Category Archives: Rozważania

Hermeneutyka ciągłości – część II

Po opublikowaniu pierwszej części „Hermeneutyki” dostałam różne listy z pytaniami, dotyczącymi interpretacji cytowanych wypowiedzi. Pytania te są dwojakiego rodzaju. Pierwszy odnosi się do tego, czy jestem pewna, że akurat ta interpretacja, którą podaję jest prawdziwa. Drugi rodzaj brzmi mniej więcej tak: jak ja sobie wyobrażam, że zwykły wierny, który siedzi w kościele i nie zna teologii i dokumentów Kościoła będzie wiedział, że należy interpretować wątpliwe wypowiedzi w świetle tego, co naucza Kościół?

Na pierwsze pytanie odpowiedź jest poniekąd łatwiejsza.

Oczywiście – nie wiem czy akurat w ten sposób należy interpretować wątpliwe wypowiedzi. Może należy się odwoływać do innych dokumentów, niż te, które ja wybrałam. Ale ponieważ nauka Kościoła w świetle Tradycji jest zawsze spójna – nie popełnimy błędu jeśli (przykładowo) w rozważaniach o Trójcy Przenajświętszej zamiast do Symbolu Apostolskiego odwołamy się do Wyznania Nicejsko – Konstantynopolskiego. Istotne jest by nasza hermeneutyka zawsze była hermeneutyką ciągłości, a nie zerwania.

Co do drugiego pytania, a raczej zarzutu – nie mam odpowiedzi pozytywnej. Nie wyobrażam sobie, że ogól wiernych jest w stanie stosować różne interpretacje w celu wyjaśnienia sobie po katolicku niejednej wątpliwej wypowiedzi. Raczej jestem przekonana, że nie będzie nawet usiłował. Więc, co wtedy? Wtedy niestety skutki są przykre. Powstaje zamęt, dezorientacja, zagubienie. Wreszcie mamy do czynienia z rozmyciem prawdy. Jedyną pociechą (jeśli to jest w ogóle jakaś pociechą) jest to, że większość ludzi nie wysłuchuje uważnie kolejnych kazań lub nie wgłębią się w ich treść. A co jeśli znowu zadadzą pytanie: czy ja dobrze słyszałem, czy on naprawdę to powiedział? No wtedy chyba należy przypomnieć sobie podstawy katechizmu i radzić swemu rozmówcy trzymać się tylko tych podstaw. I o wątpliwych wypowiedziach kaznodziei raczej zapomnieć.

Jak trudną jest sprawą hermeneutyka ciągłości spróbuję pokazać na jeszcze jednym przykładzie. Będą to fragmenty pewnego kazania, wygłoszonego z okazji Uroczystości Wniebowstąpienia. Przypominam, że tak jak pisałam poprzednio, nie cytuję z pamięci tylko z dokładnych notatek lub zapisów na dyktafonie.

„Jezus wstąpił do nieba. Musiał tak zrobić, by działać lepiej. Na ziemi to On był ograniczony przez ludzkie ciało, ale wstąpił do nieba i siedząc po prawicy Ojca może lepiej działać.”

No i jak te słowa zinterpretować?

Czy kaznodzieja zapomniał, że Jezus Chrystus to prawdziwy Bóg-Człowiek? I że gdyby chciał mógłby jednym słowem świat zniszczyć lub zmienić według swego uznania! Czy zapomniał o Jego słowach:

Czy myślisz, że nie mógłbym poprosić Ojca mojego, a zaraz wystawiłby Mi więcej niż dwanaście zastępów aniołów? Jakże więc spełnią się Pisma, że tak się stać musi? (Mt 26, 53-54)

Na pewno nie zapomniał. Gdybyśmy podejrzewali, że zapomniał – to albo zarzucalibyśmy mu ignorancję, albo to, że stan natury ludzkiej Chrystusa wynosi do tego stopnia, że uważa go jako podmiot pełnoprawny, tak jakby natura ludzka Chrystusa nie istniała w Osobie Słowa. A może kaznodzieja uważa, że kenoza Chrystusa polega na ograniczeniu Boskości Słowa w Chrystusie?   Ale jest to pogląd potępiony przez Piusa XII w encyklice Sempiternus Rex. Taka interpretacja jest więc niemożliwa.

Zastosujmy więc hermeneutykę ciągłości do zdania: „Chrystus wstępuje do nieba, by lepiej działać”. Być może oznacza to, że kaznodzieja ma na myśli to, o czym mówi nam św. Jan: A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem (J, 14,3)

Lub też odnosi się do: Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was. (J 14, 5)

Oby dwie interpretacje są możliwe. Osobiście bardziej prawdopodobna wydaje mi się ta druga – kaznodzieja chciał powiedzieć, że Wniebowstąpienie Chrystusa Pana wiąże się z wysłaniem Ducha Świętego.

I dalej w kontekście Wniebowstąpienia:

„Aniołowie podeszli do Apostołów i im powiedzieli: Po co tu stoicie, nie wpatrujcie się w niebo, ale idźcie na cały świat i głoście. To oznacza iść, nie patrzyć na niebo – tylko iść. Nie dbajcie o świętość, o własną  świętość, tylko idźcie na świat, a to będzie wam dane. Nie stójcie wpatrując się, idźcie na cały świat.”

Co to oznacza – nie dbajcie o świętość, o własna świętość? Czy można głosić Chrystusa innym, nie dbając o własną świętość. Przecież mówi Pan Jezus: Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? (Mt 16,26)

Nie wolno nie dbać o własna świętość. Zabiegajcie o własna świętość mówił do kapłanów papież Benedykt XVI.  Więc na pewno nauka kaznodziei nie jest taka. Prawdopodobnie ma on na myśli, że nikt nie może sam, bez łaski Bożej, dojść do świętości. Dlatego mówi, że to będzie dane. Tylko czy łaska Boża nie potrzebuje współpracy? Czy działa ona na wzór magii?

Na pewno nie! Z łaską należy współpracować. Czyli należy dbać o własną świętość, by móc skutecznie iść na cały świat i głosić Ewangelię.

Jak widać hermeneutyka ciągłości jest trudną sztuką.

Jednak nie wolno się zrażać. Inaczej niejasne lub zagmatwane wypowiedzi kaznodziejów mogą zaprowadzić nas na manowce.

19 czerwca 2012

 

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Hermeneutyka ciągłości – czyli o właściwej interpretacji nauki głoszonej z ambony.

Na samym początku swego pontyfikatu (22 grudnia 2005 r.) Ojciec Święty Benedykt XVI w mowie do członków Kurii Rzymskiej wyraził swoje życzenie, by wytyczne Drugiego Soboru Watykańskiego były interpretowane jednoznacznie w oparciu o hermeneutykę ciągłości. Przez następne lata kilkakrotnie nawoływał do tego – jeśli są jakiekolwiek wątpliwości należy je rozstrzygać za pomocą hermeneutyki ciągłości. Słowa Ojca Świętego odnoszą się oczywiście nie tylko do dokumentów VA II, ale i do wszelkich innych dokumentów czy wypowiedzi ostatnich lat.

Hermeneutyka ciągłości to zasadniczo interpretacja niejasności czy wieloznaczności teologicznych w świetle Tradycji, inaczej rzecz biorąc w świetle nauki Magisterium, poczynając od nauki Ojców Kościoła przez naukę Doktorów, dochodząc do określonych i ogłoszonych przez Kościół dogmatów. Trudna to sprawa, lecz ponieważ sam papież nawołuje do niej, to czuje się zobowiązaną spróbować odczytać pewne wypowiedzi teologiczno-pastoralne w świetle Tradycji.

Dlaczego czuję się zobowiązaną? Otóż ostatnio coraz częściej moi współbracia czy współsiostry ze świeckiej gałęzi Zakonu Kaznodziejskiego po kazaniach, konferencjach czy spotkaniach na rekolekcjach zaczynają pytać: czy ja dobrze słyszałem (słyszałam)?, czy on rzeczywiście powiedział to?, jak to jest, bo mnie uczono inaczej. Wydaje mi się więc słusznie pokazać na przykładach możliwość interpretacji niektórych wątpliwych wypowiedzi w świetle Tradycji.

Zaznaczam, że wszystkie cytowane przeze mnie przykłady (w tej i w kolejnej części tych rozważań) są albo spisane z taśmy, albo dokładnie notowane w trakcie kazania czy innej konferencji. Wpisuję je wytłuszczonym drukiem w cudzysłowie nie dodając nic od siebie (inne cytaty podaję kursywą). Wyrażenia, które spowodowały najwięcej dyskusji podkreślam. Pogrupowałam je w dwie grupy tematyczne dla własnej wygody:

I. Zadania świeckich:

1. „Mamy pokazywać, że Kościół jako organizm ma zaufanie do świata, a w szczególności do tego, że świat będzie zbawiony…”

Świat jest pojęciem niejednoznacznym. Jednakże w teologii, mówiąc „świat”, mamy na myśli ten świat, który nie poznał  Słowa (por. J 1,10). Powstaje więc pytanie – jak możemy mieć zaufanie do tego świata? O co chodzi z tym zaufaniem? Czy można zaufać światu, który jest wrogi człowiekowi, wrogi Chrystusowi, wrogi Kościołowi? Na pewno nie można. Można jednak, mieć zaufanie do Boga, który pragnie zbawienia każdego człowieka. Co do „zbawienia świata”, chyba należy rozumieć to w myśl słów Credożycie wieczne w przyszłym świecie. Ten przyszły świat jednak ma się różnić od obecnego.

2. Myśl o zaufaniu do świata jednak się powtarza. Zacytuję więc jeszcze jeden fragment w trochę innym kontekście (chodziło o pielęgnowanie w sobie ducha pokuty):

„Ile razy Zakon stawał się właśnie takim „od pokuty”, a zwłaszcza Trzeci Zakon, ja myślę, że to było w celu podkreślenia tego punktu, by podkreślić, że my musimy mieć zaufanie do świata, gdzie ufamy Bogu, który pragnie zbawienia tego świata.”

Nie można się dziwić, że członkowie Zakonu od Pokuty (czyli Trzeciego Zakonu Dominikańskiego) czyją się zupełnie zagubieni po takiej nauce. Lecz słowa te należy interpretować w świetle Tradycji. W tym przypadku również tradycji zakonnej. Właśnie świecka gałąź Zakonu Kaznodziejskiego powstała jako Zakon Pokutny, członkowie którego mają przez wyrzeczenia, ofiary i modlitwy pokutować za grzechy świata, czyli podejmować dzieło ekspiacji, włączając się w Ofiarę Chrystusa Pana. Słowa powyżej zacytowane nie można potraktować jako zachętę do zaufania światu, który (według określenia bł. Jana Pawła II) rozwinął w sobie cywilizację śmierci. Należy je odczytać w świetle dalszej części wypowiedzi:

3. „My głosimy tego Pana, który zdecydował pewnego dnia, żeby swoje własne przeznaczenie związać z przeznaczeniem ludzkości na dobre i na złe, za to co słuszne i za to co niesłuszne, z tym co doskonałe i niedoskonałe. On, który był jedynym bezgrzesznym. My mamy przez nasze przepowiadanie wchodzić w tę tajemnicę i tą tajemnicę mamy głosić. Dlatego myślę, że warto zrobić pewien ruch od pokuty do miłości i zaufania.

Nie będę się zatrzymywać teraz na pierwszym fragmencie tej wypowiedzi (o przeznaczeniu Chrystusa Pana). Skomentuję tylko ten drugi – o przejściu z pokuty do miłości i zaufania. Jestem przekonana, że chodzi tu o miłość do ludzi, którzy są uwikłani w świat, ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że w ciągu bowiem całej historii ludzkiej toczy się ciężka walka przeciw mocom ciemności; walka ta zaczęta ongiś u początku świata, trwać będzie do ostatniego dnia. (Gaudium et spes, 37).

Posłuchajmy co o tym świecie w kontekście zbrodni przeciwko życiu mówił Jan Paweł II:

Pilnie potrzebna jest wielka modlitwa za życie, przenikająca cały świat. W ramach specjalnych inicjatyw oraz w codziennej modlitwie niech każda chrześcijańska wspólnota, każdy ruch i stowarzyszenie, każda rodzina i każdy wierzący zanoszą żarliwe błaganie do Boga, Stwórcy i Miłośnika życia. Jezus pokazał nam, że modlitwa i post to najważniejsza i najskuteczniejsza broń przeciw mocom zła (por. Mt 4, 1-11), i pouczył swoich uczniów, że niektóre złe duchy można wypędzić tylko w ten sposób (por. Mk 9, 29). Zdobądźmy się zatem na pokorę i odwagę modlitwy i postu, aby sprowadzić moc z Wysoka, która obali mury oszustwa i kłamstwa, zasłaniające przed oczyma wielu naszych braci i sióstr niegodziwość czynów i ustaw wrogich życiu, i wzbudzi w ich sercach postanowienia i zamiary inspirowane cywilizacją życia i miłości (Evangelium Vitae, 100).

Jest niewątpliwie, że Papież mówiąc o modlitwie i o poście ma na myśli akty przebłagalne i ekspiacyjne. Oczywiste jest, że nie można ograniczać ich wymiaru tylko do ekspiacji za grzechy przeciwko życiu, jest tak wiele (niestety) innych grzechów, które współczesny świat nie tylko toleruje, ale i (by posłużyć się modnym słowem) promuje. Jak więc rozumieć naukę o „zmianie od pokuty do miłości i zaufania”.  Otóż – wydaje się chodzi o to, że pokuta ma być z miłości do ludzi, nie do świata, nie do siebie jako do dobrego pokutnika, a zaufanie ma oznaczać zaufanie do Boga, który przez swoje działanie jest obecny w świecie.

II. Treść głoszenia:

Powtórzmy najpierw myśl, która pojawiła się powyżej:

1. „My głosimy tego Pana, który zdecydował pewnego dnia, żeby swoje własne przeznaczenie związać z przeznaczeniem ludzkości na dobre i na złe, za to co słuszne i za to co niesłuszne, z tym co doskonałe i niedoskonałe.”

Trzeba dobrze się zastanowić jak rozumieć słowo przeznaczenie. Czy jako los, dola, nieodwołalna konieczność? Nie może to odnosić się do Chrystusa Pana, bowiem mówi On o sobie: Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je /potem/ znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. (J 10, 17-18). Chrystus Pan złożył Ofiarę na Krzyżu, by to co niesłuszne mogło zniknąć, a niedoskonale przemienić w doskonałe. Nie łączył się z tym co niedoskonałe, tylko złożył Ofiarę ekspiacyjną.

2. „Dzisiaj wszystkie kościoły, także wszystkie szkoły myślenia starają się samych siebie promować, jako tych, którzy w najlepszym, najwyższym stopniu posiedli prawdę. Kiedy nasz Pan chciał, byśmy to lepiej zrozumieli, że On właśnie był Prawdą, On nie ogłosił, że On jest tym jednym, jedynym co ma coś do powiedzenia dla innych, jedynym, który ma prawo sądzenia innych. On nawet pozwolił na to, by być poniżonym przez innych. I to jest ta szkoła, w której mamy się uczyć.”

Oczywiste jest, że i tę naukę należy interpretować w „duchu ciągłości”. Bo gdybyśmy nie zrobili takiej interpretacji moglibyśmy uważać, że z ambony padło powtórzenie opinii Loisy’ego, potępionej przez św. Piusa X, mianowicie: Kiedy Jezus spełniał swoje posłannictwo nie mówił w tym celu, aby pouczyć, że jest Mesjaszem, a Jego cuda nie miały na celu udowodnienia tego (por. Breviarium Fidei, wyd. z 1988 r., VI, 55)

Myślę, że wszystkie wątpliwości związane z tym, jakoby Chrystus Pan nie wymagał głoszenia Ewangelii, jako jedynej zbawczej nauki lub nie mówił o tym, że jest jedynym Sędzią czy przyzwalał na głoszenie innej religii należy rozwiązać w myśl nauki, wyrażonej w Deklaracji Dominus Jesus:

Powszechna misja Kościoła rodzi się z nakazu Jezusa Chrystusa i urzeczywistnia w ciągu wieków przez głoszenie tajemnicy Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego oraz tajemnicy wcielenia Syna jako wydarzenia niosącego zbawienie całej ludzkości. (DI 1)

Jest tu odniesienie do Trójcy Przenajświętszej i do Tajemnicy Wcielenia. Jak mówi św. Paweł: On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci. (Flp 2, 6-8)

3. „W Kościele Katolickim mamy czasem taka pokusę, uwierzyć w to, że my wiemy dobrze jak inni powinni myśleć, jak mają żyć, co mają mówić i z kim mogą mieszkać. … nie chcę być tym, który uważa się za tego, który posiada prawdę . Jest tylko jedna jedyna prawda, On jest Prawdą. Nie doktryna jest prawdą, nie książka, nie ideologia, ale Ktoś jest prawdą.

Ponieważ powyższe słowa padły z ambony dominikańskiej, w naszym środowisku doszło do burzliwej dyskusji. Pytano jak to jest, że kaznodzieja nie posiada prawdy? Czy on chciał powiedzieć, że nie zna prawdy, czy że Prawda nie jest poznana przez Kościół? Przecież Kościół Katolicki posiada całą Prawdę, a Zakon Kaznodziejski ma zawołanie Veritas, czyli Prawda. I co kaznodzieja miał na myśli mówiąc, że doktryna nie jest prawdą?

Przypomnijmy sobie, że wszystko musimy interpretować w oparciu o hermeneutykę ciągłości. Nie może być więc mowy o tym, że doktryna nie jest prawdą. Przecież mówi Konstytucja dogmatyczna O Wierze Katolickiej (Sobór Watykański I):

Nauka wiary objawiona przez Boga nie została podana jako filozoficzny twór, który może być udoskonalony przez umysł ludzki, ale jako Boski depozyt przekazana jest Oblubienicy Chrystusowej , aby jej wiernie strzegła i nieomylnie wyjaśniała. Dlatego zawsze należy się trzymać takiego znaczenia świętych dogmatów, jakie raz określiła  święta Matka Kościół i nigdy nie wolno od tego znaczenia odstępować pod pozorem i mianem głębszego pojmowania. (por. Breviarium Fidei, wyd. z 1988 r, II, 45)

Więc w świetle tej Konstytucji staje się jasne, że kaznodzieja miał na myśli to, że nauka Kościoła nie jest filozoficznym tworem (ksiązką, ideologią), a właśnie zbiorem świętych dogmatów, określonych przez Kościół, podanych do wierzenia. Inaczej rzecz biorąc  jest tylko jedna jedyna Prawda. Prawdą jest Chrystus, który ustanowił swój Kościół, by w powszechnym nauczaniu zwyczajnym lub uroczystym przekazywał doktrynę zawartą w objawieniu Bożym.  

Starajmy się więc nauki głoszone z ambony interpretować zawsze w świetle tradycji.

30.05.2012


Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

O Medjugoriu po raz kolejny

Od wielu lat zajmuję się tematem Medjugoria. Kilkakrotnie pisałam na stronie www.krajski.com.pl, można tam znaleźć moje dawne artykuły. Tym razem podejdę do fenomenu Medjugoryjskiego z innej strony – będzie to próba przyjrzenia się kilku jawnych „podpisów” diabła. Mam na myśli takie charakterystyki zjawiska, które wydaje się są specjalnie zaplanowane tak, by ujawnić kto tak na prawdę stoi za „objawieniami”. Inaczej rzecz biorąc – nabieram przekonania, że szatan specjalnie nie maskuje się do końca.

Do tematu powracam po obejrzeniu krótkiego filmiku, umieszczonego na blogu Kronika Novus Ordo (http://breviarium.blogspot.com/). Każdy może sobie ten film obejrzeć, usłyszeć i zobaczyć jak „widząca” Vicka opowiada o tym jak Zjawa, którą ona nazywa Matkę Bożą otworzyła dach domu, w którym Vicka była ze swoim bratem. Otóż Zjawa zabrała na jednym ręku brata, na drugim – Vickę i w ciągu sekundy zaprowadziła ich do nieba, gdzie są ludzie szczęśliwi i wszyscy weseli, i jednakowi – nie ma chudych, nie ma tłustych, wszyscy ubrani na szaro, żółto i czerwono, biegają, śpiewają, a obok nich latają małe aniołki.

Sam ten opis powinien być absolutnie wystarczający do zrozumienia, że w Medjugorie nie objawia się i nigdy nie objawiała się Matka Boża.  Ale niestety jest wielu ludzi, który w Medjugorie wierzą więcej niż w Boga w Trójcy Jedynego i nic nie jest w stanie przemówić do nich.

Myśląc zdroworozsądkowo (a jest to obowiązująca postawa myślenia dla każdego katolika), nie można zgodzić się na taki opis, w którym Matka Boża występuje w roli sztukmistrza i otwiera dach, by przez powstałą dziurę polecieć do nieba. Jest to opis nie tylko dziecinny – dziura w dachu i szybki wjazd w górę – jest to opis wręcz głupawy. Ale ludziom się podoba, wierzą, że tak to było i że rzeczywiście Vicka z bratem oglądała niebo.

Chcę być dobrze rozumianą. Nie neguję tego, że Vicka mogła mieć takie widzenie, odczucie, wrażenie. Tylko skąd ono pochodziło?

Jeśli założymy, że Vicka nie kłamie (nie jesteśmy w stanie udowodnić jej kłamstwa, choć ten opis z racji swej śmieszności wygląda na wymysł), jeśli więc Vicka nie kłamie  – coś tam jednak się działo.

Osobiście uważam, że Vicka nie kłamie, lecz jest ofiarą kłamstwa. Okłamana jest przez szatana, który panoszy się w Medjugoriu od dawna. Na to wskazuje opis nieba (jak słusznie zauważa Redakcja Kroniki Novus Ordo) – kolory szary, żółty i czerwony kojarzą się jednoznacznie z piekłem. Szatan zresztą zawsze tam gdzie działa, zostawia jakąś „pieczęć” swojej obecności. Nie potrafi do końca się zamaskować w swoich kłamstwach i krętactwach.  Mamy więc bukoliczny obraz nieba z latającymi aniołkami i jednakowymi ludźmi. Powiedzenie „nie ma tam ani chudych, ani tłustych” jest parafrazą św. Pawła, który mówi, że nie ma już ani Żyda, ani poganina, ani niewolnika, ani mężczyzny, ani kobiety… Szatan jest małpą Boga, zawsze małpuje, z tym przypadku małpuje św. Pawła.

Wielu wiernych, zwiedzionych różnymi kłamstwami szatańskimi, wypowiadanymi przez „widzących” z Medjugoria, może i w ten naiwny idylliczny opis uwierzyć. Ale gdzie teologowie? Gdzie kapłani, którzy powinni natychmiast się odezwać i powiedzieć, że taki obraz nieba jest niezgodny z całą nauką Kościoła, że jest śmieszny, wręcz groteskowy. Przecież dobrze znane są różne widzenia uznanych przez Kościół mistyków – żadne nie jest nacechowane naiwnością i niedorzecznością. I nie jest to pierwszy raz, gdy „widzący” oznajmiają rzeczy paradoksalne, będące same w sobie karykaturą prawdziwych objawień. By się nie powtarzać odsyłam do swoich dawnych artykułów, gdzie można przeczytać o dziwnych przedmiotach „z nieba” i innych ciekawostkach z Medjugoria.

Jednakże niezależnie od wszystkiego Medjugorie dalej jest uważane za miejsce objawień. I tak dla przykładu – na wspomnianym blogu Kroniki Novus Ordo umieszczono kopię kolejnego zaproszenia na pielgrzymkę do Medjugoria. Pielgrzymka, dodajmy z opieka kapłana i załatwiana przez parafię katedralną! Pod tym względem w mojej parafii jest lepiej – ogłasza się jakieś Biuro Podróży, które taką pielgrzymkę organizuje. Pozory są zachowane – zgodnie z zakazem Stolicy Apostolskiej kapłani nic nie organizują, odpowiedzialność – w razie zagrożenia – spada na świeckich.

Ale nic nie grozi organizatorom pielgrzymek. Hierarchia od dawna albo popiera Medjugorie, albo milczy. A ludzie jeżdżą do Medjugoria, adorują domniemaną Matkę Boską, kłaniają się przez sztuczkami szatana, których tam nie brak. Gdyby im ktoś powiedział, że jadąc tam zobaczą tylko sztuczki szatana, to by się obrazili. Uwierzyli w to, że jadą spotkać się z  Matką Bożą. Zapomnieli, że Matka Boża nie bawi się ze swoimi dziećmi jak kot z myszką, zapomnieli, że Matka Boża nie będzie dla zaspokojenia ludzkiej ciekawości posługiwać się tanią sensacją.

Jeszcze raz chcę pokreślić, że od lat nie mogę zrozumieć dlaczego hierarchowie nie stosują  egzorcyzmów przeciw pojawianiu się Zjawy. Przecież Kościół dysponuje nie tylko egzorcyzmami, ale również sakramentami, sakramentaliami, wodą święconą i wieloma innymi środkami do wygonienia diabła. Dlaczego nie używa się tego arsenału świętości w Medjugoriu?

Powróćmy jednak do „podpisów”:

Przypomnijmy sobie początek widzeń. Jak bardzo różnił się od widzeń Melanii i Maksymina,  Bernadetty czy Dzieci Fatimskich.  Wszyscy oni opowiadali o pięknej Pani, byli zachwyceni Jej wyglądem. Za to ta sama Vicka, która teraz z przejęciem opowiada o otwarciu dachu i szybkiej podróży do nieba, wtedy mówiła inaczej. Widziała ona dziwną postać w czarnym ubraniu, z czarnymi włosami, która trzymała w prawym ręku coś, co przykrywała i odkrywała (swoim płaszczem), nie udało się jej jednak rozróżnić co to było.

Jeszcze bardziej tragiczny był opis Mirjany: Pewnego dnia, gdy czekała na Gospę, pojawiło się światło, a z tego światła wyszedł diabeł, miał ubranie takie jak Maryja, lecz twarz miał czarną i przerażającą, spojrzał na nią przenikliwym wzrokiem i… zaproponował jej wszystkie przyjemności świata! Potem diabeł znikł i pojawiła się „Madonna”, która powiedziała, że przeprasza za to, co się stało, ale trzeba było się dowiedzieć jakie są pokusy świata. „Madonna” miała wtedy na sobie szary płaszcz.

Szary kolor ubrań jak widać powtarza się w różnych widzeniach. Zdaje się diabeł nie chce do końca się zamaskować. Jako że jest pyszny, chce w jakiś sposób zaznaczyć, że to on tu jest górą, on prowadzi grę.

Niedługo minie 31 lat od dnia 24 czerwca  1981 roku, kiedy po raz pierwszy „widzący” spotkali „Gospę”. Może będzie to okazja do refleksji na temat daty – pamiętajmy, że 24 czerwca (święto św. Jana Chrzciciela, Janka Kupały również) jest dniem założenia pierwszej oficjalnej loży masońskiej. Dzień szczególnie świętowany przez masonów. Czy nie jest to wyraźny podpis szatana? Czy potrzeba więcej dowodów?

Dowodów jest wiele – teologiczne, zdroworozsądkowe, nawet takie, jak te, o których mowa powyżej – jawne „podpisy” szatana. Mimo to w dalszym ciągu ludzie jada na pielgrzymki, uważają Medjugorie za miejsce prawdziwych objawień i nie szanują żadnych zakazów Kościoła.

24 kwietnia 2012

3 Komentarze

Filed under Rozważania

Exsurge Domine et iudica causam Tuam

Powstań Panie i rozsądź sprawę Twoją! (Ps. 74, 22)

Te słowa psalmu wybrałam sobie od wielu lat jako motto życiowe. Te słowa były dewizą Świętej Inkwizycji, Instytucji przez wiele lat broniącej Kościół i dbającej o dusze ludzkie, przez wiele lat służącej obronie czystości wiary. Dziś Święta Inkwizycja już nie działa, a nie ma tej skutecznej obrony dla dusz. A od czasów Rewolucji Francuskiej nagromadziło się tyle kłamstw i oszczerstw na Jej temat, że większość ludzi ma albo dość mgliste pojęcie, albo wręcz błędne na ten temat. Czuje się więc zobowiązana (jeśli Jej dewizę uczyniłam swoją) jako pierwszy wpis umieścić bardzo skrótową historię Świętej Inkwizycji.

 Inkwizycja – słowo, które natychmiast wywołuje skojarzenia. Jestem prawie na 100% przekonana, że gdybym mogła wejrzeć do asocjacji obrazowych, powstałych w chwili, gdy czyta się to słowo, to obejrzałabym całkiem pokaźną ilość stosów, stosików, zakapturzonych mnichów, trochę może szubienic, ale niewiele, za to byłoby dużo mało wyraźnych obrazów rozmaitych narzędzi tortur. I wszystko w tonacji czerwono – brązowo – burej. Spróbujecie spojrzeć na chwilę na własne skojarzenia. Myślę, że wielu przyzna mi rację!

A teraz podejdziemy inaczej do tematu – określimy tak, jak powinien on brzmieć – Święta Inkwizycja.

A no, więc Święta Inkwizycja – i od tego zacznę, że instytucja, zwana teraz potocznie Inkwizycją, miała swoją dokładną nazwę z przymiotnikiem święta. Słowo inquisitio oznacza poszukiwanie, śledztwo, badanie. Mamy więc badanie świętej wiary. Inaczej można by określić – badanie czy wyznawana i przepowiadana wiara jest prawdziwą świętą wiarą katolicką!

Żeby lepiej wyjaśnić sobie zagadnienie musimy zrobić krótki przegląd historyczny. Obiecuję, że będzie tak krótki, jak tylko się da! Bez wejścia jednak, chociaż pobieżnie, w epokę, nie można zrozumieć wiele. W jakiś sposób musimy spróbować by nasza wyobraźnia nie podsuwała nam tylko i wyłącznie obrazów, o których wspomniałam na początku. Bo tak (mówiąc na marginesie) te obrazy ktoś uformował w naszym umyśle, kształtując nasze wiadomości o historii.

Spróbujmy więc na chwilę wejść w atmosferę wieków, zwanych średnimi. Chodzi mi o próbę wejścia w mentalność ludzi tamtych czasów. Nie chodzi o ukazanie innych elementów ich życia, najważniejszą rolę odgrywa mentalność. Gdybyśmy spróbowali określić mentalność dzisiejszą w kilku słowach moglibyśmy powiedzieć, że wartości nadrzędne dla ludzi (większości ludzi) dzisiaj to realizacja własnej osobowości, osiągnięcie sukcesu i uznania, dojścia do pewnego materialnego dobrobytu. Jeśli by zadać pytanie jak należy okazywać swoją troską o słabych, chorych i niepełnosprawnych, odpowiedź będzie prawdopodobnie dotyczyła organizowania wszelkich akcji charytatywnych (może nawet z owsiakową), w każdym bądź razie pojawi się jakaś wizja pomocy materialnej.

Otóż w czasach średniowiecznych nie było tak. Ideały były inne – nie że ludzie nie chcieli się realizować, tylko pod realizacją rozumiano coś innego – istniały, i nie tylko że istniały, ale były i nawet bardzo mocno rozwinięte i zakorzenione takie pojęcia jak honor, godność. Ponad wszystko jednak liczyło się osiągnięcie zbawienia. Oczywiste jest, że ceniono wartości materialne, ale w innym stopniu niż dzisiaj. A gdyby chodziło o okazanie pomocy, najpierw dbano duszę. Bo bardzo dobrze zdawano sobie sprawę z tego, że ziemskie życie człowieka, nawet najdłuższe, ma swój kres, a najważniejsze jest osiągnięcie zbawienia – bo w wieczności nic już się nie da zmienić. Nie chcę rozpętywać burzy – zaznaczę jednak dwoma słowami – choć dzisiaj wiele się mówi o osiągnięciach socjalnych i pomocy socjalnej, wtedy takiego pojęcia nie było, ale śmiem twierdzić (oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji – tous proportions gardées), że wtedy więcej czyniono by pomóc potrzebującym niż dzisiaj.

Jeszcze chwila próby wejścia w tamte czasy. Ludzie wtedy żyli niejako ciągle w obecności sacrum. Ludzie żyli na co dzień w obecności Boga, zdawali sobie sprawę z Jego obecności, liczyli się z Nim, a jednocześnie wiedzieli, że szatan nie śpi i „krąży jak lew ryczący, szukając kogo się da pożreć”.

Od samych początków Kościoła zaczynają szarpać Go herezję. Piszą o tym i św. Paweł i św. Jan. Herezje to nic innego jak działanie szatana, który chce oderwać jak najwięcej dusz od Kościoła. Nie ma takich momentów w historii Kościoła, kiedy by nie było żadnej herezji. Nasilenie jednak bywało różne. Ogromne nasilenie ruchów heretyckich pojawia się w wieku XII. Katarowie, zwani również albigensami oraz waldensi (zwani biedakami z Lyonu) rozprzestrzenili się tak bardzo i oderwali tak wielu od Kościoła, że problem przestał być marginalny. Należało zająć się tym całościowo. Katarzy (zasadniczo wyznający stary manicheizm pod nową formą) uznawali dwóch bogów – dobrego i złego – jednego, stworzyciela świata duchowego, drugiego, utożsamianego z szatanem – stworzyciela świata materialnego. Dziełem tego drugiego uznawali cały porządek społeczny – w tym Kościół i wszelką władzę świecką. Rozwojowi tych ruchów sprzyjał pewien duchowy upadek wśród kleru, połączony z nadmiernym przywiązaniem do dóbr materialnych. Katarowie, a szczególnie waldensi podobali się swoim ubóstwem, życiem we wspólnotach, w których funkcje kapłańskie pełnić mógł każdy, w tym również kobiety, a wszelki majątek był wspólny. Tak ich odbierano przez rzesze, dopiero wejście do wspólnoty okazywało całość – podział na „doskonałych” i „niedoskonałych”, sposób korzystania ze wspólnego majątku i skutki niesamowitej pogardy dla ciała. Bowiem ich doktryna, głosząca generalne potępienie dla świata i pogardę dla ciała prowadziła do wyznawania prokreacji jako najgorszej zbrodni, spędzanie płodu było uczynkiem pochwalanym i zalecanym, a jedyna droga do oczyszczenia się (wprowadzona przez „doskonałych” dla „niedoskonałych” to oczyszczenie przez rytualną głodową śmierć. Osoby wskazane przez „doskonałych” zamurowywano w głodowych bunkrach – wynalazek, który został parę wieków później wykorzystany przez hitlerowców.

Kościół próbował różnymi sposobami przeciwdziałać – misje i dysputy nie dawały pożądanych rezultatów, choć nie jeden heretyk nawrócił się pod wpływem kazań misjonarzy, szczególnie św. Dominika i jego pierwszych synów. Stosowanie najstraszniejszej kary Kościoła – anatemy i ekskomuniki – było (podobnie jak dziś) lekceważone przez heretyków. Synod biskupi w Tours, na którym był obecny papież Aleksander III (1163) zaapelował do władz świeckich o zajęcie czynnej postawy wobec szerzących się herezji. Chodziło właśnie o owo inquisitio – czynnym poszukiwaniu tych, co szerzą herezję, zamiast czekać biernie – jak dotychczas – na wniesienie formalnego oskarżenia przez kogoś z duchownych lub wiernych.

Bulla Lucjusza III Ad abolendam diversum haeresum pravitatem z roku 1184 zobowiązywała wszystkich biskupów do wizytowania podległych im parafii co najmniej raz na dwa lata i wyszukiwania w nich, z pomocą zaufanych ludzi, osób podejrzanych o herezję. Miano im proponować wyrzeczenie się błędów i powrót na łono Kościoła. W przypadku odmowy miano ich przekazywać w ręce władzy świeckiej dla wymierzenia kary – konfiskaty dóbr i wyrzucenia poza granice diecezji.

W 1199 roku Innocenty III w dekrecie Vergentis in senium przyrównał herezję do zbrodni obrazy majestatu – do zbrodni, za którą w większości krajów europejskich groziła kara śmierci. W ten sposób możni protektorzy heretyków, a tacy znajdywali się z różnych powodów, częściej nie z powodów wiary, a zatargów z miejscowym biskupem, w ten sposób więc, protektorzy herezji narażali się na utratę wszelkiego dobra i banicję.

Na razie jesteśmy jeszcze przed powstaniem instytucji Świętej Inkwizycji. Do powstania samej instytucji przyczyniło się w wydatny sposób pewne zdarzenie: Hrabia Tuluzy, Rajmund IV został ekskomunikowany w styczniu 1208 r. za sprzyjanie albigensom. W odpowiedź na to, zlecił on jednemu ze swoich ludzi zamordowanie papieskiego legata. Raz rozpętana spirala nie mogła się łatwo zatrzymać – już w sierpniu tego samego roku doszło do Krucjaty przeciwko hrabiemu Tuluzy. Dzieje krucjaty są osobną sprawą, wzięła ona obfite żniwo śmierci po obu stronach, lecz nie rozwiązała sprawy.

W 1215 roku IV Sobór Laterański podjął szereg ważnych postanowień antyheretyckich. Obłożył anatemą wszystkie herezje przeciw wierze katolickiej. Pod groźbą ekskomuniki zobowiązano władze świeckie do wypędzenia ze swoich włości wszystkich heretyków. Podejrzani o herezję dostawali rok czasu! By dowieść swej niewinności i pojednać się z Kościołem, jeśli jednak tego nie uczynili – stawali się heretykami ipso facto i jako tacy byli przekazywani władzy świeckiej do wymierzenia należytej kary. Sobór Laterański IV wypracował program moralnej odnowy kleru, moralność kleru była bowiem najczęstszym powodem do ataku ze strony heretyków i faktycznie – odnowa była potrzebna. Choć na IV Soborze Laterańskim postanowiono nie tworzyć nowych zakonów, już w 1216 roku nowy papież Honoriusz III zatwierdził regułę zakonu dominikanów, nastawionego na głoszenie Prawdy, a tym samym i zwalczania herezji. Zakon ten charakteryzował się w owych czasach prężną organizacją i surową dyscypliną. Wysoki poziom intelektualny braci połączony z mobilnością (odejście od benedyktyńskiej zasady stabilitatis loci), nawet wygląd zewnętrzny – biały habit, czarny płaszcz i sandały, symbole czystości, pokuty i ubóstwa, to wszystko przyczyniało się do skutecznego głoszenia Prawdy. Wkrótce mieli oni przyjąć na siebie najcięższą pracę przeciwko herezjom.

Wreszcie w 1239 roku św. Grzegorz IX ogłosił konstytucję Excomunicamus et anathematisamus, uważanej za początek instytucjonalizacji Inkwizycji. W 1233 roku dwiema bullami powierzył pełnomocnictwa poszukiwania heretyków dominikanom. Dokonał wtedy wyboru, który w najlepszy (po ludzku rzecz biorąc) sposób miał zapewnić bezstronność, uczciwość, efektywność i ŁAGODNOŚĆ postępowania sądowego.

Ostatecznie w 1252 roku bulla Innocentego IV Ad extirpanda ustanowiła ostateczny sposób działania Świętej Inkwizycji.

Być może dla wielu będzie zaskakujące stwierdzenie, że współczesne nam sądownictwo, co najmniej to sądownictwo, które zwykliśmy uważać za nowoczesne, demokratyczne i sprawiedliwe ma swoje korzenie i wzory w sądach Świętej Inkwizycji.

Przyjrzyjmy się sytuacji w sądownictwie czasów średniowiecza i renesansu – prawie w całej Europie dominowało wyjątkowo okrutne prawo magdeburskie. Tym prawem rozstrzygano sprawy w sądach świeckich. Prawo magdeburskie uznawało tylko jeden dowód – przyznanie się oskarżonego do winy i tylko jeden sposób zdobycia dowodu – tortury. Tortury można było zadawać pięć razy. Jeśli  ktoś wytrzymał pięć „paleń” (tortur) uznawano go za niewinnego. Gdy sędzia wymawiał przysłowiowe już „pal go sześć” było wiadomo, że po ostatniej szóstej torturze oskarżony zostanie zwolniony już bezwarunkowo.

Jak zatem wyglądało działanie sądów Inkwizycji?

Ustanowiono stałe trybunały działające w każdej diecezji. W skład trybunału wchodziło dwóch inkwizytorów, lokalny biskup bądź jego przedstawiciel oraz dwunastu, dobranych przez nich prawowiernych katolików (boni viri), wybranych najczęściej wśród miejscowego kleru. Przy podejmowaniu decyzji obowiązywała zasada kolegialności, głos decydujący należał jednak do inkwizytorów. Trybunał miał prawo zatrudnić dwóch notariuszy i parę osób innego personelu – lekarza, gońca, woźnych itp. Bulla nakazywała trybunałowi ścisłą współpracę z władzami świeckimi.

Grzegorz IX nakazał by każdy oskarżony nie tylko mógł, ale i obowiązkowo korzystał z pomocy obrońcy. Obrońcą był zawsze zawodowy prawnik. Sąd miał obowiązek udostępnić oskarżonemu i jego obrońcy wszystkie zebrane dowody winy, wraz z podaniem nazwisk świadków, zeznających przeciwko oskarżonemu. Krzywoprzysięzcom groziły bardzo ciężkie kary, z karą śmierci łącznie, więc nie łatwo odważano się świadczyć fałszywie przeciwko komuś.

Ze względu na przyrównanie heretyków ze zwykłymi kryminalistami wprowadzono, stosowane wówczas powszechnie w całej Europie tortury.

Rodzaje, czas i okoliczności stosowania tortur ujęto w ścisłe ramy przepisów, co miało zapobiec samowoli. Żaden inkwizytor nie mógł nakazywać tortur bez zgody biskupa diecezji i kolegium boni viri. I tak – torturować początkowo można było głodem. Na to jednak dawano tylko kilka dni. Męczarnie fizyczne wolno było aplikować tylko raz i to nie dłużej niż półgodziny. Nie wolno było torturować dzieci, starców i kobiet w ciąży.

By wyjaśnić sobie jak istotne jest nie patrzeć na prawo stosowania tortur oczami ludzi wieku XXI, którzy oburzają się na słowo tortura, godząc się jednocześnie na mordowanie i torturowanie wszędzie, gdzie jest wystarczająco daleko od nas, musimy  postarać się zrozumieć przesłanki działania takiej instytucji jak tortury, więc zaznaczę tylko, że ówczesna wrażliwość akceptowała cierpienia fizyczne w inny trochę sposób niż dzisiejsza (co najmniej ta oficjalna dzisiejsza wrażliwość).

Właśnie w trybunałach inkwizycji przyjęto po raz pierwszy zasadę, że nie można sądzić ludzi niepoczytalnych. Jako tacy nie odpowiadają za własne czyny i należy zapewnić im bezpieczeństwo – „żółte papiery”, które miały chronić przed postawieniem po raz kolejny w stan oskarżenia. Przed rozpoczęciem każdego przewodu sądowego lekarz był zobowiązany zbadać podejrzanego i oświadczyć czy jest w pełni odpowiedzialny. Jeśli stwierdzał, że podejrzany jest zdrowy psychicznie miał jeszcze obowiązek określić czy jest on w stanie znieść tortury. Lekarz miał prawo zabronić stosowania tortur.

No i jeszcze jeden szczegół, który powinien pozwolić nam zrozumieć jak bardzo po chrześcijańsku patrzono wtedy na człowieka. Herezje katarów i waldensów, pamiętamy negowali cielesność człowieka, ukazywali ją jako dzieło diabelskie. Kościół zawsze nauczał, że człowiek jest jednością duszy i ciała i że ciało ma zmartwychwstać i połączyć się z duszą w Dniu Ostatecznym. Ciało było wielką świętością, choć poddawane go torturom! Bo tortury nie miały na celu zabicia ciała, a ratowania duszy. No i ten szczegół, o którym wspomniałam: W dwa lata po bulli Ad extirpanda pozwolono inkwizytorom przeprowadzać procesy zmarłych heretyków. W przypadku udowodnienia im herezji ich ciała ekshumowano i palono na stosie. Tę karę, wydającą się absurdalną w naszych czasach należy odnieść do wiary w zmartwychwstanie i do wagi przywiązywanej do ciała zmarłego. (Pamiętajmy, że Kościól przez wiele wieków nie zgadzał się na palenie zwłok!)

Co sądzono i jak postępowano, jak rozróżniano herezję, jakie były przesłanki do podejrzenia o herezje można się dowiedzieć z zachowanych podręczników dla inkwizytorów. Zawierają one drobiazgowe opisy praktyk heretyków, rady postępowania z nimi i odpowiedzi na rozmaite wątpliwości, które mogły się pojawić w czasie procesu. Pamiętajmy – podkreślam to jeszcze raz – że podejrzany miał bardzo długi czas na nawrócenie się i pojednanie z Kościołem.  Jeśli doszło do wydania wyroku śmierci, skazany nawet w ostatniej chwili przed egzekucją mógł publicznie wyznać wiarę i uniknąć stosu. Kary śmierci trybunały jednak nie orzekały, przekazywały podsądnego wtedy do władzy świeckiej, co całkiem nie było jednoznaczne z nieuniknionym stosem.

Ogłaszanie wyroków Trybunału odbywało się podczas wspomnianej ceremonii – sermo fidei, można to przetłumaczyć jako wymowa wiary, świadectwo wiary. Z reguły ta ceremonia zaczynała się od przeprowadzenia rano do siedziby Trybunału oskarżonego, gdzie golono mu głowę i ubierano w specjalny strój hańby, zwany saccus benedictus, co dokładnie tłumacząc oznacza „błogosławiony wór”. Nazwa sama w sobie wskazuje na to, że błogosławieństwem dla osądzonego miało być to, że jego błędy wyszły na jaw i jeszcze na szansę na uratowanie własnej duszy. Prowadzono później osądzonego na plac lub do kościoła, gdzie po Mszy św. odbywało się odczytywanie wyroku. Potem przekazywano go władzy świeckiej.

W Hiszpanii ta ceremonia nazywała się auto da fe, nazwa znana dość powszechnie. Wielu kojarzy ją z zapaleniem stosu. Chodzi jednak tak samo o publiczne  świadectwo wiary. Na koniec tej ceremonii zapalano świece (nie stosy), noszone przez nawróconych heretyków.

Niekiedy takie auto da fe łączono z paleniem ksiąg heretyckich. Zwykło się teraz uważać za barbarzyństwo palenie ksiąg. Sprawa jest jednak kontrowersyjna. Jeśli księgi są szkodliwe dla dusz ludzkich, chyba jednak lepiej je spalić, a nie traktować jako dzieło literatury. Wydaje się, że i dziś przydałoby się spalić niejedną książkę, która więcej przynosi szkód niż pożytku. Wszystko jest sprawą perspektywy. Jeśli patrzy się z perspektywy co służy zbawieniu, a co nie – z tej jedynie prawdziwej perspektywy, bo ostatecznie zbawienie jest najważniejsze – wtedy na pewno zgodzimy się na palenie i na zakaz wielu pozycji.

Jakie były wyroki Świętej Inkwizycji?

Wmawia się nam i wychowuje kolejne pokolenia w przekonaniu, że Inkwizycja szafowała wyrokami śmierci. Podkreślam jeszcze raz, że na słowo „inkwizycja” w większości umysłach powstaje obraz płonącego stosu lub wykrzywionej twarzy kata psychopaty w habicie mniszym. I biedna ofiara, przyjmująca wyrok śmierci. Taka wyobraźnia przystaje do owego fanatyka, bohatera „Imienia Róży” Umberto Eco. Jest rzeczą znamienną, że wielu, aż za nadto wielu, wierzących katolików powołuje się na twórczość Umberto Eco, zaciętego wroga Kościoła. Za mało katolików jednak zna prawdę o Inkwizycji, a jeszcze mniej zdaje sobie sprawę z tego jak ważne jest nie tylko znać tę prawdę, ale i rozumieć sens Inkwizycji i bronić i dziś ludzi przed herezjami.

Najczęściej orzekano inne kary – grzywny, noszenie znaków hańby, kary kanoniczne, nieraz udział w obrzędzie pojednania, czyli specjalnej ceremonii wyznania wiary.

Ale wróćmy do wyroków Inkwizycji. Spójrzmy na kilka liczb: Słynny inkwizytor Bernard Gui, jakże często podawany przez antykościelną literaturę jako przykład okrucieństwa, w latach 1307 – 1323 na sto rozpatrywanych przez siebie spraw wydawał średnio jednego oskarżonego w ręce władzy świeckiej, co mogło skończyć się wyrokiem śmierci, nałożonym przez władzę świecką. Inkwizycja wyroków śmierci nie wydawała. Weźmy dla przykładu Inkwizycję Hiszpańską, która była oddzielną i samodzielną instytucją i okrzyczana jest jako najbardziej okrutną, w ciągu lat 1493 – 1599 (106 lat) w okręgu Bajadoz, uważanym za szczególnie „gorącym”, wydała zaledwie 20 osób na stos, a całej Hiszpanii za okres lat 1560 – 1700 rozpatrzono ok. 50 tysięcy procesów, w których wydano około 500 wyroków śmierci. Ciekawa statystyka – średnio 1 wyrok śmierci na sto procesów i 500 wyroków na 140 lat. Porównajmy dla porządku, znowu zachowując wszystkie proporcję i pamiętając o zwielokrotnionych możliwościach technicznych zadawania śmierci z czymkolwiek z czasów najnowszych. 250.000 w jednej nocy w Dreznie, 3 miliony ( a może nawet 6 milionów – liczba dotychczas nie jest dokładnie znana) umierający z głodu w latach 30tych na Ukrainie, łagry stalinowskie (prawdopodobnie około 20 milionów), obozy niemieckie, 1.500.000 ofiar czerwonych Khmerów, ile obecnie w Afganistanie, Iraku??? Starczy? A w tej samej Hiszpanii w latach wojny domowej 1936 – 39 wydano 60.000  wyroków śmierci za pochodzenie arystokratyczne, nadmierne posiadanie majątku, zbyt wysokie wykształcenie lub śluby zakonne.

Mówiąc o Świętej Inkwizycji zachowajmy wszystkie proporcje – uświadommy sobie, że Inkwizycja wychodziła na pomoc zbłąkanym i broniła ich dusze.

„Cokolwiek robi się dla nawrócenia heretyków, jest łaską” – jest to cytat z Dyrektorium dla inkwizytorów. Wymaganie bardzo poważne. Pamiętajmy, że inkwizytorami byli ludzie głęboko wierzący i poważnie podchodzący do swego obowiązku. To co robili dla nawrócenia heretyków, robili dla ich zbawienia. To było trochę jak szafarstwo sakramentów.

Do sądów Inkwizycji trafiały różne sprawy – trafiały również sprawy świętokradców, złodziei kościołów, sodomitów, morderców. Inaczej rzecz biorąc wszelkich kryminalistów. W naszej dzisiejszej mentalności wydaje się, że inne sądy powinny zajmować się przestępstwami pospolitymi. Ale w wiekach średnich kradzież np. paramentów liturgicznych i wyznawanie herezji były tak samo niebezpieczne dla samego złoczyńcy – groziły mu potępieniem wiecznym. I sąd próbował doprowadzić do skruchy, nawrócenia, inaczej rzecz biorąc – chciał ratować duszę. Herezja była (i jest) o tyle niebezpieczniejsza od kradzieży świętokradczej, że grozi rozpowszechnić się i tym samym zagraża innym duszom.

Być może ktoś będzie chciał zapytać z przekąsem – a co z czarownicami? Gdy pada takie pytanie to zasadniczo prawie zawsze chodzi o czarownice, o czarownikach jakoś nikt nie pamięta. To oczywiście są ślady innej propagandy – tej feministycznej, próbującej wmówić w nas, że dopiero od czasów sufrażystek ktoś zaczął się upominać o kobiety. I tak, procesy o czary zdarzały się, bo i wtedy byli ludzie zajmujący się czarami. (Choć chyba dziś jest ich procentowo o wiele więcej.) I nic nie zmienia faktu, że czary zawsze są niebezpieczne i dla uprawiających je i dla innych z ich kręgu. Ale strach przed czarami często powodował u ludzi chęć znalezienia czarownicy, zemszczenia się za złe zbiory, choroby czy inne klęski. Najczęściej jednak Inkwizycja uniewinniała podejrzanych i powściągała ludność w jej morderczych zapędach. W „polowania na czarownice” obfitował najbardziej wiek XVI. W całej Europie, jak podaje większość źródeł, spalono za czary około 300.000 osób, przeważnie kobiet. Około 200.000 z nich zginęło w protestanckich Niemczech, a około 70.000 w Anglii. Na katolicką Europę zostaje skromna liczba około 30.000. Rewolucja Francuska tylko w latach 1792–94 skazała na śmierć około 24.000 osób, a drugich 12.000 zamordowano bez żadnego wyroku. To tylko takie porównanie – można zrobić jeszcze inne – przypomnieć sobie Kalwina, który kazał w jednym bodajże 1545 roku w samej tylko Genewie spalić 30 osób za czary – bez żadnego sądu. Albo przypomnieć wręcz szaleńczą nienawiść Lutra do Żydów, wzywał on nieraz do pogromów i marzył o całkowitym zniszczeniu i wypędzeniu z Europy wszystkich Żydów.

Nie będę podawać więcej porównań. Takie porównania można mnożyć bez końca.

Chodzi o coś innego, chodzi o wyjaśnienie, że Święta Inkwizycja nie była instytucją wrogą człowiekowi, a wręcz przeciwnie – była nastawiona na człowieka. Na każdego konkretnego człowieka. Celem tej Instytucji była pomoc w dojściu do zbawienia. Już Sobór Laterański z 1215 roku, zwołany z powodu herezji katarów, wyraźnie określa naukę Kościoła  o zbawieniu: „Jeden zaś jest powszechny Kościół wiernych, poza którym nikt w ogóle nie bywa zbawiony”. To samo potwierdza w bulli Unam sanctam Bonifacy VIII: „Poza nim (Kościołem) nie ma zbawienia ani odpuszczenia grzechów”. W późniejszych latach św. R. Bellarmin określi ten dogmat jeszcze krócej: „Poza Kościołem nie ma zbawienia”. Nauka Kościoła pozostaje od tego czasu niezmienna. Pozytywne ujęcie Soboru Watykańskiego II „Zabawienie jest w Kościele” oznacza dokładnie to samo, bo jeśli jest w Kościele, to poza Kościołem (katolickim oczywiście, by nie było nieporozumienia) nie ma zbawienia. Kościół zawsze dbał i dba o zbawienie – Inkwizycja właśnie o to dbała, by nikt nie wpadł w herezję i nie stracił przez to zbawienia. Kto odszedł od Kościoła z własnej woli traci dojście do zbawienia. Inkwizycja uznawała maksymę św. Tomasza z Akwinu: „zostawmy poganina być poganinem”, ale nie  mogła pozwolić na to, by herezjarchowie zwodzili masy ludzi i prowadzili ich do utraty zbawienia. Oto właśnie chodziło, podkreślam to jeszcze raz – o zbawienie człowieka. Możemy nie zgadzać się z wybraną przez ówczesny Kościół metodą działania, możemy widzieć niedoskonałości w działaniu instytucji (nie ma takiej instytucji ludzkiej, która działała by bez zarzutu), ale musimy dostrzec dwie rzeczy – pierwsza, że Inkwizycja miała na celu dopomóc człowiekowi w wyznawaniu prawdziwej wiary i druga, że w czasach średniowiecza człowiek na pierwszym miejscu stawiał zbawienie. Dlatego Inkwizycja nie była  odczuwana przez ówczesnych ludzi jako narzucona instytucja przymusu – wręcz przeciwnie, była odbierana jako konieczna pomoc, jako instytucja, broniąca człowieka. Posłużę się przykładem, by pomóc w zrozumieniu mentalności ludzi średniowiecza. Przykład może nie jest najlepszy, ale może przybliżyć odczucia ludzi tamtych czasów. W naszych czasach wielkim problemem stały się kradzieże i napady na mieszkania i domy prywatne. Każdy z nas chętnie by widział powołanie jakiejś instytucji, która broniła by nasz dobytek przed złodziejami. Gdyby w tej chwili ktoś powołał do życia instytucję ścigającą skutecznie złodziei, bylibyśmy zadowoleni. Bo dobra materialne mają dla człowieka naszych czasów wielką wagę. Znam takie osiedle domków jednorodzinnych, gdzie ludzie zatrudnili do pilnowania ich dobytku prywatnych ochroniarzy. Po krótkim czasie złodzieje, którzy grasowali poprzednio bez przeszkód wynieśli się z tego osiedla. Potem okazało się, że gdy ochroniarze złapali podejrzanego, wsadzali go do samochodu, wywozili w las i dawali mu takiego łupnia, że cieszył się, gdy nie miał nic połamanego. Czy to jest etyczne? Większość z nas się oburzy, ale metoda okazała się skuteczna. Podobnie można podejść i do metod, które nie są dla nas do przyjęcia, a rzeczywiście stosowane były przez Inkwizycję. Ludzie byli zadowoleni, bo metoda była skuteczna, wiedzieli czym jest prawdziwa wiara i na czym polegają błędy, mieli ochronę, ktoś dbał o ich największe dobro, o dusze nieśmiertelne.

Czy nie potrzebujemy dziś jakiejś nowej formy Inkwizycji? Ja osobiście nie mam żadnych wątpliwości – potrzebujemy. Owszem – jest Kongregacja do Spraw Wiary (powołana na miejscu dawnej Świętej Inkwizycji) czasami wskazuje na błądzących teologów czy na tych co odeszli od wiary. Ale mało o tym wiemy. Za to mamy dostęp do wszelkich ksiąg i książeczek, niezależnie od ich wartości teologicznej czy zgodności z doktryną Kościoła. Od czasów zniesienia przez Pawła VI Indeksu Ksiąg Zakazanych możemy spokojnie czytać wszystko co wpadnie nam w rękę, nawet nie zastanawiając się czy nie jest to szkodliwe dla duszy. Jakże chętnie oglądamy filmy, pisma, jak mało dbamy o własne zbawienie! Więcej – chętnie dajemy posłuch wszystkiemu, co jest atrakcyjne, szczególnie jeśli jest proponowane przez kapłanów, którzy też niestety nie mają oparcia w żadnej instytucji korygującej głoszenie wiary. I często głoszone sa własne poglądy, a prawdziwa nauka jest niedostępna dla zwykłych wiernych.

Swoje rozważania kończę ułożoną przez siebie modlitwą do św. Piotra z Werony – świętego inkwizytora, męczennika za wiarę. Zasztyletowany przez heretyków, umierając napisał krwią własną pierwsze słowa Credo.

Św. Piotrze Inkwizytorze, wspomagaj nas i ucz wiary prawdziwej.

Nie pozwalaj nam wsłuchiwać się w obce i błędne nauki, nie pozwalaj zagubić się na drogach życia i zapomnieć, że nie ma wyższej wartości dla człowieka niż ratowanie własnej duszy.

Uprosz nam u Chrystusa wierność i miłość do świętej Matki Kościoła i wstawiaj się za heretykami, by mogli i oni powrócić na łono Kościoła i osiągnąć zbawienia przez Chrystusa Pana naszego. Amen

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania