godnością i procesyjnie, bowiem w ten sposób wyrażamy swoja gotowość do podjęcia drogi chrześcijańskiej, świadczymy o tym, że jesteśmy pielgrzymami do Nieba, idziemy wspólnie, razem do Boga. Teologia ta nie jest zasadniczo błędna, choć nie uwzględnia wszystkich aspektów przystępowania do Komunii świętej.  Teologia – teologią, a praktyka – praktyką. Praktyka zaś ukazuje wszystkie mankamenty procesyjnego podchodzenia do komunii. Jest to  zasadniczo podchodzenie w kolejce, które często wygląda bardzo różnie. Ludzie klękają przed plecami poprzednika, co czasami powoduje zmieszanie w kolejce. Nie bardzo wiadomo komu oddają cześć. Gorzej jest na mszach dla dzieci – dzieci często się przepychają i rozmawiają, upominają się nieraz wzajemnie, by wypluć gumę!, odchodzą rozmawiając. Najgorzej jest jednak na mszach uroczystych, w których uczestniczy wielka liczba ludzi. I to niezależnie od tego czy są to msze polowe czy w świątyni – zawsze jest bardzo źle. Księża przepychają się przez tłum, tłum napiera na księży. Księża podają komunię tym z przodu tłumu i tym z tylu. Nie ma żadnego skupienia, żadnego momentu adoracji w czasie przyjmowania komunii. Widziałam (nie wymyślam, widziałam!) księdza, który chodził po ławkach, trzymając w jednym ręku puszkę z komunikantami. Młody i sprawny – jakoś się nie potknął, ale to nie zmienia faktu, że Panu Jezusowi szacunku żadnego nie okazano. Widziałam wielokrotnie jak upadają partykuły – przecież na mszach z taką ilością ludzi raczej nie pamięta się o patenach. A gdyby ludzie mieli podejść spokojnie do księży rozdających komunię, uklęknąć i w spokoju odejść, to nie byłoby bałaganu, nie byłoby przepychanki i co najważniejsze – nie byłoby obrazy Chrystusa Pana. Jednak nauczono nas podchodzić w kolejce (procesji) i nie zastanawiamy się nad tym. Przecież księża tak uczą – więc musi tak być dobrze.

My – wierni jesteśmy jak owce. Tak nauczał Pan Jezus i wbrew temu, co twierdzą niektórzy egzegeci, nauczał tak nie dlatego, że ówcześni ludzie znali tylko życie pasterskie i inne przykłady byłyby dla nich niezrozumiałe, ale dlatego, że owce są na tyle głupie, że bez pasterza nie dadzą rady. Jeśli pasterz jest dobry, to i stado pójdzie we właściwym kierunku. A jeśli jest zły – stado łatwo stanie się łupem wilków. Pasterz zresztą nie koniecznie musi być zły. Może być tylko bezmyślny, może jego też tak nauczono, a on jest bezrefleksyjny. I jest przekonany, że nie ma nic lepszego niż procesyjne podchodzenie do komunii.

Wszystko ostatecznie zależy od pasterzy. Znam pewnego księdza, który prosi wiernych, by przyjmowali komunię św. na kolanach, o ile nie mają przeszkód zdrowotnych. No i raczej wszyscy przyjmują na klęcząco. Ale w tym samym kościele następnego dnia mszę św. odprawia inny ksiądz i staje z puszką nic nie mówiąc – wszyscy podchodzą „na stojąco”. A to są zawsze ci sami ludzie, którzy chodzą codziennie do kościoła. I w zależności od tego kto odprawia mszę św. w inny sposób przyjmują komunię.

Pasterze… Ale od kilku lat Najwyższy Pasterz daje nam przykład – komunię św. należy przyjmować na kolana. To dlaczego tak mało wiernych klęka?  Są dwa powody. Jeden – to zwyczajnie się wstydzą. Nie chcą się wyróżniać, boją się ludzkiej opinii. Parę razy zadano mi takie pytanie: Nie boisz się, że pomyślą, że jesteś wariatką? No jakoś się nie boję, ale faktem jest, że w każdej parafii jest jakaś osoba nie w pełni sprawna umysłowo i najczęściej taka osoba regularnie przystępuje do komunii na klęcząco. Ponieważ się nie boi i nie wstydzi.

Drugi powód to zrażenie się po kilku próbach. Albo ksiądz pominął, albo kazał czekać aż wszystkim innym rozda komunię, albo po prostu odmówił. (Kiedyś, gdy odczekałam aż wszyscy przyjmą komunię na stojąco i dalej klęczałam obok księdza, on się zwrócił do mnie i zapytał: „A pani na co czeka tutaj, na komunię?” Był to młody kapłan i chyba pierwszy raz się spotkał z takim „dziwolągiem”.) Więc ludzie się zrażają i nie próbują więcej.

S. Krajski proponuje, by się skrzyknąć i razem uklęknąć przed księdzem, tak by wymusić udzielenia komunii św. na klęcząco. Może to być skuteczne, tylko skąd znaleźć tylu chętnych. Kiedyś tak zrobiliśmy, było nas chyba sześć osób. Kapłan jednak stanął obok nas i rozdawał innym (na stojąco), w końcu się jednak zlitował i nad nami. Gdyby cały pierwszy stopień był zajęty klęczącymi, może sprawa wyglądała by inaczej…

Ostatecznie nic się nie zmieni, póki kapłani nie zaczną (za przykładem Ojca Świętego) udzielać komunii św. klęczącym i wyjaśniać wiernym, że powinni Bogu oddać należną Mu chwałę. Ale po czterdziestu kilku latach ruiny nie jest łatwo odbudowywać.

Nam zostaje modlić się do Matki Bożej za kapłanów i niezależnie od opinii ludzkiej przyjmować Chrystusa Pana na kolanach.

6 sierpnia 2012

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Ubrania

Czasami, jak jestem w kościele na mszy świętej, żałuję, że nie mam aparatu fotograficznego – zrobiłabym zdjęcia niektórym wiernym obojga płci. Znaleźliby się tam panowie w swetrach i sweterkach, spodniach nadających się do pracy w polu lub na budowie, w krótkich spodenkach i t-shirtach, rozchełstanych koszulach, w trampkach i adidasach.

Panie zaś, które mogłabym uwiecznić na tych zdjęciach, są ubrane w przykrótkie spódniczki, bluzki z dekoltami „do pępka”, wysokie buty lub kozaczki, nie raz długość ich spódnic jest odpowiednia, ale za to do koronkowej spódnicy mają zwykłe t-shirty i wreszcie wszechobecne dżinsy, noszone na każdą okazję. A dzieci – szkoda mówić! Ile niechlujstwa – ubrania raczej do piaskownicy, a nie do kościoła, a jeśli już do kościoła – ile tam panieneczek, ubranych na wzór tzw. celebrytek. A sposób siadania, na tzw. luzie, rozparcie się na ławce, zakładanie nogi na nogę – to osobny temat.

Ale ja zdjęć nie zrobię i nie umieszczę w Internecie, bo mógłby ktoś siebie na nich rozpoznać, a ja nie chcę być posądzona o atak ad personam. Obserwuję i coraz bardziej mnie to niepokoi. Bo wielu z tych wiernych, idąc do pracy do biura zakłada garnitury i kostiumiki, ubiera się elegancko, bo inaczej groziło by im usunięcie z pracy. Czyżby biura miały u nich większy szacunek niż kościół?

Ostatnio w wielu kościołach pojawiły się na drzwiach plakaciki o treści „ubiór ma być godny, a nie wygodny”.  A dlaczego, pytam, ubiór godny ma być niewygodny? Takie przeciwstawienie (godny, a nie wygodny) sugeruje, że godny ubiór jest cos na kształt pancerza – niewygodny, ale trzeba to przetrwać. Jest to jakby przymuszanie do założenia ubrania „godnego i niewygodnego”, taka swego rodzaju ofiara. Dlaczego nie zachęcić wiernych by ubrali się po prostu stosownie do okazji. A stosownie oznacza przyzwoicie.

Wydaje się, że zagubione zostało coś, co nazywa się wyczuciem estetyki, piękna, a najbardziej zagubiono wyczucie dobrego tonu.

Więc jaki ma być ubiór do kościoła? Chciało by się odpowiedzieć jednym słowem –stosowny. Jak odpowiadam tak, to słyszę nieraz zarzuty – chcesz wszystkich ubrać na zakonnice. Nie, nie chcę i nie uważam, że jest to wskazane.

Nie da się odpowiedzieć dokładnie jaki ma być stosowny i przyzwoity ubiór. Ale spróbujmy nakreślić jakieś ogólne zasady, które obowiązują wszystkich, niezależnie od płci, dodajmy –wszystkich w kulturze europejskiej.

Zacznijmy od początku, czyli od tego czemu ma służyć ubiór.

Oczywiście pierwszą funkcją ubrania jest ochrona ciała przed wpływami atmosferycznymi. A to oznacza przed zimnem, ale również i przed ciepłem, przed wilgocią i wiatrem. Ta funkcja ubioru jest moralnie obojętna.

Następne jednak funkcje nie są już moralnie obojętne.

Pierwsza z nich – to wyrażenie przez ubiór przynależności do grupy społecznej. Przykładowo – dresiarze swoim ubiorem wyraźnie pokazują do jakiej grupy należą, jednocześnie ujawniając swoje podejście do życia, swoje poglądy itd. Metalowcy rozpoznają się po ubraniach, kibice – po szalikach. Podobnie osoby duchowne (o ile używają swoje stroje), pokazują kim są, świadczą o swojej wierze i o Chrystusie Panu. Przykłady można mnożyć. W każdym jednak zawsze będzie można znaleźć odniesienie moralne. Nieraz stosunek do wartości moralnych ukazywany jest bezpośrednio na ubraniu. Jako szczególnie jaskrawe przykłady można wspomnieć głoszenie poglądów wprost słownie. Koszulki z napisem „miałam aborcję” i „stop aborcji” są bezpośrednim tego wyrazem. Napisy mogą być bardzo różne, ale nigdy nie są obojętne moralnie.

Większość ludzi jednak nie należy do jednoznacznie określonych grup społecznych. I wśród nich najczęściej spotykamy tych, którzy ubierają się w sposób niestosowny. Wśród nich są ci, którzy przychodzą do kościoła (i nie tylko) w ubraniach rażąco nieodpowiednich. Oni prawdopodobnie nie zdają sobie sprawę z tego, że ubiór ma jeszcze jedną podstawową funkcję – mianowicie ma pewien cel moralny, który polega na tym, że ma służyć do ochrony skromności.

Etyka katolicka zwraca szczególna uwagę na skromność. Wydawałoby się, ze każdy wie co to skromność. I że każdy zdaje sobie sprawę z tego, że skromność jest cecha pozytywną. Ale w sprawie ubrań raczej już o tym zapomniano. A skromność to nic innego jak tylko pokora na zewnątrz. W środowiskach katolickich, szczególnie we wspólnotach modlitewnych, kładziony jest ciągle nacisk na pokorę. Osobny to temat jak przedstawiana jest tam pokora. Jedno jest pewne – nie jest podkreślane, że pokora uzewnętrznia się w sposobie ubrania. Bowiem skromność – powtórzmy jeszcze raz – to pokora, która uzewnętrznia się w postawie i w mowie. Nie jest pokorą ślamazarność, zaniedbanie zewnętrzne czy bierne znoszenie wyrządzanej bez powodu krzywdy.

Skromność więc jest szczególną cnotą. Nadaje ona umiar zachowaniu się człowieka, jego ubiorowi i ozdobom, w których się stroi. Przeciwne skromności są tak samo próżność, czy chęć błyszczenia, ale i wszelkie niedbalstwo, a zwłaszcza nieprzyzwoitość w ubiorze.  Cnotę tę należy w sobie wychowywać. Wymaga to indywidualnego wysiłku, pewnego ujarzmienia własnego temperamentu, ale również i opanowania pewnej wiedzy kulturowej, specyficznej, zwanej powszechnie savoir-vivre. W naszych czasach coraz bardziej wymaga wysiłku poszukania dobrych wzorców, takich, których nie sposób znaleźć w popularnych pisemkach czy telewizji. Inaczej rzecz biorąc – wymaga wysiłku oderwania się od wpływu massmediów i od bezmyślnego naśladownictwa lansowanych wzorców.

Pojawia się pytanie: jeśli sposób ubierania się należy do zakresu moralności – to kiedy mamy do czynienia z grzechem? Otóż grzechem jest kierować się lansowaną moda w ubraniu, jeśli obraża ona skromność i wstydliwość. Szczególnie jeśli może stać się powodem pobudzenia zmysłowości u płci przeciwnej, a najgorzej – gdy odnosi się to do młodzieży i dzieci. Wstydliwość bowiem należy chronić bardzo starannie w młodych i dziecięcych duszach. Należy wprost powiedzieć – dzisiejsza moda u kobiet i młodych dziewcząt, wzorowana na ubiór „celebrytek”, który niczym w swej istocie nie różni się od wzorca „tirówek” jest nieodpowiednia, mało tego – jest powodem do grzechu i należy stanowczo ją potępić. Ubranie się „na celebrytkę” ma dwa grzeszne wymiary – o pierwszym wspomniałam powyżej – powoduje (może powodować) pobudzenie zmysłowe. Drugi – to mniej uchwytny, ale nie mniej istotny – sama kobieta lub dziewczyna, ubierająca się w ten sposób poniża się i umniejsza swoją godność.

Co do mody męskiej należy powiedzieć, że też wzorowana jest na „celebrytów”, a dokładniej mówiąc – na wzorcach bandyckich i więziennych. I chociaż mniej tu można mówić o pobudzeniu przeciwnej płci, niewątpliwie jest ona szkodliwa moralnie przez proponowanie złych wzorców – szczególnie brutalności i niechlujstwa.

Wreszcie – grzechem w ubieraniu się może być używanie takiego ubioru, który szkodzi zdrowiu lub powoduje wydatki nad możność finansową. O ile sprawa nadmiernych wydatków jest jakoś jasna dla każdego – nie wolno na rzecz własnego upodobania do mody uszczuplać budżet rodzinny, to moda szkodliwa zdrowiu jest dla większości ludzi pojęciem niezrozumiałym. Dlatego podam kilka przykładów: nie tak dawno dziewczyny nosiły krótkie koszulki (powyżej pasa) i cały rok chodziły z gołymi nerkami. Niewątpliwie nie sprzyja to zdrowiu. Przesadnie wysokie obcasy i obcisła bielizna spowodowały to, że młode dziewczyny cierpią na żylaki. A obcisła bielizna i obcisłe spodnie mężczyzn stały się przyczyną bezpłodności wielu z nich. Nie miejsce jednak w tym artykuliku na rozważania zdrowotne – chce tylko podkreślić, że w świetle moralnego nakazu dbania o własne zdrowie moda nie jest moralnie obojętna.

Na koniec powróćmy do kwestii ubioru odpowiedniego do kościoła. Nie da się rozstrzygnąć dokładnie jakie to ma być ubranie. Można tylko zaznaczyć co należy unikać: krótkich spódnic/sukienek (powinni być za kolana), odsłoniętych ramion (co najmniej krótki rękaw), pleców, dużych dekoltów (kiedyś zalecano by dekolt nie był większy niż na dwa palce pod mostkiem), t-szyrtów (także u mężczyzn!), krótkich spodenek (także u mężczyzn!), ubrań sportowych, legginsów, dżinsów, mocnych perfum (w imię miłosierdzia dla bliźnich) i wiele innych.

Pamiętajmy więc jakie są moralne odniesienia ubioru i postarajmy się o wyrobienie w sobie i w swoich dzieciach poczucia dobrego tonu. Nie naśladujmy lansowanych wzorców. Są one bez wyjątku negatywne.

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania