Od pogaństwa do cywilizacji śmierci

Na spotkaniu pewnej bardzo pobożnej grupy z ust młodego człowieka padło zadziwiające stwierdzenie, które można streścić mniej więcej tak:

Istotną sprawą w życiu chrześcijańskim jest stosować i głosić zasadę „w zdrowym ciele – zdrowy duch”.

Zaskoczyło mnie to bardzo i zaczęłam się zastanawiać czy zasadę tę młody człowiek wyniósł z domu, czy aby nie z jakiegoś duszpasterstwa. Zdecydowałam więc, że tak czy inaczej „w imię miłości chrześcijańskiej” należy sprawę wyjaśnić. No i tu się zaczęło…

Gdy zwróciłam uwagę, że tak sformułowana zasada jest całkowicie pogańska i od dawna jako taka odrzucona przez chrześcijaństwo, okazało się, że większa część pobożnych pań i panów jednak uważa, że ja jestem w błędzie, że należy o to zdrowe ciało się starać jak najbardziej, ćwiczyć, gimnastykować i w ten sposób utrzymywać w sobie zdrowy duch. Spotkałam się z tak ogromnym (i niespodziewanym) sprzeciwem, że zdecydowałam nie odzywać się dalej, ale jednak napisać parę słów. Bo być może ktoś z moich Czytelników spotka się z tym samym problemem, a może być też tak, że wpajana od lat maksyma zapadła w pamięć i nie zdajemy sobie sprawę z tego, że jest ona pogańska. Nie tylko z racji swego pochodzenia, ale również i w formie najbardziej znanej. Więc po kolei:

Mens sana in corpore sano ( w zdrowym ciele – zdrowy duch) pochodzi z Satyr Juwenalisa (X, 356) i ma znaczenie magnum bonum est czyli jest wielkim dobrem. Spotykamy się także z wyrażeniem Orandum est ut sit mens sana in corpore sano, które może być rozumiane dwojako.  Najpierw w sensie ściśle rzymskim – orandum est (należy modlić się) – czyli wyjaśnić bogom, że jest bardzo pożądane, by w zdrowym ciele był zdrowy duch. I w sensie chrześcijańskim – modlić się o zdrowie i o zdrowego ducha. Ta druga jednak formuła jest nieznana i zawsze cytuje się tylko „w zdrowym ciele – zdrowy duch”.

Na długo przed Juwenalisem w starożytnej Sparcie stosowano zasadę mens sana in corpore sano. W naszej historycznej pamięci Spartanie najczęściej kojarzeni są z heroiczną bitwą pod Termopilami.  Podziwiamy ich (i słusznie w tym aspekcie) jako tych, którzy poświęcali się całkowicie ideałowi wielkości Sparty. Zapominamy jednak czasami, że ci, którzy tak mężnie walczyli, byli specjalnie wyselekcjonowani z wielu innych. A selekcja ta nie polegała na doboru zdolniejszych do żołnierki, a na wyeliminowaniu słabszych. Uważano, że słabowite dzieci nie nadają się na wojowników ani na matki, więc porzucano je w górach lub strącano ze skały. Takie praktyki legły u podstaw wychowania spartańskiego, skutecznego, ale i bardzo okrutnego.

Starożytny Rzym chwalił cnoty Spartan i gotowość ich poświęcenia w obronie ojczyzny, chwalił wychowanie spartańskie, ale nie przejął ten model, bo uważał go za niepraktyczny. I słusznie – bo model ten doprowadził do takiego zmniejszenia się populacji rodowitych Spartan, ze ostatecznie ich liczba spadła do 100! Tak procentowała zasada w zdrowym ciele zdrowy duch!

Jasne jest, że chrześcijaństwo nie mogło zaakceptować takiej zasady. Przez całe wieki nie wspominano o niej, aż w czasach nowożytnych spotykamy ją u J. Locke’a, Rousseau i Komeniusza. Spotykamy ją i w dwudziestym wielu u Hitlera, Mussoliniego i Makarenki.

W czasach komunistycznych wpajano tę zasadę każdemu dziecko. Starsze osoby pamiętają, na jak poczesnym miejscu była gimnastyka. Miała ona sens wielowymiarowy – nie myśleć, ćwiczyć, być zdrowym. (Spotykamy ten wątek w Orwellowskim „1984”). Zacytujmy urywki wiersza Włodzimierza Wysockiego:

Wdech głęboki, ręce szerzej,
i nie spieszyć się: trzy, cztery!
Z animuszem, gracją i plastyką.
O, ogólnie wzmacniająca,
rano świetnie wzbudzająca,
oczywiście, jeśli żyjesz, gimnastyka.

Drodzy Państwo, w swych mieszkaniach
proszę kłaść się na dywanach,
wykonywać nowe polecenia.
Przywykniecie do nowości
– o nie, żadnych wpływów obcych! –
wdech głęboki, aż do zatracenia!

 Hej! Rozmowy zabronione!
Więcej skłonów, więcej skłonów…
No, nie bądźcie smutni, zasępieni…
Cytuję Wysockiego, ponieważ on bardzo dobrze ukazywał różne aspekty działania systemu zbrodniczego komunizmu – w tym przypadku właśnie używania sportu do ogłupiania i uzależniania ludzi.

No i wreszcie – jak wygląda obecnie spełnianie zasady „w zdrowym ciele – zdrowy duch”? Dla przykładu: w tzw. drugim etapie edukacyjnym, czyli dla klas IV- VI szkoły podstawowej (na trzy kolejne lata) przewidziane jest 510 godzin lekcyjnych na j. polski, 130 – na przedmiot historia i społeczeństwo i 385 na wychowanie fizyczne. Taki stosunek procentowy nie jest nowością. Od lat WF króluje w szkołach przy aprobacie nie tylko nauczycieli, ale i rodziców. Wszystkim wmówiono, że dla zdrowia należy  ćwiczyć, a kto by chciał, by jego dziecko było chore. A jak będzie zdrowe, to i duch jego będzie mocny, zdrowy itd. I jakoś prawie nie słychać protestów rodziców i nauczycieli (z wyjątkiem kilku chlubnych przykładów) przeciw nadmiernemu rozbudowaniu planu o WF przy jednoczesnym zabieraniu godzin historii i j. polskiego. A w latach Solidarności (raczej w tych kilku miesiącach) udało się wywalczyć choć tę jedna godzinę historii dla szkól zawodowych i kilka dodatkowych dla liceów.

I tak kult ciała stal się kultem dominującym i co gorzej dominującym również w środowiskach katolickich. Zakony wprowadziły do swoich wnętrz siłownie! (nie duchowe, a mechaniczne!), zakonnice również ćwiczą, rekolekcje duchowe z ćwiczeniami fizycznymi, z odchudzaniem, z „postem oczyszczającym”, z postem Daniela, z postem św. Hildegardy… Nie da się wszystkiego wymienić. Kult ciała jest wszechobecny.

To jedna strona zagadnienia. Jest jeszcze inna, również wszechobecna i bardzo ponura:

Otóż na skutek kompromisu między Kościołem i Państwem mamy taki artykuł prawny:

Artykuł 4a. 1. Ustawy z dnia 7 stycznia 1993 roku „O planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerwania ciąży” mówi o warunkach w jakich może być dokonane przerwanie ciąży, wyłącznie przez lekarza gdy:

Badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu.

Prawdopodobieństwo chorego ciała jest powodem eliminacji człowieka. Być może Spartanie jednak byli bardziej ludzcy, bo czekali aż dziecko się urodzi, by zobaczyć czy na pewno to dziecko będzie chore?

A czy takie uregulowanie prawne jest w porządku?

Zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego np. gwałtu.

Czy to dziecko jest winne gwałtu? Czy w ogóle ma jakąś winę? Chyba jednak jesteśmy gorsi od pogan!

No i wreszcie:

Ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej.

No tak – zdrowie jest ważniejsze niż narodzenie dziecka – tylko czy w zdrowym ciele matki, która zabiła swoje dziecko będzie zdrowy duch?

Takie mamy prawo w Polsce – mówi się, że jest ono mocno restrykcyjne i dąży się do jego zmiany. A w wielu, wielu innych krajach prawo pozwala na bezkarne zabijanie dzieci – wszystko jedno czy zdrowe czy chore.

W zdrowym ciele – zdrowy duch, więc należy eliminować chore ciała. Najlepiej, by ludzie to dobrze zrozumieli i poprosili o eutanazję. Starzy i obłożnie chorzy niech zrozumieją, że jak mają chore ciała, to nie mogą mieć zdrowego ducha, niech więc poddadzą się eutanazji.

I tak od niewinnie brzmiącej satyry Juwenaliusa dochodzimy do jej przemiany w obowiązującą maksymę. Maksymę, która legła w pewien sposób u podstaw cywilizacji śmierci.

29 września 2012

 

 

 

 

 

3 komentarze

Filed under Polemiki

Nadużycia przy rozdawaniu i przyjmowaniu Komunii świętej.

W poprzednich swoich rozważaniach na temat kultu dla Najświętszej Eucharystii zatrzymałam się tylko na sposobie przyjmowania Komunii świętej. Teraz chcę zwrócić uwagę na inny aspekt przyjmowania i rozdawania Komunii świętej – mianowicie na nadużywanie funkcji nadzwyczajnych szafarzy.

Wszystko, co dzieje się w czasie liturgii w mniejszy lub większy sposób przyczynia się do ugruntowania wiary w Rzeczywistą Obecność lub do jej zaniku. Zatrzymajmy się więc tylko na problemie świeckich szafarzy. Wprowadzenie tej funkcji na szeroką skale okazało się bardzo niebezpieczne dla wiary. Takie stwierdzenie jest w pełni uzasadnione –  potwierdzają to lata praktyki, szczególnie w krajach zachodnich, gdzie nadużycia są bardzo duże. To, że u nas jeszcze nie ma aż tak wielkich nadużyć nie powinno nas ani uspakajać, ani usypiać. Z roku na rok tych nadużyć jest coraz więcej, a wierzących w Rzeczywistą Obecność – coraz mniej.

Najpierw powołam się na pewne dokumenty Magisterium. Robie to z dwóch powodów – by pokazać, że to, o czym będzie dalej, nie jest moje „widzimisię”, a ma oparcie w dokumentach, a po drugie – by przypomnieć, że każdy z nas ma obowiązek dbać o szacunek dla Najświętszej Eucharystii. (wszelkie podkreślenia i wytłuszczenia w cytowanych tekstach są moje)

 

 Z instrukcji Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Redemptionis sacramentum z 25 marca 2004 r.:

183. Stosownie do możliwości każdego, wszyscy mają obowiązek wykazywać szczególną troskę o chronienie Najświętszego Sakramentu Eucharystii przed brakiem szacunku i wszelkiego rodzaju deformacjami oraz o dokładne usuwanie wszystkich nadużyć. Ten poważny obowiązek, zlecony wszystkim członkom Kościoła i każdemu z osobna, należy wypełniać z wykluczeniem wszelkiego względu na osobę.

Z Kodeksu Prawa Kanonicznego:
Kan. 212
§ 2. Wierni mają prawo, by przedstawiać pasterzom Kościoła swoje potrzeby, zwłaszcza duchowe, jak również swoje życzenia.
§ 3. Stosownie do posiadanej wiedzy, kompetencji i zdolności, jakie posiadają, przysługuje im prawo, a niekiedy nawet obowiązek wyjawiania swojego zdania świętym pasterzom w sprawach dotyczących dobra Kościoła, oraz – zachowując nienaruszalność wiary i obyczajów, szacunek wobec pasterzy, biorąc pod uwagę wspólny pożytek i godność osoby – podawania go do wiadomości innym wiernym.

Zacytujmy teraz dokument zezwalający na ustanowienie funkcji nadzwyczajnych szafarzy. Tym dokumentem jest Instrukcja Świętej Kongregacji ds. Kultu Bożego, wydana 29.01.1973 r., zatytułowana Immensae caritatis. Zarządza ona użycie nadzwyczajnych szafarzy w przypadkach rzeczywistej konieczności. Oto lista tych przypadków:
a/ gdy nie ma księdza, diakona lub akolity;
b/ gdy w/w nie mogą dysponować Komunią Św., ze względu na inną posługę pasterską, chorobę lub zaawansowany wiek;
c/ gdy liczba wiernych pragnących Komunii Św. jest tak znaczna, iż odprawianie Mszy albo rozdawanie Eucharystii poza Mszą nadmiernie by się przedłużyło.

Instrukcja zastrzega , iż:
Ponieważ uprawnienia te przyznaje się tylko dla duchowego dobra wiernych i w przypadkach rzeczywistej konieczności, księża winni pamiętać, iż nie są on zwolnieni z obowiązku rozdawania Eucharystii wiernym, którzy w sposób uprawniony tego żądają, a w szczególności, z zanoszenia i rozdawania jej chorym.
Wyraźnie widać, że wyżej wymienione warunki spełnione mogą być tylko w krajach misyjnych, i to nie wszędzie. Jeśli bowiem w kraju misyjnym jest grupa katolików nie za bardzo liczna i zamieszkująca niewielkie terytorium – nie widać potrzeby  wprowadzania nadzwyczajnych szafarzy.

Praktyka jednak jest inna. Wprowadzono ich w wielu krajach katolickich, co przyczyniło się natychmiast do spadku powołań. Co gorzej – pozwolono również kobietom rozdawać Komunię, ale o tym będzie mowa niżej.

W Polsce ostatnio jest coraz więcej nadzwyczajnych szafarzy. Zaznaczmy, że nie ma w ogóle takiej potrzeby. Według statystyk, publikowanych przez KAI, jest u nas około 30 000 księży diecezjalnych i zakonnych. Są oczywiście takie parafie, gdzie jest nadmiar księży i takie, gdzie mogłoby być jednego czy dwóch więcej. Nie ma jednak nie obsadzonych parafii. Skąd więc tak nagminne stanowienie nadzwyczajnych szafarzy?

Dla przykładu do parafii św. Dominika na Warszawskim Służewie, która obejmuje Osiedle Nad Dolinką należy około 20 000 mieszkańców. Parafia św. Dominika jest parafią przyklasztorną i jest w niej bodajże 26 (dwudziestu sześciu) czynnych ojców (nie liczę starszych i chorych). Jeśli według statystyk liczba dominicantes wynosi maksymalnie około 40% – to na jednego kapłana przypada około 320 wiernych. Znowu licząc według statystyk communicantes jest około 140 – 160 osób na kapłana. Są to obliczenia według najwyższych wskaźników. Prawdopodobnie w rzeczywistości jest ich mniej.  I w tej parafii działa aż sześciu nadzwyczajnych szafarzy! Z jakiego powodu? Nawet jeden to za dużo, a sześciu?

A co na ten temat dokumenty Kościoła?

List Jana Pawła II Dominicae Cenae(1980 r.):

Dotykanie konsekrowanych hostii, a także rozdawanie ich własnymi rękoma, jest właśnie przywilejem wyświęconych.

W innym miejscu w tym samym liście Jan Paweł II przypomina, że:
Nie wolno zapominać o najważniejszym urzędzie kapłanów, którzy zostali konsekrowani przez ich święcenia dla reprezentowania Chrystusa Kapłana: z tego względu ich ręce, jak również ich słowa i ich wola, stały się bezpośrednimi narzędziami Chrystusa. Poprzez ten fakt, tj. jako szafarze świętej Eucharystii, oni pierwsi biorą odpowiedzialność za święte hostie, ponieważ jest to pełnia odpowiedzialności. Ofiarują oni chleb i wino, konsekrują je, a następnie rozdają święte hostie tym uczestnikom zgromadzenia, którzy pragną je przyjmować.

 Przytoczmy jeszcze cytat z Instrukcji Inaestimabile Donum (1980):

 (…) Te pozytywne i napełniające otuchą aspekty nie mogą jednakże przytłumić niepokoju, z jakim obserwuje się najrozmaitsze i częste nadużycia, o których dowiadujemy się z różnych stron świata katolickiego; pomieszanie funkcji, zwłaszcza gdy chodzi o posługę kapłanów i o rolę świeckich (odmawianie razem z kapłanem Modlitw eucharystycznych, wygłaszanie homilii przez świeckich, rozdzielanie Komunii św. przez świeckich, gdy mogą to czynić kapłani); pogłębiające się zatracenie poczucia sacrum (zarzucanie stroju liturgicznego, sprawowanie Eucharystii bez uzasadnionej konieczności poza kościołem, brak czci i poszanowania wobec Najświętszego Sakramentu, itd.); uznawanie kościelnego charakteru liturgii (używanie tekstów prywatnych, mnożenie Modlitw eucharystycznych bez aprobaty kościelnej, wykorzystywanie tekstów liturgicznych do celów społeczno – politycznych). W tych przypadkach mamy do czynienia z rzeczywistym fałszowaniem liturgii katolickiej: „fałszerzem byłby, kto by w imieniu Kościoła sprawował Kult Boży wbrew sposobowi ustanowionemu powagą Bożą przez Kościół i uświęconemu zwyczajowi”(7).

 Takie są dokumenty – jednoznacznie jest powiedziane – tam gdzie nie ma prawdziwej potrzeby – nie wolno stanowić nadzwyczajnych szafarzy. Prowadzi to do zatracenia poczucia sacrum, do upadku wiary, spadku powołań kapłańskich, dezorientacji wiernych. Jednym słowem – prowadzi to do protestantyzacji Kościoła.

Ale szafarze (nadzwyczajni) są i jest ich coraz więcej. W niektórych diecezjach biskupi nawet nakazują proboszczom wskazania mężczyzn na szafarzy i określają ich liczbę. Proboszczowie są w trudnej sytuacji – albo muszą narazić się biskupowi, albo być wiernymi zarządzeniom Magisterium. I w większości wypadków decydują się na szafarzy. Jest to zrozumiałe (co nie oznacza, że prawidłowe). Biskup jest blisko i może przenieść na gorszą parafię, a Magisterium jest daleko… Przypomina się stare ruskie powiezienie: Bóg wysoko, car daleko, a tu trzeba słuchać pana…

Proboszczowie szafarzem z różnym skutkiem szukają mężczyzn, którzy wyrażą zgodę na bycie nadzwyczajnym. Zdarza się, że nie mogą znaleźć (i Bogu dzięki!) Ale często znajdują. Wypada więc zapytać dlaczego są tacy, którzy się godzą być szafarzami?

Myślę, że można podzielić ich na dwie kategorie.

Pierwsza – to tacy, którzy nie uświadamiają sobie, że ich nowa funkcja jest szkodliwa dla Kościoła. Oni przyjęli bezkrytycznie zapewnienia, że będą pomocni Kościołowi. Być może wielu z nich nawet nie zna odnośnych dokumentów.  Często są oni przekonani, że postępują zgodnie z wymaganiami Magisterium, że niosą dobro dla ludzi i dla Kościoła. Są ogłupieni przez ciągłe mówienie o miłości do ludzi, więc po mało zaczynają wierzyć, że wchodzą w szlachetną misję czynienia dobra dla ludzi i Kościoła.

Nadzwyczajni szafarze nie tylko, że rozdają Komunię świętą, ale i chodzą do chorych. W tej posłudze znajduje się pułapka dla szafarzy (i dla samych chorych). Powiedziano im, że gdyby nie oni, to chorzy rzadziej by dostawali Komunię, a tak – dostają częściej. I poczuli się bardzo ważni, zapomnieli, że chory potrzebuje pociechy kapłańskiej. Oczywiście często się zdarza, że chora osoba nie życzy sobie wizyty nadzwyczajnego szafarza, lecz jeśli (a i to się zdarza), ksiądz jej powie, że albo szafarz, albo nikt, ostatecznie przyjmie Eucharystię i od świeckiego.

Eucharystię przyjmie, ale pociechy duchowej nie dostanie, nie wspominając już o tym, że nie może przystąpić do sakramentu spowiedzi. No bo i o jaką pociechę duchową może być mowy? O czym rozmawiać z nadzw. szafarzem? O jego żonie i dzieciach, czy o jego pracy? Przyjęcie Komunii świętej nie bardzo sprzyja takim rozmowom, a słuchanie banałów o miłości i cierpieniu, których nauczył się nadzw. szafarz jest nużące.

Chodzenie „szafarzy”do domu chorych często jest powodem do pewnego zgorszenia. Lub co najmniej do obaw o naruszenie intymności domu. Tak to jest gdy jest to sąsiad – przychodzi do domu, widzi co i jak w nim jest, a czy na pewno nie będzie opowiadał dalej? Jak nie rozpowie po całej okolicy czy aby na pewno nie opowie swojej żonie? A jeśli ten sąsiad to zwykły sklepikarz, może w masarni pracuje i rąbie mięso, a może robi ciastka i ręce ma na co dzień całe w mące. To nie są ręce święcone, może i dobrze umyte, ale ręce masarza, cukiernika, może handluje na bazarze ziemniakami lub sprzedaje stare ubrania. Itd., itd. Przecież gdy stanowi się nadzwyczajnych szafarzy nie uzależnia się to od ich zawodu. Wymaga się by „szafarz” był mężczyzną w wieku od 25 do 65 lat, żonaty lub stanu wolnego, mający poważanie wśród duchowieństwa i wiernych, pozytywną opinię moralną, pobożność eucharystyczną, aktywność w życiu parafialnym.

Proszę zwrócić uwagę na wymagania co do wieku. O ile można się domyśleć dlaczego dolną granicą wieku jest 25 lat (widać Kościół uważa, że młodsi są niedojrzali), to z jakiego powodu ograniczono ten wiek „od góry”? Obawia przed starczą demencją? Ale przypomnijmy, że obecnie mężczyzny będą pracować obowiązkowo do 67 roku życia, więc chyba nie o utratę zdolności fizycznych czy umysłowych chodzi. Zresztą – „początkowy” wiek też jest dziwny – mając 18 lat się jest pełnoprawnym obywatelem (prawo do głosu czynne i bierne) i można zawrzeć związek małżeński – czyli być dojrzałym do założenia rodziny. Nie ma wzmianki w tych wymaganiach, że „szafarz” musi być ochrzczony i bierzmowany. Jest jednak jakiś pozytywny element w stanowieniu „szafarzy” – stanowione są na rok i funkcja podlega ponownemu zatwierdzeniu. Więc każdy może sam po roku zrezygnować. Ale trzeba silnego samozaparcia by to zrobić – taka rezygnacja zawsze będzie odczytywana przez otoczenie w sposób różny, więc wielu się boi, by nie stracić dobrej opinii u współparafian czy sąsiadów. By nikt nie pomyślał, że naraził się biskupowi, że stał się mniej katolicki itd.

No tak. To wszystko może być, ale czy w ogóle godzi się być nadzwyczajnym szafarzem? Co jest tego człowieka pierwszym obowiązkiem – zając się domem, zapewnić byt rodzinie, czy wyręczać księdza?

Takim ludziom da się na pewno po woli wyjaśnić, że nie godzi się świeckiemu być „szafarzem”. Gdy poznają dokumenty, gdy zastanowią się, gdy zostanie im pokazane jak to wygląda na Zachodzie, gdzie kościoły są puste, a seminaria jeszcze bardziej, gdy zobaczą jak groteskowo wyglądają w kościele, prawdopodobnie wielu z nich zrezygnuje. A gdy jeszcze zrozumieją, że z ich powodu wielu ludzi zaprzestaje wierzyć w Rzeczywistą Obecność Chrystusa Pana w Najświętszej Eucharystii, jeśli na prawdę posiadają „wymaganą” pobożność eucharystyczną – zrezygnują.

Z nimi powinno się rozmawiać, udostępniać im dokumenty, lekturę, pokazywać filmiki, jednym słowem – powinno się im wyjaśniać szkodliwość funkcji nadzwyczajnego szafarza.

Druga kategoria szafarzy, o której wspomniałam wyżej, to mężczyźni, którzy się dowartościowują. Coś im w życiu wyszło nie tak, jak chcieli, czasami próbowali zostać kapłanami, ale coś przeszkodziło, czasami tylko taka myśl się snuła – nie podjęli na czas decyzji, nie wstąpili do seminarium, a teraz jest za późno. Czasami muszą komuś udowodnić, że są lepsi, bardziej cenieni od innych, prawie kapłanami, choć nie do końca, ale zawsze lepsi od zwykłych wiernych. Rozpycha ich duma (pycha?). I choć zachowują się łagodnie (niemal jak owieczki) i mają usta pełne słów o miłości, służbie i pokorze, w rzeczywistości każdemu dają odczuć, że oni są wyróżnieni, inni niż ten cały szary tłum wiernych. Ci czują się w pełni usprawiedliwieni i z nimi nie ma sensu podejmować rozmowy. Za nich można tylko się pomodlić – by dobry Bóg rozjaśnił im umysły.

Jest jeszcze jeden (trochę inny) rodzaj „szafarzy” – ten jest najbardziej tragiczny. Chodzi zasadniczo nie o „szafarzy”, lecz o „szafarki”.

W marcu 2006 Konferencja Episkopatu Polski przyjęła Wskazania odnośnie do nadzwyczajnego szafarza Komunii świętej (http://www.episkopat.pl/?a=dokumentyKEP&doc=2007425_0)

Czytamy tam:

Biskupi diecezjalni mogą upoważnić mężczyzn, a także siostry zakonne i niewiasty życia konsekrowanego w wieku 25 do 65 lat do posługi nadzwyczajnego szafarza Komunii świętej.

Od razu nasuwa się pytanie: A dlaczego tylko siostry zakonne czy inne niewiasty życia konsekrowanego? Dlaczego nie samotne panny czy mężatki? A wdowy? Jaka to różnicą jeśli wymagania w dalszym ciągu są:

Kandydaci powinni odznaczać się zaangażowaniem w życie Kościoła, wzorowym życiem moralnym oraz poważaniem wśród duchowieństwa i wiernych.
Kandydat winien znać podstawowe prawdy katechizmowe oraz najważniejsze zagadnienia teologiczno-liturgiczne…

Czy mężatka lub panna nie może mieć poważania u duchowieństwa? Czy nie może żyć życiem moralnym? Czy nie jest obowiązkiem każdego wiernego znać podstawowe prawdy katechizmowe i najważniejsze zagadnienia teologiczno-liturgiczne?

Ale nie – widać, że jest jakaś specyficzna różnica między kobietami a kobietami. Więc niektóre zakonnice się tym przejęły, uwierzyły, że tak ma być i zaczęły rozdawać Komunię świętą.

Pierwszy raz o kobietach „szafarkach” słyszałam w Lublinie. Było to za czasów nieżyjącego bp. J. Życińskiego, więc szczególnie mnie to nie zdziwiło.

Parę miesięcy temu na zaprzyjaźnionym blogu (http://sacerdoshyacinthus.wordpress.com/2012/06/13/zuchwalosc-w-czestochowie/) pojawiała się refleksja kapłana rzymskokatolickiego na temat  zuchwałości sióstr, rozdających Komunię święta w kościele rektorackim w Częstochowie. Praktyka ta istnieje po dziś dzień.

Że też tym siostrom ręka nie zadrży, napisał ze zdziwieniem kapłan. A dlaczego miała by im ręka zadrżeć, jeśli nie drży im serce, jeśli dusza ich nie boleje? Nie wiem jaka jest ich wiara – jedno jednak wydaje się pewne, że (tak jak pisze zaprzyjaźniony kapłan) dają one wyraz ogromnej pychy i lekceważenia Najświętszego Sakramentu. Widać biedne siostry uwierzyły banałom o samorealizacji i o tym, że one niosą pomoc Kościołowi. Biedne oszukane kobiety, które zapomniały jakie jest ich powołanie zakonne. Biedne kobiety, które nie wiedzą co godzi się kobiecie i co nie. Biedne zakonnice, które zamiast oddawać cześć Najświętszemu Sakramentowi mniej lub bardziej świadomie Go poniżają!

Artykuł ten zatytułowałam: Nadużycia przy rozdawaniu i przyjmowaniu Komunii świętej. Dotychczas mowa była o nadużyciach przy rozdawaniu. Wypada teraz parę słów powiedzieć o przyjmowaniu Komunii Świętej z rąk „szafarzy”. 

Otóż w ogóle nie wolno przyjmować Komunii z ich rąk. Jeśli obecni są szafarze należy ich omijać i przyjmować Komunię św. tylko z rąk kapłana (ew. diakona). Nie możemy stawać się wspólnikami w obrażaniu Pana Jezusa, nie możemy godzić się na to, by działać na szkodę Kościoła. Jeśli nawet uda się nam przekonać kogoś z szafarzy, że jego funkcja jest szkodliwa, to i tak będzie za mało. Wydaje się dużo łatwiej rozmawiać i uświadamiać liczną rzeszę znajomych, tłumaczyć im jakie są niebezpieczeństwa dla wiary, jak bardzo przyczyniają się do spadku powołań tym, że przyjmują Komunię od „szafarza”.

Jeśli w czasie Mszy św. Kapłan nie rozdaje Komunii, należy po skończeniu pójść do zakrystii i poprosić o udzielenie Komunii. Jeśli i takiej możliwości nie ma – należy przyjmować Komunię świętą duchowo.

Więc należy rozmawiać z wiernymi. Większość ludzi przyjmuje za dobrą monetę to, że proboszcz lub inny kapłan pozwala „szafarzowi” udzielać Komunii. Ksiądz u nas jeszcze cieszy się szacunkiem i autorytetem, więc wierni myślą, że jeśli on pozwala, to chyba wszystko jest w porządku.

Posłużę się pewnym przykładem z życia. Rozmawiam z bardzo pobożna osobą, mieszkająca w Częstochowie. Powołuję się na fakt, że w kościele rektorackim siostry rozdają Komunię. Moja znajoma o tym wie, w tym kościele bywa i nie ma oporów co do tego faktu. Przyjmuje to jako coś, co jest normalne, bo to przecież kościół rektoracki, tam na pewno wiedzą co i jak ma być. Otóż – być może wiedzą co i jak ma być. Ale robią tak, jak nie powinno być. I robią to świadomie! I prowadzą dusze na manowce.

I ostatnia uwaga. Dokument KEP o nadzwyczajnych szafarzach stwierdza: Szafarz nadzwyczajny podczas pełnienia tej posługi w czasie Mszy św. winien być ubrany w albę, a jeśli trzeba przepasany cingulum. Pełniąc swą posługę poza Mszą św., może nosić zwykłe ubranie. Siostry zakonne spełniają posługę nadzwyczajnego szafarza w swoim stroju zakonnym, a osoby życia konsekrowanego w swoim stroju.
Podejmuje ten wątek ze względu na to, że strój może pomylić wiernych. Może się wydawać, że mężczyzna w albie jest jakimś duchownym, więc należy szczególnie uważać kto rozdaje Komunię św. Co do sióstr – rozróżni się według płci (i należy unikać za wszelka cenę! przyjęcia Komunii od nich). A osoby życia konsekrowanego – mogą to być bracia zakonni w habitach – trudno dla zwykłego wiernego odróżnić czy to nie jest przypadkiem ksiądz, który zapomniał stuły. A panie konsekrowane chodzą w ubraniach świeckich – więc tylko płeć staje się wyznacznikiem. I niedługo nie będziemy wiedzieli czy to osoby konsekrowane („lepsze” do rozdawania Komunii), czy inne panie – odpowiednio dobrane.

Kto ma jakieś wątpliwości niech sobie obejrzy na serwisie you-tube filmiki z różnych krajów i kościołów.  Przekona się, że groza wieje i że nas czeka to samo, co od dawna zniszczyło kościół w innych krajach. Chyba że będziemy się modlić i działać. Uświadamiać wszystkich, do których mamy dostęp i nie dopuszczać do tego, by szafarze czuli się potrzebnymi. Samym szafarzom można między innymi polecić pewne forum, na którym się wypowiadają małżonki szafarzy – może to im otworzy oczy na niektóre zagadnienia. (http://www.netkobiety.pl/t23660.html)

Więc przeciwstawmy się niszczeniu wiary, protestantyzacji Kościoła i pamiętajmy słowa Stefana kard. Wyszyńskiego: Jedna kobieta w prezbiterium udaremnia 40 powołań kapłańskich z danej parafii. A odnosi się nie tylko do ‘szafarek”, ale i do wszystkich „lektorek” i „kaznodziejek”. Ale to już inny temat.

24 września 2012

 

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Jeszcze raz o klękaniu przed Bogiem

Po opublikowaniu artykułu „Dlaczego nie klękamy” dostałam kilka listów, w których zwrócono mi uwagę (jak najbardziej słuszną), że pominęłam parę ważnych aspektów. Postaram się więc uzupełnić braki.

Poprzednie rozważania pisałam jako bezpośrednią odpowiedź na artykuł S. Krajskiego: „Klękajmy przed Bogiem”. Zasadniczo odnosiłam się do jego propozycji „skrzyknięcia się i pójścia razem do komunii św. na kolana”. Wyraziłam swoje wątpliwości co do skuteczności takiej metody. Zwróciłam uwagę na zewnętrzną stronę sposobu przyjmowania komunii św. Teraz spróbuję spojrzeć na sprawę pod trochę innym kątem. Co – obawiam się – zaprowadzi nas bardzo daleko…

Najpierw sprawa, która tylko pozornie odnosi się do strony zewnętrznej – usunięcie balasek z większości kościołów. Zostały gdzieniegdzie albo dlatego, że proboszcz nie chciał usunąć, albo dlatego, że konserwator zabytków nie pozwolił. Ale w ogóle brak balasek utrudnia niezmiernie mniej sprawnym ludziom klękanie. Nie mówiąc już o ludziach starszych. Pozwolę sobie zacytować fragment pewnego listu:

Otóż nikt pewnie nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego po V2 wraz ze zmianą liturgii, zmianą pozycji Ołtarza (a właściwie jego likwidacji i zamienieniu na stół) wszędzie ochoczo porąbali tzw. balaski…Ci, co klękają, narażeni są na gimnastyczne wygibasy i wypinanie się, kiedy mają wstać z niskiego stopnia… Przed reformą podchodziło się do stołu Pańskiego, nakrytego przez ministranta białą wykrochmaloną serwetą, przystępowanie do Komunii św. odbywało się uroczyście i pięknie.

Zostały tu poruszone bardzo istotne sprawy. I tak – po kolei:

Najpierw – czy na pewno nikt nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego usunięto balaski? Jest to niestety oczywiste – w ramach reformy liturgii balaski stają się niepotrzebne. Reforma bowiem zakłada, że msza święta przestaje być postrzegana jako Ofiara, lecz bardziej jako uczta liturgiczna. Uczta jako taka zakłada wspólny stół, naokoło którego znajdują się biesiadnicy. Ksiądz, jako przewodniczący liturgii jest jednym z nich – inni to wierni, ewentualnie też koncelebransi.  Zresztą ta teologia – Msza święta jako Uczta Eucharystyczna – pozwala na wprowadzenie niezliczonej ilości koncelebransów.

Warto w tym momencie zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt tej zmiany. Księża, a za nimi i wierni zaczęli używać określenia „Eucharystia” zamiast „Msza św.”. Powszechne stały się wyrażenia: Idziemy na eucharystię, witam na tej eucharystii, zapraszamy na eucharystię. [1]

Zmiana treści tego terminu została przyjęta i rozpowszechniona już na dobre. Doprowadziło to do wielu niejasności, wierni nie bardzo wiedzą jaka jest różnica między mszą św. a Eucharystią. Oczywiście te dwa terminy w pewnym stopniu się uzupełniają lub nawet pokrywają. Gdybyśmy mówili o liturgii eucharystycznej byłoby jasne, że mamy na myśli mszę św. Ale kult eucharystyczny nie ogranicza się do mszy św. Bez mszy św. nie byłoby kultu eucharystycznego, nie było by nabożeństw eucharystycznych, adoracji, czuwań. Dlaczego więc teraz uparcie unika się terminu „msza św.”, a używa się „eucharystia”? Wydaje się, że jedyna odpowiedź na to jest fakt, że termin „msza św.” kojarzy się wyłącznie z katolicyzmem. Więc chyba chodzi o to, by nie drażnić „braci odłączonych”, bowiem termin Eucharystia jest mniej drażliwy dla protestantów niż termin Ofiara Mszy Świętej.

Zwrócę uwagę na jeszcze jeden, bardzo powszechny ostatnio sposób unikania terminu „msza święta”. Często możemy usłyszeć takie słowa: Na tej eucharystii będziemy się modlić w sposób szczególny za… Co to oznacza sposób szczególny? Jak się modlić w sposób szczególny? Oczywiście celebrans ma myśli to, że msza jest zamówiona w pewnej intencji. Ale nie mówi już: Msza św. w intencji … lub Ofiara mszy św. złożona będzie w intencji… Nie! On się modli w sposób szczególny. Kiedyś próbowałam wymóc od księdza powtórne odprawienie mszy św. Zwróciłam uwagę na to, że nie dawałam ofiary po to, by on się modlił w sposób szczególny, ale by odprawił msze św. w danej intencji. Więc według sprawiedliwości należy się odprawić mszę w tej intencji. Wątpię czy się porozumieliśmy. Oczywiście mszy św. powtórnie nie odprawił.

Należy zwrócić uwagę również i na to, że ksiądz stał się „przewodniczącym liturgii”, przestał być ofiarnikiem. I chociaż element ofiary jest uwzględniony w Nowej Mszy (NOM) całość jednak bardziej przypomina Wieczerzę Pańską – na pamiątkę Wielkiego Czwartku z elementami Wielkiego Piątku. Nowa Msza różni się od protestanckiego nabożeństwa zasadniczo tylko faktem konsekracji. Nie tu miejsce na szczegółową analizę tego tematu – zresztą jest on bardzo dobrze opracowany i na różnych stronach internetowych można znaleźć wiele cennych informacji. Wspominam tylko dlatego, że padło zdanie nikt pewnie nie jest w stanie powiedzieć dlaczego usunięto balaski. Wydaje mi się, że wielu wiernych zadaje sobie to pytanie.  Więc powtarzam – usunięcie balasek jest logicznym następstwem reformy liturgicznej, tak samo zresztą jak wprowadzenie procesyjnego przyjmowania komunii św. I właśnie dodatkowe znaczenie ma zmuszanie do gimnastyki – jest to skalkulowane – nie wiele ludzi będzie chciało się narażać na wysiłek lub nawet na śmieszność (to wypinanie się, o której wspomina moja respondentka).

Przed reformą wszystko było uroczyste i piękne. Ja bym dodała do tego: i godne! Wszystko odbywało się z szacunkiem, nikt się nie śpieszył, każdy mógł podejść do komunii św. skupiony. Nas uczono iść do komunii z rękoma modlitewnie złożonymi, a po przyjęciu Pana Jezusa położyć skrzyżowane dłonie na piersi i skromnie patrząc w dół wrócić na swoje miejsce, uklęknąć i klęczeć aż do zamknięcia tabernakulum. Zamknięcie ogłaszano dzwonkami. Teraz rzadko można usłyszeć te dzwonki. Są takie kościoły gdzie w ogóle się nie używa dzwonków (na przykład u dominikanów na Służewie). Często jeden  ksiądz rozdaje komunię, drugi puryfikuje, trzeci siedzi i odpoczywa. I wielu wiernych przyjmuje komunię, potem siada i odpoczywa. Więc powtórzę myśl z poprzedniego artykułu – jak pasterze czynią – tak i owce. Gdyby pasterze inaczej postępowali – to i owce byłyby inne.

A dlaczego pasterze tak postępują? Odpowiedź na to nie jest łatwa. Jednak jeden z moich respondentów zwrócił mi uwagę na to, że nie wspomniałam o podstawowej przyczynie. Zacytuję kilka zdań z jego listu:

Dlaczego nie klękamy? – To nie jest kwestia zwyczaju, ja się z tym nie zgadzam. To jest kwestia Wiary. Wiary w Prawdziwa Obecność Chrystusa Pana w Eucharystii. Tej wiary nie ma wielu księży… Gdzie jest wiara w to, ze nawet w najmniejszej cząsteczce Hostii jest cały Prawdziwy Chrystus. Niektórzy maja czelność deptać po miejscu gdzie upadla Hostia…

Trudno nie zgodzić się z tymi słowami. Gdyby była głęboka wiara, ujawniała by się ona również w sposobie rozdawania komunii św. Faktem jest, że nagminne jest podawanie komunii św. bez ministranta z pateną, co może doprowadzić do tego, że wiele partykuł będzie leżało na podłodze i zostanie podeptanych.

Faktem jest, że gdy upadnie komunikant – nikt specjalnie się tym nie przejmuje.  Kapłan podniesie, najczęściej włoży głębiej do puszki (by ten kto to widział nie pomyślał, że dostanie „z podłogi”) i tyle. Albo wkłada się do vasculum. Jak bardzo teraz lekceważy się upadek komunikantu można się przekonać czytając różne wypowiedzi internautów. Oto cytat ze strony poradnictwa duchowego ks. jezuitów:

Pytanie: Co należy zrobić, kiedy upadnie komunikant? Dziś podczas przyjmowania Komunii św. nie zdążyłam uchwycić komunikant, spadł na posadzkę, kapłan przydepnął go, udało mi się go podnieść dopiero, kiedy przesunął stopę Włożyłam do ust…

Odpowiedź: Można komunikant po prostu podnieść i spożyć. Mogłoby być też tak, że kapłan bierze taki komunikant, który został znaleziony gdzieś w kącie, po czym zostawia go w specjalnym naczyniu z woda, by po jakimś czasie wodę wraz z rozpuszczonym komunikantem wylać do doniczki z kwiatkiem. Nie martw się tym wydarzeniem. Ciesz się z tajemnicy Wcielenia, którego częścią jest właśnie Komunia święta. (wytłuszczenia moje)

Oto mamy dokładnie to o czym mówiłam poprzednio – pasterz poprowadzi albo w dobrą stronę, albo na manowce. Pierwszy kapłan nawet nie zauważył, że przydeptał komunikant, wierząca osoba ciężko przeżyła upadek Hostii, lecz kolejny kapłan jej poradził, by się tym nie martwiła – ma się cieszyć z Tajemnicy Wcielenia. I mimochodem jakby wspomniał, że Hostie można znaleźć gdzieś w kącie. Czyżby to było tak częste? Ale przecież właśnie to przeciw Tajemnicy Wcielenia popełniono niewolne świętokradztwo. Jak tu się cieszyć. Nie należy przepraszać?

I jeszcze jedna porada innego jezuity (w imię miłości chrześcijańskiej nie podaję nazwisk):

Pytanie: Dziś, gdy przyjmowałam Komunię świętą mi również zdarzyła się taka sytuacja, że Komunikant upadł na posadzkę, ministrant nie zdążył go przyjąć na patenę. Ksiądz szybko schylił się podniósł Go, włożył do kielicha a mi udzielił innego. jest mi tak bardzo smutno i przykro z tego powodu, a może ja nie jestem godna na przyjmowanie Pana Jezusa, może to jakiś znak dla mnie??? tylko jaki??? cały wieczór myślę o tej sytuacji i aż płakać mi się chce. Proszę o modlitwę.

Odpowiedź: Nie przesadzaj. Każdemu mogło się zdarzyć. To żaden znak, co najwyżej niezręczność kapłana. Pan Jezus w takie znaki się nie bawi.[2] Tym, który chce Ci odebrać radość z Eucharystii na pewno nie jest Pan Bóg, ani Jego anioł. Nie daj sobie tej radości odebrać. Pomyśl raczej, że pokusa takich myśli pozwala Ci bardziej stanąć przy Panu, pokazać, że Mu ufasz, że wierzysz Jego miłości i żaden głupi przypadek tego Ci nie odbierze. (wytłuszczenia moje)

Otóż to – dla kapłana to jest „głupi przypadek”, a osoba, która ciężko przeżywa to, że komunikant upadł – przesadza.

Ale zwróćmy uwagę na jeszcze jeden element tej korespondencji – ani wierna, ani kapłan nie zastanawiają się nad tym, że obrażono Pana Jezusa (co prawda w sposób niezamierzony). Ona martwi się o sobie (czy Pan Jezus jej nie odrzucił), a kapłan ją (skądinąd słusznie – to nie jest znak odrzucenia) uspakaja. I wszystko było by dobrze, gdy by kapłan nie określił tego zdarzenia jako głupi przypadek, gdyby wyjaśnił, że upadek komunikanta wiąże się z naruszeniem czci, należnej Bogu. Mamy piękny przykład na indywidualizację wiary. I ze strony kapłana i ze strony wiernego.

A jak było dawniej? Dawniej miejsce, gdzie upadł komunikant zabezpieczono, tak by nikt tam nie stanął. Mógł to zrobić ministrant lub inny świecki. Potem ksiądz podniósł Hostię i partykuły (jeśli były widoczne), w końcu miejsce zwilżono i wytarto dokładnie puryfikaterzem. Z puryfikaterzem postępowano różnie – można było umieścić w sacrarium, ewentualnie opłukać trzy razy, a wodę od płukania wylać do doniczki z kwiatami.

A propos zabezpieczenia miejsca, gdzie upadł komunikant, czytałam wyjątkowo zabawną odpowiedź pewnego księdza na pytanie wiernego. Wierny pytał czy to prawda, że przed Soborem Watykańskim II miejsce gdzie upadla Hostia zabezpieczano obrysowując go.. Otóż duszpasterz radzi mu by nie wierzył we wszystko, co się mówi o liturgii przedsoborowej. Bo gdyby tak było, to dziś posadki w starych kościołach byłyby upszczone zarysami w takiej ilości, że tworzyłyby istny labirynt. A tego nie ma, więc niech nie wierzy, że robiono jakieś specjalne zabezpieczenia – podniesiono Hostię, włożono do vasculum i tyle. Niestety – odpowiadający na pytania wiernych duszpasterz nie pofatygował się nawet przeczytać w Internecie jak to przed reformą liturgiczną (a nie przed Soborem Watykańskim II) było.

Na koniec jeszcze jeden przykład braku wiary lub co najmniej braku zwykłych wiadomości teologicznych osoby odpowiadającej na pytania na portalu wiara.pl

Pytanie dotyczyło, tak jak w poprzednich przykładach, upadku Hostii na ziemię, a szczególnie upadku partykuł. Oto odpowiedź (wytłuszczenia moje):

Kościół uczy, że Pan Jezus jest pod postacią chleba, nie pod postacią okruszków. Oczywiście nie znaczy to, że mamy z tymi drobinami obchodzić się bez szacunku. Ale z całą pewnością nie musimy odczuwać wyrzutów sumienia z powodu drobin, których nie byliśmy w stanie zauważyć czy zebrać trzymając patenę. Nawet jeśli teoretycznie wiemy, ze te okruszki spadły na ziemię, nie potrafimy nic sensownego wymyślić, żeby się przed tym zabezpieczyć.

No o proszę uważnie przeczytać wypowiedź – Pan Jezus jest pod postacią chleba, a nie pod postacią okruszków! I ponoć tak naucza Kościół!

Nie wiem jak nazwać taką wypowiedź – kręceniem, manipulacją czy po prostu zwykłą głupotą. Bo jak okruszki chleba to nie chleb, to być może bochen chleba też nie chleb, krople wody to nie woda, kawałki mięsa to nie mięso itd., itd.

Ale jak okruszki chleba to nie chleb, to i okruszki Hostii, to nie Hostia – więc nie musimy mieć wyrzutów sumienia, takie jest logiczne następstwo nauki udzielanej na portalu wiara.pl. No i stwierdzenie – nie potrafimy nic sensownego wymyślić,  by zabezpieczyć się przed upadkiem okruszków. Nie potrzeba nic wymyślać – od dawna wymyślono – balaski, obrus na balaskach, podtrzymywany od spodu przez wiernych, przyjmujących Komunię świętą.

Ale czytajmy dalej: Profanacją jest celowe porzucenie Świętych Postaci, celowe lekceważące obchodzenie się z nimi, a nie to, ze mimo dokładanych starań nie zdołaliśmy wszystkich okruchów uchronić przed spadnięciem na ziemię czy przylepieniem się do dłoni czy palców.

I w tym miejscu zadajmy pytanie – czy usunięcie balasek przyczyniło się do profanacji? Niestety tak, bo usunięcie balasek nie jest przypadkowe, jest przemyślane i wkomponowane w nowa liturgię (NOM).

I tak – wiara w prawdziwą, rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii zanika. Jak w Ludzie Bożym, tak i u kapłanów. Lub raczej odwrotnie – jak u kapłanów, tak i w Ludzie Bożym. Aż tu nagle cztery lata temu w Sokółce zdarzył się cud. Cud Eucharystyczny uwidaczniający prawdziwą obecność Chrystusa Pana w Hostii Przenajświętszej. Niewątpliwie ten Cud ma na celu wzmocnić, odnowić w nas wiarę. I pokazać nam, że czas się opamiętać, czas powrócić do szacunku dla Najświętszej Eucharystii.

Na początku tych rozważań napisałam, że zaprowadzą nas one daleko. Mam na myśli, że nie możemy się ograniczyć tylko do opisywania stanu faktycznego. Musimy w końcu powiedzieć parę słów na temat jego przyczyn.  Otóż nie ulega wątpliwości, że wszystko zaczęło się od wprowadzenia Reformy Liturgicznej Pawła VI. Nowa msza (NOM) odbiega daleko od tzw. starej, czyli Trydenckiej. Zatracono charakter ofiarny mszy św., stała się ona pewnego rodzaju ucztą, bardziej zgromadzeniem wiernych wraz z kapłanem niż Ofiarą Bogu złożoną. Jak zaświadcza Jean Guitton, francuski teolog i filozof, audytor świecki Va II i co istotne w tym przypadku – osobisty przyjaciel Pawła VI – papież chciał upodobnić Nową Mszę św. jak najbardziej do liturgii protestanckiej, co mu się udało i z czego był zadowolony. I tak dochodzimy do wniosku, że gdy liturgia została sprotestantyzowana, to nie ma powodu do zdziwienia, że zanika wiara w Obecność Chrystusa Pana w Eucharystii. Wszak protestanci nie wierzą w Rzeczywistą i Prawdziwą Obecność, mszy św. nie mają, sakramentu Eucharystii nie mają.

Protestantyzacja mszy doprowadziła do protestantyzacji wiary.

 PS. W tym artykule starałam się o krotką analizę istniejącego stanu rzeczy. W sposób zamierzony nie przeprowadziłam analizy teologicznej. Jak już wspomniałam, można znaleźć wiele dobrych pozycji z bardzo dokładnie opracowaną teologią.  Moim celem jest wskazanie wiernym, którzy nie są zorientowani w teologii, jak niebezpieczne jest bezkrytyczne spojrzenie na wszystko, co się dzieje „na mszy św.” I uczulić ich na te sprawy, zaniedbanie których może doprowadzić do utraty wiary. Temat jest bardzo rozległy i nie da się wyczerpać nawet dłuższym artykułem. Więc, jeśli Pan Bóg pozwoli, powrócę do spojrzenia z jeszcze innej perspektywy.

[1] Sprawia to kilka problemów – między innymi lingwistyczne. Jak bowiem mam pisać słowo Eucharystia – z dużej czy z malej litery? Jeśli zostalibyśmy przy dawnym rozumieniu terminu – Eucharystia to Najświętszy Sakrament – jasne, że należy pisać z dużej litery. Jeśli zaś rozumiemy pod słowem eucharystia mszę św. – to należy pisać z małej litery – termin bowiem staje się rzeczownikiem pospolitym.

 [2] Ciekawie czy cuda eucharystyczne, jak na przykład w Sokółce, ten kapłan też by określił jako coś w co bawi się Pan Jezus?

 

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Dlaczego nie klękamy?

(zamiast komentarza do artykułu S. Krajskiego „Klękajmy przed Bogiem” – http://kukonfederacjibarskiej.wordpress.com/2012/07/15/klekajmy-przed-bogiem/)

To, że Komunię świętą należy przyjmować zawsze na kolanach nie powinno być w ogóle kwestionowane. Przed Bogiem należy się ukorzyć, klęknąć, oddać Mu chwałę. Szczególnie w momencie, gdy On przychodzi do nas, gdy zniża się do tego, by z nami się połączyć. Dlaczego więc nie klękamy, gdy przyjmujemy Komunie św.? Przecież jeszcze nie tak dawno wszędzie klękano do przyjęcia Komunii św. Chwalebny ten zwyczaj utrzymał się obecnie w bardzo niewielkiej liczbie kościołów.

Wydaje się, że jest kilka powodów. Uczono nas przez wiele, wiele lat, że należy iść do Pana z godnością i procesyjnie, bowiem w ten sposób wyrażamy swoja gotowość do podjęcia drogi chrześcijańskiej, świadczymy o tym, że jesteśmy pielgrzymami do Nieba, idziemy wspólnie, razem do Boga. Teologia ta nie jest zasadniczo błędna, choć nie uwzględnia wszystkich aspektów przystępowania do Komunii świętej.  Teologia – teologią, a praktyka – praktyką. Praktyka zaś ukazuje wszystkie mankamenty procesyjnego podchodzenia do komunii. Jest to  zasadniczo podchodzenie w kolejce, które często wygląda bardzo różnie. Ludzie klękają przed plecami poprzednika, co czasami powoduje zmieszanie w kolejce. Nie bardzo wiadomo komu oddają cześć. Gorzej jest na mszach dla dzieci – dzieci często się przepychają i rozmawiają, upominają się nieraz wzajemnie, by wypluć gumę!, odchodzą rozmawiając. Najgorzej jest jednak na mszach uroczystych, w których uczestniczy wielka liczba ludzi. I to niezależnie od tego czy są to msze polowe czy w świątyni – zawsze jest bardzo źle. Księża przepychają się przez tłum, tłum napiera na księży. Księża podają komunię tym z przodu tłumu i tym z tylu. Nie ma żadnego skupienia, żadnego momentu adoracji w czasie przyjmowania komunii. Widziałam (nie wymyślam, widziałam!) księdza, który chodził po ławkach, trzymając w jednym ręku puszkę z komunikantami. Młody i sprawny – jakoś się nie potknął, ale to nie zmienia faktu, że Panu Jezusowi szacunku żadnego nie okazano. Widziałam wielokrotnie jak upadają partykuły – przecież na mszach z taką ilością ludzi raczej nie pamięta się o patenach. A gdyby ludzie mieli podejść spokojnie do księży rozdających komunię, uklęknąć i w spokoju odejść, to nie byłoby bałaganu, nie byłoby przepychanki i co najważniejsze – nie byłoby obrazy Chrystusa Pana. Jednak nauczono nas podchodzić w kolejce (procesji) i nie zastanawiamy się nad tym. Przecież księża tak uczą – więc musi tak być dobrze.

My – wierni jesteśmy jak owce. Tak nauczał Pan Jezus i wbrew temu, co twierdzą niektórzy egzegeci, nauczał tak nie dlatego, że ówcześni ludzie znali tylko życie pasterskie i inne przykłady byłyby dla nich niezrozumiałe, ale dlatego, że owce są na tyle głupie, że bez pasterza nie dadzą rady. Jeśli pasterz jest dobry, to i stado pójdzie we właściwym kierunku. A jeśli jest zły – stado łatwo stanie się łupem wilków. Pasterz zresztą nie koniecznie musi być zły. Może być tylko bezmyślny, może jego też tak nauczono, a on jest bezrefleksyjny. I jest przekonany, że nie ma nic lepszego niż procesyjne podchodzenie do komunii.

Wszystko ostatecznie zależy od pasterzy. Znam pewnego księdza, który prosi wiernych, by przyjmowali komunię św. na kolanach, o ile nie mają przeszkód zdrowotnych. No i raczej wszyscy przyjmują na klęcząco. Ale w tym samym kościele następnego dnia mszę św. odprawia inny ksiądz i staje z puszką nic nie mówiąc – wszyscy podchodzą „na stojąco”. A to są zawsze ci sami ludzie, którzy chodzą codziennie do kościoła. I w zależności od tego kto odprawia mszę św. w inny sposób przyjmują komunię.

Pasterze… Ale od kilku lat Najwyższy Pasterz daje nam przykład – komunię św. należy przyjmować na kolana. To dlaczego tak mało wiernych klęka?  Są dwa powody. Jeden – to zwyczajnie się wstydzą. Nie chcą się wyróżniać, boją się ludzkiej opinii. Parę razy zadano mi takie pytanie: Nie boisz się, że pomyślą, że jesteś wariatką? No jakoś się nie boję, ale faktem jest, że w każdej parafii jest jakaś osoba nie w pełni sprawna umysłowo i najczęściej taka osoba regularnie przystępuje do komunii na klęcząco. Ponieważ się nie boi i nie wstydzi.

Drugi powód to zrażenie się po kilku próbach. Albo ksiądz pominął, albo kazał czekać aż wszystkim innym rozda komunię, albo po prostu odmówił. (Kiedyś, gdy odczekałam aż wszyscy przyjmą komunię na stojąco i dalej klęczałam obok księdza, on się zwrócił do mnie i zapytał: „A pani na co czeka tutaj, na komunię?” Był to młody kapłan i chyba pierwszy raz się spotkał z takim „dziwolągiem”.) Więc ludzie się zrażają i nie próbują więcej.

S. Krajski proponuje, by się skrzyknąć i razem uklęknąć przed księdzem, tak by wymusić udzielenia komunii św. na klęcząco. Może to być skuteczne, tylko skąd znaleźć tylu chętnych. Kiedyś tak zrobiliśmy, było nas chyba sześć osób. Kapłan jednak stanął obok nas i rozdawał innym (na stojąco), w końcu się jednak zlitował i nad nami. Gdyby cały pierwszy stopień był zajęty klęczącymi, może sprawa wyglądała by inaczej…

Ostatecznie nic się nie zmieni, póki kapłani nie zaczną (za przykładem Ojca Świętego) udzielać komunii św. klęczącym i wyjaśniać wiernym, że powinni Bogu oddać należną Mu chwałę. Ale po czterdziestu kilku latach ruiny nie jest łatwo odbudowywać.

Nam zostaje modlić się do Matki Bożej za kapłanów i niezależnie od opinii ludzkiej przyjmować Chrystusa Pana na kolanach.

6 sierpnia 2012

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

A ja chcę wiedzieć!

Trzy lata temu napisałam artykuł pt. „Czy wessie nas muł?” (można znaleźć na www.krajski.com.pl w dziale „artykuły” pod moim nazwiskiem). Rok później na podobny temat napisałam artykuł „Koncert”(znajduje się też na stronie krajski.com.pl w dziale „artykuły”). Pierwszy z nich dotyczył bluźnierczego występu tzw. „Madonny” 15 sierpnia 2009 r., drugi – żałosnego uczestnictwa niektórych dominikanów w koncercie zespołu satanistycznego Metallica w 2010 r. Dziś znowu muszę się wypowiedzieć na ten temat.

Po trzech latach wydaje się nie ulegać wątpliwości, że osiągnęliśmy dno. I nie mamy szans odbić się od tego dna, bo ono okazało się muliste, a ten muł jest głęboki i wsysa nas powoli, ale skutecznie.

Zaplanowano na 1 sierpnia 2012 koncert bluźnierczyni „Madonny” na Stadionie Narodowym. Trzy lata temu sponiewierano (za zgodą lub przyzwoleniem wszystkich władz państwowych i kościelnych) Święto Matki Bożej i Oręża Polskiego, teraz ma dojść do profanacji Rocznicy Powstania Warszawskiego.

Najpierw dwa słowa o Stadionie Narodowym. Wybudowany za około 2 mld złotych należy do najdroższych na świecie i fundowany jest z kieszeni podatnika. Z tej samej kieszeni teraz będzie zafundowane usunięcie kolejnej murawy z płyty stadionu, ponieważ „koncert zagra Madonna i obiekt trzeba przywrócić więc do standardowego układu z betonową płytą”. Tak informuje przedstawicielka Narodowego Centrum Sportu. Więc dla występu bluźnierczyni musimy znowu wejść w koszta. To bardzo przyziemne widzenie sprawy, ale ostatecznie ważne, bo za chwile okaże się, że znowu zabiorą nam jakąś ulgę albo podwyższą nam kolejne opłaty, by zrekompensować wydatki na następne imprezy. No i jeszcze sam fakt, że Stadion został nazwany „Narodowy” i tam odbywać się ma profanacja Powstania Warszawskiego jest bardzo wymowny. Bowiem Powstanie Warszawskie nie tylko jest ważne dla Warszawy, nie tylko dla Polski, ale również ma i wymiar ponadnarodowy – było przecież walką z bolszewizmem, próba zatrzymania zarazy komunistycznej, próba owszem nieudaną, bo już karty były rozdane i tzw. Wielkie Siły podzieliły Europę pomiędzy sobą.

Więc w Rocznicę Powstania bluźniercza piosenkarka będzie mogła pokazać światu, że Warszawa, Miasto, które nigdy nie uległo, zostało splugawione jej występami. Za zgodą lub milczącym przyzwoleniem wszelkich władz państwowych i kościelnych!

W Rosji Cerkiew Prawosławna protestuje przeciw Występom „Madonny”. U nas protestów prawie nie ma. Bardzo nieśmiało odzywają się kombatanci. Nieśmiało – to nie to słowo. Raczej trzeba by było powiedzieć – groteskowo. Otóż czytam, że płk. Edmund Baranowski, wiceprzewodniczący Związku Powstańców Warszawy, stwierdza, że koncert w dniu 1 sierpnia to duży nietakt, dlatego chcemy by przed koncertem odbył się pokaz kronik powstańczych i minuta ciszy.  Tylko „nietakt”? Czyżby płk. Baranowski uważał, że osoby decydujące o terminie koncertu popełniły faux-pas, że to jest po prostu taka zwykła pomyłka, niezręczność, bez żadnego podtekstu. Ależ oczywiście, że  nie! Ten termin był dokładnie i starannie wybrany. Tak samo jak trzy lata temu wybrano 15 sierpnia, wtedy przekonano się, że można bezkarnie poniewierać Polską, ale na wszelki wypadek jeszcze raz zdecydowano sprawdzić jak daleko można się posunąć. Nie, to nie jest nietakt – to jest dobrze przemyślana prowokacja!

Propozycja pokazu Kronik Powstańczych i minuty ciszy przed koncertem bluźnierców jest co najmniej dziwna. Najlepiej moim zdaniem skomentował to pewien internauta. Napisał: Powiedzcie, że to żart, proooszę! To dopiero będzie kpina z Powstańców i Powstania.

No właśnie – powiedzcie, że to żart! Ale nikt tak nie powie! Skąd taki pomysł u niektórych Powstańców? Nie wiem. Być może chcą jakoś załagodzić sprawę, może wydaje się niektórym, że taki pokaz pomoże fanom „Madonny” nauczyć się coś o Powstaniu, zrozumieć jego sens. Ale to tylko złudzenie. Większość fanów to młodzi, którzy demonstracyjnie się opowiadają przeciw patriotyzmowi, kpią z obchodów Świąt Narodowych, kpią z polskości. Więc przykro czytać, że powstańcy spotykają się z miejskimi urzędnikami i organizatorami koncertu z nadzieją usłyszeć o pewnych kompromisowych propozycjach, jak zapewnia nas płk. Baranowski.

Panie Pułkowniku, to nie Wy macie prosić o „kompromisowe propozycje” tych, co Wam do pięt nie dorastają! Wy staliście w obronie Warszawy, Wy walczyliście o wolność! Oni Wami poniewierają! Nie poddawajcie się manipulacji! Nie poniżajcie się do rozmów z nimi!

 Jest jeszcze jeden protest. (Jak na razie tylko jeden!) Organizuje go Krucjata Młodych przy instytucie im. Ks. Piotra Skargi. Jest to protest internetowy pod hasłem „Nie idę na koncert Madonny”. Organizatorzy mają nadzieję zebrać 100 000 podpisów i wysłać je do organizatorów koncertu, Hanny Gronkiewicz–Waltz i właściciela Stadionu. Mam nadzieję, że uda się zebrać tyle podpisów. Ale niestety jest oczywiste, że nie poruszy to sumienia ani H. Gronkiewicz-Waltz, ani innych. Jednak ten protest pokaże, że są tacy ludzie, którzy nie mogą się zgodzić z występami bluźnierczyni. I tylko tyle. Lub aż tyle! Rozpędzonej maszyny się nie da zatrzymać.

Jednak dobrze, że Krucjata Młodych organizuje ten protest. Chwała Instytutowi im. Piotra Skargi za to!

No i co dalej. Zaprotestujemy, porozmawiamy, stadion wypełni się fanami, będą wyć i skakać do późnej nocy, swoim uczestnictwem będą bluźnić Bogu i wielu z nich, być może nawet większość, nie będzie tego świadoma! Bo między fanami jest wielu katolików – może niedzielnych, może trochę letnich, ale jednak. Oto mały przykład: znajomi dostali jako prezent ślubny bilety na koncert „Madonny”. Ślub katolicki, wszyscy regularnie chodzą w niedziele do kościoła, a gdy im powiedziałam, że pójście na ten koncert to grzech – wyśmiali mnie! Grzech – dlaczego? Pytali i nie mogli zrozumieć, w końcu z uśmieszkiem pobłażania odeszli. Uśmieszek wyraźnie mówił – starsza pani przesadza!

A jest to grzech. Kodeks Prawa Kanonicznego wyraźnie mówi:

Kan. 1369 – Kto w publicznym widowisku, w kazaniu, w rozpowszechnionym piśmie albo w inny sposób przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiada bluźnierstwo, poważnie narusza dobre obyczaje albo znieważa religię lub Kościół bądź wywołuje nienawiść lub pogardę, powinien być ukarany sprawiedliwą karą.

Sprawiedliwa kara – więc ekskomunika. No, ale – powie ktoś – to „Madonna” bluźni, ja nie bluźnię, ja tylko słucham. I wraz z nią podśpiewuję, ale to po angielsku.

Kan. 1399 – Poza wypadkami przewidzianymi w tej lub w innych ustawach, zewnętrzne naruszenie prawa Bożego lub kanonicznego, tylko wtedy może być ukarane sprawiedliwa karą, gdy domaga się tego szczególna ciężkość przekroczenia i przynagla konieczność zapobieżenia zgorszeniom lub ich naprawienia.

No właśnie – zgorszenie! Ilu zostanie zgorszonych po takim występie? Czy nie jest chrześcijańskim obowiązkiem zapobiegać zgorszeniom, by ludzie nie stawali się gorszymi.

Więc ja chcę wiedzieć! Chcę wiedzieć kiedy kościół hierarchiczny się włączy w protesty! Kiedy z ambony usłyszę, że uczęszczanie na koncerty satanistyczne, bluźniercze, takie jak koncerty „Madonny” też jest grzechem i to ciężkim. Bo ten, kto się włącza w publiczne zgorszenie staje się gorszycielem też. A Pan Jezus mówi:

Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie. (Mt 18, 6-7)

Chcę wiedzieć kiedy duszpasterze zaczną nam pomagać i prowadzić do dobra. Nie tylko słowami o miłości bliźniego, a przez czynną miłość bliźniego. Bo ta miłość domaga się wyjaśnienia jakie zło płynie z koncertów „Madonny” i innych tego typu. Ta miłość domaga się wyjaśnienia jakie zło popełniono w stosunku do Ojczyzny przez pozwolenie na przyjazd osoby zajmującej się kabałą żydowską i obrażająca Chrystusa Pana i Jego Najświętszej Matki. Miłość bliźniego domaga się, by bliźni nie był pozostawiony na pastwę gorszycieli.

Chcę wiedzieć kiedy duszpasterze staną w obronie Matki Bożej, Królowej Polski! Kiedy powiedzą otwartym tekstem, że osoba która używa pseudonimu „Madonna” nie ma prawa wstępu do katolickiego kraju. Kiedy powiedzą, że katolik nie ma prawa swoimi pieniędzmi utrzymywać nierządnicę i bluźnierczyni. I że idąc na jej występy przyczynia się do szerzenia bluźnierstw. Przecież każdy bilet, to zarobek dla niej i dla jej protektorów, którzy są również wrodzy Kościołowi świętemu.

Chcę wiedzieć kiedy usłyszę z ambony, że ci, którzy organizują i dają koncerty różnych „madon”, „metalików”, techno itp. są zasadniczo w ekskomunice, bo przy pomocy środków społecznego przekazu, wypowiadają bluźnierstwo, poważnie naruszają dobre obyczaje albo znieważają religię lub Kościół bądź wywołują nienawiść lub pogardę.

I chcę wiedzieć kiedy usłyszę imiennie kto za tym stoi. Bo taka sobie nierządnica staje się aktorką nie z powodu talentu. Ktoś robi z niej aktorkę, ktoś na tym korzysta i materialnie i ideowo. Ten „ktoś” – to odwieczny wróg człowieka, wróg Kościoła, zły duch, czyli szatan, który podburza uległych sobie ludzi.

Mam nadzieję, że usłyszę. Gdy z ambony zaczną odważnie padać słowa wyjaśnienia i gdy duszpasterze zajmą się opieka nad duszami, to może się okazać, że już nie znajdą się naiwni urzędnicy, którzy się podpiszą pod zgodą na taki czy inny koncert tego typu. Może się okazać, że gorszyciele zostaną osamotnieni i będą musieli szukać gdzie indziej miejsca dla swoich bluźnierstw.

Ale jak na razie nic się nie zmienia. Muł wsysa nas powoli, lecz jeszcze jest nadzieja.  Możemy i musimy publicznie wyrażać swoje protesty, nawet jeśli wiemy, że są skazane na niepowodzenie. Możemy i musimy stawać w obronie historii, uczyć młodych patriotyzmu i miłości do Ojczyzny. Możemy i musimy ofiarować akty ekspiacji za obrażanie Chrystusa Pana i Jego Najświętszej Matki!

No więc ja chcę wiedzieć czy będziemy dalej sami, jak owce bez pasterza. Bo jeśli tak – to ten muł może nas wessać i już nie puścić. Ale jeśli z nami będą pasterze – może wyprowadzą na brzeg, pomogą przedostać się przez bagna i zaprowadzą na zielone pastwiska.

13 lipca 2012

Dodaj komentarz

Filed under Publicystyka

Ubrania

Czasami, jak jestem w kościele na mszy świętej, żałuję, że nie mam aparatu fotograficznego – zrobiłabym zdjęcia niektórym wiernym obojga płci. Znaleźliby się tam panowie w swetrach i sweterkach, spodniach nadających się do pracy w polu lub na budowie, w krótkich spodenkach i t-shirtach, rozchełstanych koszulach, w trampkach i adidasach.

Panie zaś, które mogłabym uwiecznić na tych zdjęciach, są ubrane w przykrótkie spódniczki, bluzki z dekoltami „do pępka”, wysokie buty lub kozaczki, nie raz długość ich spódnic jest odpowiednia, ale za to do koronkowej spódnicy mają zwykłe t-shirty i wreszcie wszechobecne dżinsy, noszone na każdą okazję. A dzieci – szkoda mówić! Ile niechlujstwa – ubrania raczej do piaskownicy, a nie do kościoła, a jeśli już do kościoła – ile tam panieneczek, ubranych na wzór tzw. celebrytek. A sposób siadania, na tzw. luzie, rozparcie się na ławce, zakładanie nogi na nogę – to osobny temat.

Ale ja zdjęć nie zrobię i nie umieszczę w Internecie, bo mógłby ktoś siebie na nich rozpoznać, a ja nie chcę być posądzona o atak ad personam. Obserwuję i coraz bardziej mnie to niepokoi. Bo wielu z tych wiernych, idąc do pracy do biura zakłada garnitury i kostiumiki, ubiera się elegancko, bo inaczej groziło by im usunięcie z pracy. Czyżby biura miały u nich większy szacunek niż kościół?

Ostatnio w wielu kościołach pojawiły się na drzwiach plakaciki o treści „ubiór ma być godny, a nie wygodny”.  A dlaczego, pytam, ubiór godny ma być niewygodny? Takie przeciwstawienie (godny, a nie wygodny) sugeruje, że godny ubiór jest cos na kształt pancerza – niewygodny, ale trzeba to przetrwać. Jest to jakby przymuszanie do założenia ubrania „godnego i niewygodnego”, taka swego rodzaju ofiara. Dlaczego nie zachęcić wiernych by ubrali się po prostu stosownie do okazji. A stosownie oznacza przyzwoicie.

Wydaje się, że zagubione zostało coś, co nazywa się wyczuciem estetyki, piękna, a najbardziej zagubiono wyczucie dobrego tonu.

Więc jaki ma być ubiór do kościoła? Chciało by się odpowiedzieć jednym słowem –stosowny. Jak odpowiadam tak, to słyszę nieraz zarzuty – chcesz wszystkich ubrać na zakonnice. Nie, nie chcę i nie uważam, że jest to wskazane.

Nie da się odpowiedzieć dokładnie jaki ma być stosowny i przyzwoity ubiór. Ale spróbujmy nakreślić jakieś ogólne zasady, które obowiązują wszystkich, niezależnie od płci, dodajmy –wszystkich w kulturze europejskiej.

Zacznijmy od początku, czyli od tego czemu ma służyć ubiór.

Oczywiście pierwszą funkcją ubrania jest ochrona ciała przed wpływami atmosferycznymi. A to oznacza przed zimnem, ale również i przed ciepłem, przed wilgocią i wiatrem. Ta funkcja ubioru jest moralnie obojętna.

Następne jednak funkcje nie są już moralnie obojętne.

Pierwsza z nich – to wyrażenie przez ubiór przynależności do grupy społecznej. Przykładowo – dresiarze swoim ubiorem wyraźnie pokazują do jakiej grupy należą, jednocześnie ujawniając swoje podejście do życia, swoje poglądy itd. Metalowcy rozpoznają się po ubraniach, kibice – po szalikach. Podobnie osoby duchowne (o ile używają swoje stroje), pokazują kim są, świadczą o swojej wierze i o Chrystusie Panu. Przykłady można mnożyć. W każdym jednak zawsze będzie można znaleźć odniesienie moralne. Nieraz stosunek do wartości moralnych ukazywany jest bezpośrednio na ubraniu. Jako szczególnie jaskrawe przykłady można wspomnieć głoszenie poglądów wprost słownie. Koszulki z napisem „miałam aborcję” i „stop aborcji” są bezpośrednim tego wyrazem. Napisy mogą być bardzo różne, ale nigdy nie są obojętne moralnie.

Większość ludzi jednak nie należy do jednoznacznie określonych grup społecznych. I wśród nich najczęściej spotykamy tych, którzy ubierają się w sposób niestosowny. Wśród nich są ci, którzy przychodzą do kościoła (i nie tylko) w ubraniach rażąco nieodpowiednich. Oni prawdopodobnie nie zdają sobie sprawę z tego, że ubiór ma jeszcze jedną podstawową funkcję – mianowicie ma pewien cel moralny, który polega na tym, że ma służyć do ochrony skromności.

Etyka katolicka zwraca szczególna uwagę na skromność. Wydawałoby się, ze każdy wie co to skromność. I że każdy zdaje sobie sprawę z tego, że skromność jest cecha pozytywną. Ale w sprawie ubrań raczej już o tym zapomniano. A skromność to nic innego jak tylko pokora na zewnątrz. W środowiskach katolickich, szczególnie we wspólnotach modlitewnych, kładziony jest ciągle nacisk na pokorę. Osobny to temat jak przedstawiana jest tam pokora. Jedno jest pewne – nie jest podkreślane, że pokora uzewnętrznia się w sposobie ubrania. Bowiem skromność – powtórzmy jeszcze raz – to pokora, która uzewnętrznia się w postawie i w mowie. Nie jest pokorą ślamazarność, zaniedbanie zewnętrzne czy bierne znoszenie wyrządzanej bez powodu krzywdy.

Skromność więc jest szczególną cnotą. Nadaje ona umiar zachowaniu się człowieka, jego ubiorowi i ozdobom, w których się stroi. Przeciwne skromności są tak samo próżność, czy chęć błyszczenia, ale i wszelkie niedbalstwo, a zwłaszcza nieprzyzwoitość w ubiorze.  Cnotę tę należy w sobie wychowywać. Wymaga to indywidualnego wysiłku, pewnego ujarzmienia własnego temperamentu, ale również i opanowania pewnej wiedzy kulturowej, specyficznej, zwanej powszechnie savoir-vivre. W naszych czasach coraz bardziej wymaga wysiłku poszukania dobrych wzorców, takich, których nie sposób znaleźć w popularnych pisemkach czy telewizji. Inaczej rzecz biorąc – wymaga wysiłku oderwania się od wpływu massmediów i od bezmyślnego naśladownictwa lansowanych wzorców.

Pojawia się pytanie: jeśli sposób ubierania się należy do zakresu moralności – to kiedy mamy do czynienia z grzechem? Otóż grzechem jest kierować się lansowaną moda w ubraniu, jeśli obraża ona skromność i wstydliwość. Szczególnie jeśli może stać się powodem pobudzenia zmysłowości u płci przeciwnej, a najgorzej – gdy odnosi się to do młodzieży i dzieci. Wstydliwość bowiem należy chronić bardzo starannie w młodych i dziecięcych duszach. Należy wprost powiedzieć – dzisiejsza moda u kobiet i młodych dziewcząt, wzorowana na ubiór „celebrytek”, który niczym w swej istocie nie różni się od wzorca „tirówek” jest nieodpowiednia, mało tego – jest powodem do grzechu i należy stanowczo ją potępić. Ubranie się „na celebrytkę” ma dwa grzeszne wymiary – o pierwszym wspomniałam powyżej – powoduje (może powodować) pobudzenie zmysłowe. Drugi – to mniej uchwytny, ale nie mniej istotny – sama kobieta lub dziewczyna, ubierająca się w ten sposób poniża się i umniejsza swoją godność.

Co do mody męskiej należy powiedzieć, że też wzorowana jest na „celebrytów”, a dokładniej mówiąc – na wzorcach bandyckich i więziennych. I chociaż mniej tu można mówić o pobudzeniu przeciwnej płci, niewątpliwie jest ona szkodliwa moralnie przez proponowanie złych wzorców – szczególnie brutalności i niechlujstwa.

Wreszcie – grzechem w ubieraniu się może być używanie takiego ubioru, który szkodzi zdrowiu lub powoduje wydatki nad możność finansową. O ile sprawa nadmiernych wydatków jest jakoś jasna dla każdego – nie wolno na rzecz własnego upodobania do mody uszczuplać budżet rodzinny, to moda szkodliwa zdrowiu jest dla większości ludzi pojęciem niezrozumiałym. Dlatego podam kilka przykładów: nie tak dawno dziewczyny nosiły krótkie koszulki (powyżej pasa) i cały rok chodziły z gołymi nerkami. Niewątpliwie nie sprzyja to zdrowiu. Przesadnie wysokie obcasy i obcisła bielizna spowodowały to, że młode dziewczyny cierpią na żylaki. A obcisła bielizna i obcisłe spodnie mężczyzn stały się przyczyną bezpłodności wielu z nich. Nie miejsce jednak w tym artykuliku na rozważania zdrowotne – chce tylko podkreślić, że w świetle moralnego nakazu dbania o własne zdrowie moda nie jest moralnie obojętna.

Na koniec powróćmy do kwestii ubioru odpowiedniego do kościoła. Nie da się rozstrzygnąć dokładnie jakie to ma być ubranie. Można tylko zaznaczyć co należy unikać: krótkich spódnic/sukienek (powinni być za kolana), odsłoniętych ramion (co najmniej krótki rękaw), pleców, dużych dekoltów (kiedyś zalecano by dekolt nie był większy niż na dwa palce pod mostkiem), t-szyrtów (także u mężczyzn!), krótkich spodenek (także u mężczyzn!), ubrań sportowych, legginsów, dżinsów, mocnych perfum (w imię miłosierdzia dla bliźnich) i wiele innych.

Pamiętajmy więc jakie są moralne odniesienia ubioru i postarajmy się o wyrobienie w sobie i w swoich dzieciach poczucia dobrego tonu. Nie naśladujmy lansowanych wzorców. Są one bez wyjątku negatywne.

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Hermeneutyka ciągłości – część II

Po opublikowaniu pierwszej części „Hermeneutyki” dostałam różne listy z pytaniami, dotyczącymi interpretacji cytowanych wypowiedzi. Pytania te są dwojakiego rodzaju. Pierwszy odnosi się do tego, czy jestem pewna, że akurat ta interpretacja, którą podaję jest prawdziwa. Drugi rodzaj brzmi mniej więcej tak: jak ja sobie wyobrażam, że zwykły wierny, który siedzi w kościele i nie zna teologii i dokumentów Kościoła będzie wiedział, że należy interpretować wątpliwe wypowiedzi w świetle tego, co naucza Kościół?

Na pierwsze pytanie odpowiedź jest poniekąd łatwiejsza.

Oczywiście – nie wiem czy akurat w ten sposób należy interpretować wątpliwe wypowiedzi. Może należy się odwoływać do innych dokumentów, niż te, które ja wybrałam. Ale ponieważ nauka Kościoła w świetle Tradycji jest zawsze spójna – nie popełnimy błędu jeśli (przykładowo) w rozważaniach o Trójcy Przenajświętszej zamiast do Symbolu Apostolskiego odwołamy się do Wyznania Nicejsko – Konstantynopolskiego. Istotne jest by nasza hermeneutyka zawsze była hermeneutyką ciągłości, a nie zerwania.

Co do drugiego pytania, a raczej zarzutu – nie mam odpowiedzi pozytywnej. Nie wyobrażam sobie, że ogól wiernych jest w stanie stosować różne interpretacje w celu wyjaśnienia sobie po katolicku niejednej wątpliwej wypowiedzi. Raczej jestem przekonana, że nie będzie nawet usiłował. Więc, co wtedy? Wtedy niestety skutki są przykre. Powstaje zamęt, dezorientacja, zagubienie. Wreszcie mamy do czynienia z rozmyciem prawdy. Jedyną pociechą (jeśli to jest w ogóle jakaś pociechą) jest to, że większość ludzi nie wysłuchuje uważnie kolejnych kazań lub nie wgłębią się w ich treść. A co jeśli znowu zadadzą pytanie: czy ja dobrze słyszałem, czy on naprawdę to powiedział? No wtedy chyba należy przypomnieć sobie podstawy katechizmu i radzić swemu rozmówcy trzymać się tylko tych podstaw. I o wątpliwych wypowiedziach kaznodziei raczej zapomnieć.

Jak trudną jest sprawą hermeneutyka ciągłości spróbuję pokazać na jeszcze jednym przykładzie. Będą to fragmenty pewnego kazania, wygłoszonego z okazji Uroczystości Wniebowstąpienia. Przypominam, że tak jak pisałam poprzednio, nie cytuję z pamięci tylko z dokładnych notatek lub zapisów na dyktafonie.

„Jezus wstąpił do nieba. Musiał tak zrobić, by działać lepiej. Na ziemi to On był ograniczony przez ludzkie ciało, ale wstąpił do nieba i siedząc po prawicy Ojca może lepiej działać.”

No i jak te słowa zinterpretować?

Czy kaznodzieja zapomniał, że Jezus Chrystus to prawdziwy Bóg-Człowiek? I że gdyby chciał mógłby jednym słowem świat zniszczyć lub zmienić według swego uznania! Czy zapomniał o Jego słowach:

Czy myślisz, że nie mógłbym poprosić Ojca mojego, a zaraz wystawiłby Mi więcej niż dwanaście zastępów aniołów? Jakże więc spełnią się Pisma, że tak się stać musi? (Mt 26, 53-54)

Na pewno nie zapomniał. Gdybyśmy podejrzewali, że zapomniał – to albo zarzucalibyśmy mu ignorancję, albo to, że stan natury ludzkiej Chrystusa wynosi do tego stopnia, że uważa go jako podmiot pełnoprawny, tak jakby natura ludzka Chrystusa nie istniała w Osobie Słowa. A może kaznodzieja uważa, że kenoza Chrystusa polega na ograniczeniu Boskości Słowa w Chrystusie?   Ale jest to pogląd potępiony przez Piusa XII w encyklice Sempiternus Rex. Taka interpretacja jest więc niemożliwa.

Zastosujmy więc hermeneutykę ciągłości do zdania: „Chrystus wstępuje do nieba, by lepiej działać”. Być może oznacza to, że kaznodzieja ma na myśli to, o czym mówi nam św. Jan: A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem (J, 14,3)

Lub też odnosi się do: Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was. (J 14, 5)

Oby dwie interpretacje są możliwe. Osobiście bardziej prawdopodobna wydaje mi się ta druga – kaznodzieja chciał powiedzieć, że Wniebowstąpienie Chrystusa Pana wiąże się z wysłaniem Ducha Świętego.

I dalej w kontekście Wniebowstąpienia:

„Aniołowie podeszli do Apostołów i im powiedzieli: Po co tu stoicie, nie wpatrujcie się w niebo, ale idźcie na cały świat i głoście. To oznacza iść, nie patrzyć na niebo – tylko iść. Nie dbajcie o świętość, o własną  świętość, tylko idźcie na świat, a to będzie wam dane. Nie stójcie wpatrując się, idźcie na cały świat.”

Co to oznacza – nie dbajcie o świętość, o własna świętość? Czy można głosić Chrystusa innym, nie dbając o własną świętość. Przecież mówi Pan Jezus: Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? (Mt 16,26)

Nie wolno nie dbać o własna świętość. Zabiegajcie o własna świętość mówił do kapłanów papież Benedykt XVI.  Więc na pewno nauka kaznodziei nie jest taka. Prawdopodobnie ma on na myśli, że nikt nie może sam, bez łaski Bożej, dojść do świętości. Dlatego mówi, że to będzie dane. Tylko czy łaska Boża nie potrzebuje współpracy? Czy działa ona na wzór magii?

Na pewno nie! Z łaską należy współpracować. Czyli należy dbać o własną świętość, by móc skutecznie iść na cały świat i głosić Ewangelię.

Jak widać hermeneutyka ciągłości jest trudną sztuką.

Jednak nie wolno się zrażać. Inaczej niejasne lub zagmatwane wypowiedzi kaznodziejów mogą zaprowadzić nas na manowce.

19 czerwca 2012

 

Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Hermeneutyka ciągłości – czyli o właściwej interpretacji nauki głoszonej z ambony.

Na samym początku swego pontyfikatu (22 grudnia 2005 r.) Ojciec Święty Benedykt XVI w mowie do członków Kurii Rzymskiej wyraził swoje życzenie, by wytyczne Drugiego Soboru Watykańskiego były interpretowane jednoznacznie w oparciu o hermeneutykę ciągłości. Przez następne lata kilkakrotnie nawoływał do tego – jeśli są jakiekolwiek wątpliwości należy je rozstrzygać za pomocą hermeneutyki ciągłości. Słowa Ojca Świętego odnoszą się oczywiście nie tylko do dokumentów VA II, ale i do wszelkich innych dokumentów czy wypowiedzi ostatnich lat.

Hermeneutyka ciągłości to zasadniczo interpretacja niejasności czy wieloznaczności teologicznych w świetle Tradycji, inaczej rzecz biorąc w świetle nauki Magisterium, poczynając od nauki Ojców Kościoła przez naukę Doktorów, dochodząc do określonych i ogłoszonych przez Kościół dogmatów. Trudna to sprawa, lecz ponieważ sam papież nawołuje do niej, to czuje się zobowiązaną spróbować odczytać pewne wypowiedzi teologiczno-pastoralne w świetle Tradycji.

Dlaczego czuję się zobowiązaną? Otóż ostatnio coraz częściej moi współbracia czy współsiostry ze świeckiej gałęzi Zakonu Kaznodziejskiego po kazaniach, konferencjach czy spotkaniach na rekolekcjach zaczynają pytać: czy ja dobrze słyszałem (słyszałam)?, czy on rzeczywiście powiedział to?, jak to jest, bo mnie uczono inaczej. Wydaje mi się więc słusznie pokazać na przykładach możliwość interpretacji niektórych wątpliwych wypowiedzi w świetle Tradycji.

Zaznaczam, że wszystkie cytowane przeze mnie przykłady (w tej i w kolejnej części tych rozważań) są albo spisane z taśmy, albo dokładnie notowane w trakcie kazania czy innej konferencji. Wpisuję je wytłuszczonym drukiem w cudzysłowie nie dodając nic od siebie (inne cytaty podaję kursywą). Wyrażenia, które spowodowały najwięcej dyskusji podkreślam. Pogrupowałam je w dwie grupy tematyczne dla własnej wygody:

I. Zadania świeckich:

1. „Mamy pokazywać, że Kościół jako organizm ma zaufanie do świata, a w szczególności do tego, że świat będzie zbawiony…”

Świat jest pojęciem niejednoznacznym. Jednakże w teologii, mówiąc „świat”, mamy na myśli ten świat, który nie poznał  Słowa (por. J 1,10). Powstaje więc pytanie – jak możemy mieć zaufanie do tego świata? O co chodzi z tym zaufaniem? Czy można zaufać światu, który jest wrogi człowiekowi, wrogi Chrystusowi, wrogi Kościołowi? Na pewno nie można. Można jednak, mieć zaufanie do Boga, który pragnie zbawienia każdego człowieka. Co do „zbawienia świata”, chyba należy rozumieć to w myśl słów Credożycie wieczne w przyszłym świecie. Ten przyszły świat jednak ma się różnić od obecnego.

2. Myśl o zaufaniu do świata jednak się powtarza. Zacytuję więc jeszcze jeden fragment w trochę innym kontekście (chodziło o pielęgnowanie w sobie ducha pokuty):

„Ile razy Zakon stawał się właśnie takim „od pokuty”, a zwłaszcza Trzeci Zakon, ja myślę, że to było w celu podkreślenia tego punktu, by podkreślić, że my musimy mieć zaufanie do świata, gdzie ufamy Bogu, który pragnie zbawienia tego świata.”

Nie można się dziwić, że członkowie Zakonu od Pokuty (czyli Trzeciego Zakonu Dominikańskiego) czyją się zupełnie zagubieni po takiej nauce. Lecz słowa te należy interpretować w świetle Tradycji. W tym przypadku również tradycji zakonnej. Właśnie świecka gałąź Zakonu Kaznodziejskiego powstała jako Zakon Pokutny, członkowie którego mają przez wyrzeczenia, ofiary i modlitwy pokutować za grzechy świata, czyli podejmować dzieło ekspiacji, włączając się w Ofiarę Chrystusa Pana. Słowa powyżej zacytowane nie można potraktować jako zachętę do zaufania światu, który (według określenia bł. Jana Pawła II) rozwinął w sobie cywilizację śmierci. Należy je odczytać w świetle dalszej części wypowiedzi:

3. „My głosimy tego Pana, który zdecydował pewnego dnia, żeby swoje własne przeznaczenie związać z przeznaczeniem ludzkości na dobre i na złe, za to co słuszne i za to co niesłuszne, z tym co doskonałe i niedoskonałe. On, który był jedynym bezgrzesznym. My mamy przez nasze przepowiadanie wchodzić w tę tajemnicę i tą tajemnicę mamy głosić. Dlatego myślę, że warto zrobić pewien ruch od pokuty do miłości i zaufania.

Nie będę się zatrzymywać teraz na pierwszym fragmencie tej wypowiedzi (o przeznaczeniu Chrystusa Pana). Skomentuję tylko ten drugi – o przejściu z pokuty do miłości i zaufania. Jestem przekonana, że chodzi tu o miłość do ludzi, którzy są uwikłani w świat, ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że w ciągu bowiem całej historii ludzkiej toczy się ciężka walka przeciw mocom ciemności; walka ta zaczęta ongiś u początku świata, trwać będzie do ostatniego dnia. (Gaudium et spes, 37).

Posłuchajmy co o tym świecie w kontekście zbrodni przeciwko życiu mówił Jan Paweł II:

Pilnie potrzebna jest wielka modlitwa za życie, przenikająca cały świat. W ramach specjalnych inicjatyw oraz w codziennej modlitwie niech każda chrześcijańska wspólnota, każdy ruch i stowarzyszenie, każda rodzina i każdy wierzący zanoszą żarliwe błaganie do Boga, Stwórcy i Miłośnika życia. Jezus pokazał nam, że modlitwa i post to najważniejsza i najskuteczniejsza broń przeciw mocom zła (por. Mt 4, 1-11), i pouczył swoich uczniów, że niektóre złe duchy można wypędzić tylko w ten sposób (por. Mk 9, 29). Zdobądźmy się zatem na pokorę i odwagę modlitwy i postu, aby sprowadzić moc z Wysoka, która obali mury oszustwa i kłamstwa, zasłaniające przed oczyma wielu naszych braci i sióstr niegodziwość czynów i ustaw wrogich życiu, i wzbudzi w ich sercach postanowienia i zamiary inspirowane cywilizacją życia i miłości (Evangelium Vitae, 100).

Jest niewątpliwie, że Papież mówiąc o modlitwie i o poście ma na myśli akty przebłagalne i ekspiacyjne. Oczywiste jest, że nie można ograniczać ich wymiaru tylko do ekspiacji za grzechy przeciwko życiu, jest tak wiele (niestety) innych grzechów, które współczesny świat nie tylko toleruje, ale i (by posłużyć się modnym słowem) promuje. Jak więc rozumieć naukę o „zmianie od pokuty do miłości i zaufania”.  Otóż – wydaje się chodzi o to, że pokuta ma być z miłości do ludzi, nie do świata, nie do siebie jako do dobrego pokutnika, a zaufanie ma oznaczać zaufanie do Boga, który przez swoje działanie jest obecny w świecie.

II. Treść głoszenia:

Powtórzmy najpierw myśl, która pojawiła się powyżej:

1. „My głosimy tego Pana, który zdecydował pewnego dnia, żeby swoje własne przeznaczenie związać z przeznaczeniem ludzkości na dobre i na złe, za to co słuszne i za to co niesłuszne, z tym co doskonałe i niedoskonałe.”

Trzeba dobrze się zastanowić jak rozumieć słowo przeznaczenie. Czy jako los, dola, nieodwołalna konieczność? Nie może to odnosić się do Chrystusa Pana, bowiem mówi On o sobie: Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je /potem/ znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. (J 10, 17-18). Chrystus Pan złożył Ofiarę na Krzyżu, by to co niesłuszne mogło zniknąć, a niedoskonale przemienić w doskonałe. Nie łączył się z tym co niedoskonałe, tylko złożył Ofiarę ekspiacyjną.

2. „Dzisiaj wszystkie kościoły, także wszystkie szkoły myślenia starają się samych siebie promować, jako tych, którzy w najlepszym, najwyższym stopniu posiedli prawdę. Kiedy nasz Pan chciał, byśmy to lepiej zrozumieli, że On właśnie był Prawdą, On nie ogłosił, że On jest tym jednym, jedynym co ma coś do powiedzenia dla innych, jedynym, który ma prawo sądzenia innych. On nawet pozwolił na to, by być poniżonym przez innych. I to jest ta szkoła, w której mamy się uczyć.”

Oczywiste jest, że i tę naukę należy interpretować w „duchu ciągłości”. Bo gdybyśmy nie zrobili takiej interpretacji moglibyśmy uważać, że z ambony padło powtórzenie opinii Loisy’ego, potępionej przez św. Piusa X, mianowicie: Kiedy Jezus spełniał swoje posłannictwo nie mówił w tym celu, aby pouczyć, że jest Mesjaszem, a Jego cuda nie miały na celu udowodnienia tego (por. Breviarium Fidei, wyd. z 1988 r., VI, 55)

Myślę, że wszystkie wątpliwości związane z tym, jakoby Chrystus Pan nie wymagał głoszenia Ewangelii, jako jedynej zbawczej nauki lub nie mówił o tym, że jest jedynym Sędzią czy przyzwalał na głoszenie innej religii należy rozwiązać w myśl nauki, wyrażonej w Deklaracji Dominus Jesus:

Powszechna misja Kościoła rodzi się z nakazu Jezusa Chrystusa i urzeczywistnia w ciągu wieków przez głoszenie tajemnicy Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego oraz tajemnicy wcielenia Syna jako wydarzenia niosącego zbawienie całej ludzkości. (DI 1)

Jest tu odniesienie do Trójcy Przenajświętszej i do Tajemnicy Wcielenia. Jak mówi św. Paweł: On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci. (Flp 2, 6-8)

3. „W Kościele Katolickim mamy czasem taka pokusę, uwierzyć w to, że my wiemy dobrze jak inni powinni myśleć, jak mają żyć, co mają mówić i z kim mogą mieszkać. … nie chcę być tym, który uważa się za tego, który posiada prawdę . Jest tylko jedna jedyna prawda, On jest Prawdą. Nie doktryna jest prawdą, nie książka, nie ideologia, ale Ktoś jest prawdą.

Ponieważ powyższe słowa padły z ambony dominikańskiej, w naszym środowisku doszło do burzliwej dyskusji. Pytano jak to jest, że kaznodzieja nie posiada prawdy? Czy on chciał powiedzieć, że nie zna prawdy, czy że Prawda nie jest poznana przez Kościół? Przecież Kościół Katolicki posiada całą Prawdę, a Zakon Kaznodziejski ma zawołanie Veritas, czyli Prawda. I co kaznodzieja miał na myśli mówiąc, że doktryna nie jest prawdą?

Przypomnijmy sobie, że wszystko musimy interpretować w oparciu o hermeneutykę ciągłości. Nie może być więc mowy o tym, że doktryna nie jest prawdą. Przecież mówi Konstytucja dogmatyczna O Wierze Katolickiej (Sobór Watykański I):

Nauka wiary objawiona przez Boga nie została podana jako filozoficzny twór, który może być udoskonalony przez umysł ludzki, ale jako Boski depozyt przekazana jest Oblubienicy Chrystusowej , aby jej wiernie strzegła i nieomylnie wyjaśniała. Dlatego zawsze należy się trzymać takiego znaczenia świętych dogmatów, jakie raz określiła  święta Matka Kościół i nigdy nie wolno od tego znaczenia odstępować pod pozorem i mianem głębszego pojmowania. (por. Breviarium Fidei, wyd. z 1988 r, II, 45)

Więc w świetle tej Konstytucji staje się jasne, że kaznodzieja miał na myśli to, że nauka Kościoła nie jest filozoficznym tworem (ksiązką, ideologią), a właśnie zbiorem świętych dogmatów, określonych przez Kościół, podanych do wierzenia. Inaczej rzecz biorąc  jest tylko jedna jedyna Prawda. Prawdą jest Chrystus, który ustanowił swój Kościół, by w powszechnym nauczaniu zwyczajnym lub uroczystym przekazywał doktrynę zawartą w objawieniu Bożym.  

Starajmy się więc nauki głoszone z ambony interpretować zawsze w świetle tradycji.

30.05.2012


Dodaj komentarz

Filed under Rozważania

Niepokojący Pomnik (Pomnik Smoleński w Rembertowie)

Do napisania tego artykułu zabierałam się bardzo długo. Zastanawiałam się jak go napisać, by nie urazić uczuć Rodzin tych, co zginęli w tzw. „katastrofie smoleńskiej”.

Na początku chcę bardzo wyraźnie podkreślić, że uważam, że tym, co zginęli 10 kwietnia 2010 roku należy się Pomnik i to Pomnik godny, wyrażający cała prawdę o zamachu. Taki pomnik powinien stanąć w Warszawie w pobliżu Pałacu Namiestnikowskiego, a przed Pałacem powinien wrócić Krzyż. Ale na taki Pomnik to chyba jeszcze za wcześnie, nie znamy bowiem prawdy o „katastrofie”. Na Krzyż jednak nigdy nie jest za wcześnie i nigdy nie jest za późno, więc powinien on jak najrychlej wrócić na swoje miejsce. Tymczasem powstało kilka pomników czy płyt pamiątkowych, które upamiętniają 10 kwietnia, ale nie odnoszą się do prawdy o „katastrofie”. I to jest właśnie bardzo niepokojące.

Pomnik Smoleński w Rembertowie przy kościele Matki Bożej Zwycięskiej odsłonięto 14 kwietnia 2012 r. Oczywiste jest, że należy się uznanie ks. Proboszczowi za zainicjowanie upamiętnienia ofiar zamachu. Ale niestety – pomnik ten dostarcza wiele powodów do niepokoju.

Twórcą pomnika jest prof. Cz. Dźwigaj. Sam ten fakt zdecydował o tym, że pojechałam do Rembertowa by obejrzeć i sfotografować pomnik z bliska. Miałam nadzieję, że tym razem prof. Dźwigaj się ustrzegł wprowadzania masońskich symboli, ale niestety – widać pan profesor musi wyrazić swoja tożsamość w każdym swoim dziele.

Zacznijmy od formy pomnika – nie jest to krzyż, choć niektórzy chcą się dopatrzeć krzyża. Bardziej jest to skrzydło samolotu, jakiś wrak, symbol mało określony. Zostańmy przy interpretacji złamanego skrzydła, ponieważ odpowiadałoby to posadzonej obok brzózki, wkomponowanej w całość pomnika. I ta brzózka jest pierwszą rzeczą,, która niepokoi ludzi odwiedzających  pomnik. Póki tam byłam, kilka osób pytało się po co ta brzózka, kilka było wręcz oburzonych. I nic dziwnego, bowiem posadzenie brzózki jest akceptacją kłamstwa. Kłamstwa, które służy do wmawiania nam, że zwykła brzoza była w stanie zniszczyć ogromny samolot, łamiąc mu skrzydło. Choć tym razem brzózka może okazać się pożyteczna, bowiem brzoza to drzewo szybko rosnące i ponadto potrafi wytwarzać odrośla z pnia, więc może szybko zakryje ten pomnik.

Pomysł pomnika nie jest samodzielny. Niewątpliwie Cz. Dźwigaj czerpał z pomysłów M. Biskupskiego, którego Pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie, stojący w Warszawie u zbiegu ulic Muranowskiej i Andersa jest pomnikiem genialnym, wzruszającym, mówiącym, oddającym prawdę. Podobieństwo do „Wagonu” rzuca się natychmiast w oczy. Słyszałam tego typu komentarze: Ten mu się nie udał. Tamten przy Muranowskiej jest bardzo dobry, a ten to chyba w pośpiechu robił. Kilku osobom udało mi się wyjaśnić, że kto inny robił słynny „Wagon”, a kto inny ten pomnik w Rembertowie.

Pomnik Dźwigaja łączy w sobie dwa wydarzenia – Smoleńsk i Katyń.  Po prawej stronie, na wyższym fragmencie „skrzydła” jest symbolika Smoleńska, po lewej na niższej – Katynia.

Po „stronie Katyńskiej” jest Matka Boża, podtrzymująca rozstrzelaną głowę polskiego oficera. Ma się to kojarzyć z Matka Boża Katyńska. Ale… Ale, dlaczego Matka Boża ma zamiast aureoli sierp? I dlaczego Jej twarz jest taka złośliwa? I dlaczego po Jej prawej stronie jest odwrócony krzyż?

Co ma oznaczać ten sierp? Czyżby znowu poniżanie Matki Boskiej? Czy nie starczy monumentów na Matysce, gdzie Matka Boża doznała ogromnego znieważenia?

Sierp nad głową Matki Bożej, pochylającej się nad polskim oficerem można odczytać jednoznacznie: komunizm w Katyniu zwyciężył Matkę Boża! Jest to straszliwa obraza Tej, która jest Królową Polski i Królowa świata!

Poniżej zupełnie niezwiązana z postacią oficera zwisa ręka. Spotkałam się w Internecie z opinią, że jest to ręka tegoż oficera, lecz „za bardzo wyrzucona na boki”. Jednak Autor tej opinii nie zdawał sobie sprawę z tego, że tak ułożona ręka jest symbolem ucznia masońskiego, tego nieszczęśnika, który nie doszedł do wyższych stopni. By nie było wątpliwości co do tego, włożono do tej ręki różaniec! Spotykamy to samo, co już znamy z Matyski – wierzący, chrześcijanin, katolik, to nieudacznik, nic dziwnego, że spotkała go haniebna śmierć. (Zresztą nad tą ręką jest jeszcze jeden odwrócony krzyż.)

Spójrzmy teraz na stronę „smoleńską”. Biało-czerwona szachownica ma obrazować lot polskim samolotem, co nawiązuje też do już wspomnianej brzozy.

Nad tym „skrzydłem” siedzi (nie unosi się) orzeł. Orzeł – symbol naszej państwowości ma jedno przetrącone skrzydło! Drugie, to nad napisem Smoleńsk jest całe, ale ptak z jednym skrzydłem nie jest już zdolny do lotu. Wymowa jest jasna: Orzeł nie poleci, Polska – tak samo – nie podniesie się po „katastrofie smoleńskiej”. Dla Cz. Dźwigaja jest to jasne – Orzeł to zaledwie „uczeń” – ma takie same kołki na głowie jak Pan Jezus na Matysce. A uczeń nie ma szans –  jest skazany na łaskę i niełaskę masonerii.

Tak to widzi Cz. Dźwigaj, lecz zapomina, że Naród Polski ma w sobie wiele sił i Jeszcze Polska nie zginęła…

Tak wygląda pomnik „z przodu”, ale ma przecież on jeszcze i tylna część. Tam w gąszczu kresek, czasami układające się w krzyże pojawiają się dłonie. Same dłonie, trzymające się tych linii. Jest ich dziewięć. Tyle samo ile na stacji VII Drogi Krzyżowej na Matysce.  Zbieg okoliczności? Liczba dziewięć ma wiele znaczeń symbolicznych, ale pamiętajmy, że w symbolice masońskiej należy do najważniejszych licz. Dlaczego występuje ona na tym pomniku trudno ocenić. Może to stopień w Rycie Szkockim Dawnym i Uznanym? (Dziewiąty stopień to rycerz – mistrz wybrany z dziewięciu.) A może chodzi o symbolikę numeryczną czy wprost okultystyczną?

Wspomnijmy na marginesie, że pomysł bezbronnych dłoni oderwanych od ciał  pojawił się pierwszy raz w projekcie Maksymiliana Biskupskiego. Była to propozycja obelisku na którym miało być 96 dłoni – liczba odpowiadająca ilości ofiar

Na tym można by było zakończyć rozważania o Niepokojącym Pomniku. Jednak uważam, że należy dodać jeszcze coś  – moim zdaniem niezmiernie istotnego. Otóż na Jasnej Górze 3 maja b.r. poświęcono Epitafium Smoleńskie. Nie widziałam go w rzeczywistości (nie omieszkam przy pierwszej okazji bytności na Jasnej Górze obejrzeć go dokładnie). Jednak z tego co czytam i widzę na zdjęciach jest na nim wyraźnie utrwalone kłamstwo o brzozie, lasku brzozowym i rozbicia się samolotu z powodu utrącenia skrzydła.  (http://jasnagora.com/galZdjecMiniNews.php?ID=7233&idz=4) . Jest to kolejny niepokojący sygnał – zaczynamy utrwalać na pomnikach kłamstwo, uciekamy od prawdy, śpieszymy się z postawieniem pomnika, tablicy, epitafium.

Naprawdę lepiej poczekać z pomnikami, póki nie poznamy prawdy o zamachu. Nie oznacza to by nie upamiętniać ofiar i samego zamachu. Zawsze można (i należy) postawić krzyż, symbol miłości Boga i pod tym krzyżem wypisać imiona wszystkich ofiar. Tych, o których wiedzieliśmy, że byli niewierzący też. W swej ostatniej chwili niezależnie od swojej wiary czy niewiary spotkali się z Bogiem. Być może wtedy powiedzieli Mu „tak”, być może powiedzieli Mu „nie”. My tego nie wiemy. Dlatego stosowne jest stawianie Krzyży przy których można się pomodlić za wszystkie ofiary. Nie ma wtedy zgody na kłamstwo smoleńskie, bo Krzyż jest sama Prawdą.

Maria Kominek OPs

19 maj 2012

 

Dodaj komentarz

Filed under Publicystyka

O Medjugoriu po raz kolejny

Od wielu lat zajmuję się tematem Medjugoria. Kilkakrotnie pisałam na stronie www.krajski.com.pl, można tam znaleźć moje dawne artykuły. Tym razem podejdę do fenomenu Medjugoryjskiego z innej strony – będzie to próba przyjrzenia się kilku jawnych „podpisów” diabła. Mam na myśli takie charakterystyki zjawiska, które wydaje się są specjalnie zaplanowane tak, by ujawnić kto tak na prawdę stoi za „objawieniami”. Inaczej rzecz biorąc – nabieram przekonania, że szatan specjalnie nie maskuje się do końca.

Do tematu powracam po obejrzeniu krótkiego filmiku, umieszczonego na blogu Kronika Novus Ordo (http://breviarium.blogspot.com/). Każdy może sobie ten film obejrzeć, usłyszeć i zobaczyć jak „widząca” Vicka opowiada o tym jak Zjawa, którą ona nazywa Matkę Bożą otworzyła dach domu, w którym Vicka była ze swoim bratem. Otóż Zjawa zabrała na jednym ręku brata, na drugim – Vickę i w ciągu sekundy zaprowadziła ich do nieba, gdzie są ludzie szczęśliwi i wszyscy weseli, i jednakowi – nie ma chudych, nie ma tłustych, wszyscy ubrani na szaro, żółto i czerwono, biegają, śpiewają, a obok nich latają małe aniołki.

Sam ten opis powinien być absolutnie wystarczający do zrozumienia, że w Medjugorie nie objawia się i nigdy nie objawiała się Matka Boża.  Ale niestety jest wielu ludzi, który w Medjugorie wierzą więcej niż w Boga w Trójcy Jedynego i nic nie jest w stanie przemówić do nich.

Myśląc zdroworozsądkowo (a jest to obowiązująca postawa myślenia dla każdego katolika), nie można zgodzić się na taki opis, w którym Matka Boża występuje w roli sztukmistrza i otwiera dach, by przez powstałą dziurę polecieć do nieba. Jest to opis nie tylko dziecinny – dziura w dachu i szybki wjazd w górę – jest to opis wręcz głupawy. Ale ludziom się podoba, wierzą, że tak to było i że rzeczywiście Vicka z bratem oglądała niebo.

Chcę być dobrze rozumianą. Nie neguję tego, że Vicka mogła mieć takie widzenie, odczucie, wrażenie. Tylko skąd ono pochodziło?

Jeśli założymy, że Vicka nie kłamie (nie jesteśmy w stanie udowodnić jej kłamstwa, choć ten opis z racji swej śmieszności wygląda na wymysł), jeśli więc Vicka nie kłamie  – coś tam jednak się działo.

Osobiście uważam, że Vicka nie kłamie, lecz jest ofiarą kłamstwa. Okłamana jest przez szatana, który panoszy się w Medjugoriu od dawna. Na to wskazuje opis nieba (jak słusznie zauważa Redakcja Kroniki Novus Ordo) – kolory szary, żółty i czerwony kojarzą się jednoznacznie z piekłem. Szatan zresztą zawsze tam gdzie działa, zostawia jakąś „pieczęć” swojej obecności. Nie potrafi do końca się zamaskować w swoich kłamstwach i krętactwach.  Mamy więc bukoliczny obraz nieba z latającymi aniołkami i jednakowymi ludźmi. Powiedzenie „nie ma tam ani chudych, ani tłustych” jest parafrazą św. Pawła, który mówi, że nie ma już ani Żyda, ani poganina, ani niewolnika, ani mężczyzny, ani kobiety… Szatan jest małpą Boga, zawsze małpuje, z tym przypadku małpuje św. Pawła.

Wielu wiernych, zwiedzionych różnymi kłamstwami szatańskimi, wypowiadanymi przez „widzących” z Medjugoria, może i w ten naiwny idylliczny opis uwierzyć. Ale gdzie teologowie? Gdzie kapłani, którzy powinni natychmiast się odezwać i powiedzieć, że taki obraz nieba jest niezgodny z całą nauką Kościoła, że jest śmieszny, wręcz groteskowy. Przecież dobrze znane są różne widzenia uznanych przez Kościół mistyków – żadne nie jest nacechowane naiwnością i niedorzecznością. I nie jest to pierwszy raz, gdy „widzący” oznajmiają rzeczy paradoksalne, będące same w sobie karykaturą prawdziwych objawień. By się nie powtarzać odsyłam do swoich dawnych artykułów, gdzie można przeczytać o dziwnych przedmiotach „z nieba” i innych ciekawostkach z Medjugoria.

Jednakże niezależnie od wszystkiego Medjugorie dalej jest uważane za miejsce objawień. I tak dla przykładu – na wspomnianym blogu Kroniki Novus Ordo umieszczono kopię kolejnego zaproszenia na pielgrzymkę do Medjugoria. Pielgrzymka, dodajmy z opieka kapłana i załatwiana przez parafię katedralną! Pod tym względem w mojej parafii jest lepiej – ogłasza się jakieś Biuro Podróży, które taką pielgrzymkę organizuje. Pozory są zachowane – zgodnie z zakazem Stolicy Apostolskiej kapłani nic nie organizują, odpowiedzialność – w razie zagrożenia – spada na świeckich.

Ale nic nie grozi organizatorom pielgrzymek. Hierarchia od dawna albo popiera Medjugorie, albo milczy. A ludzie jeżdżą do Medjugoria, adorują domniemaną Matkę Boską, kłaniają się przez sztuczkami szatana, których tam nie brak. Gdyby im ktoś powiedział, że jadąc tam zobaczą tylko sztuczki szatana, to by się obrazili. Uwierzyli w to, że jadą spotkać się z  Matką Bożą. Zapomnieli, że Matka Boża nie bawi się ze swoimi dziećmi jak kot z myszką, zapomnieli, że Matka Boża nie będzie dla zaspokojenia ludzkiej ciekawości posługiwać się tanią sensacją.

Jeszcze raz chcę pokreślić, że od lat nie mogę zrozumieć dlaczego hierarchowie nie stosują  egzorcyzmów przeciw pojawianiu się Zjawy. Przecież Kościół dysponuje nie tylko egzorcyzmami, ale również sakramentami, sakramentaliami, wodą święconą i wieloma innymi środkami do wygonienia diabła. Dlaczego nie używa się tego arsenału świętości w Medjugoriu?

Powróćmy jednak do „podpisów”:

Przypomnijmy sobie początek widzeń. Jak bardzo różnił się od widzeń Melanii i Maksymina,  Bernadetty czy Dzieci Fatimskich.  Wszyscy oni opowiadali o pięknej Pani, byli zachwyceni Jej wyglądem. Za to ta sama Vicka, która teraz z przejęciem opowiada o otwarciu dachu i szybkiej podróży do nieba, wtedy mówiła inaczej. Widziała ona dziwną postać w czarnym ubraniu, z czarnymi włosami, która trzymała w prawym ręku coś, co przykrywała i odkrywała (swoim płaszczem), nie udało się jej jednak rozróżnić co to było.

Jeszcze bardziej tragiczny był opis Mirjany: Pewnego dnia, gdy czekała na Gospę, pojawiło się światło, a z tego światła wyszedł diabeł, miał ubranie takie jak Maryja, lecz twarz miał czarną i przerażającą, spojrzał na nią przenikliwym wzrokiem i… zaproponował jej wszystkie przyjemności świata! Potem diabeł znikł i pojawiła się „Madonna”, która powiedziała, że przeprasza za to, co się stało, ale trzeba było się dowiedzieć jakie są pokusy świata. „Madonna” miała wtedy na sobie szary płaszcz.

Szary kolor ubrań jak widać powtarza się w różnych widzeniach. Zdaje się diabeł nie chce do końca się zamaskować. Jako że jest pyszny, chce w jakiś sposób zaznaczyć, że to on tu jest górą, on prowadzi grę.

Niedługo minie 31 lat od dnia 24 czerwca  1981 roku, kiedy po raz pierwszy „widzący” spotkali „Gospę”. Może będzie to okazja do refleksji na temat daty – pamiętajmy, że 24 czerwca (święto św. Jana Chrzciciela, Janka Kupały również) jest dniem założenia pierwszej oficjalnej loży masońskiej. Dzień szczególnie świętowany przez masonów. Czy nie jest to wyraźny podpis szatana? Czy potrzeba więcej dowodów?

Dowodów jest wiele – teologiczne, zdroworozsądkowe, nawet takie, jak te, o których mowa powyżej – jawne „podpisy” szatana. Mimo to w dalszym ciągu ludzie jada na pielgrzymki, uważają Medjugorie za miejsce prawdziwych objawień i nie szanują żadnych zakazów Kościoła.

24 kwietnia 2012

3 komentarze

Filed under Rozważania